Wiejskie koty, które zasługują na lepszy świat
Wiejskie koty, które zasługują na lepszy świat
Description
Nie znacie mnie, więc pozwólcie, że się przedstawię.
Mam na imię Kornelia, mam 24 lata i od zawsze zwierzęta były częścią mojego świata. To przez nie dziewięć lat temu przeszłam na weganizm. Dorastałam na wsi, gdzie widziałam zbyt wiele cierpienia – zwierząt traktowanych jak narzędzia, nie jak czujące istoty. Już wtedy obiecałam sobie, że kiedyś to zmienię. Pamiętam jak w podstawówce na lekcjach polskiego, gdy omawiane były metafory i przenośnie, dowiedziałam się, jakie jest prawdziwe znaczenie „kota w worku”, bo na wsi w praktyce pojęcie te funkcjonowało inaczej.
Dziś walczę o garstkę kotów (6 dalej mieszkający na zewnątrz, a 4 u mnie w mieszkaniu) z jednego gospodarstwa. W mojej głowie wciąż widzę ten obraz – każdy z nich bezpieczny, najedzony, wtulony w kogoś, kto go pokochał. Chciałabym, żeby właśnie tak skończyła się ich historia. Może dla świata to tylko kilka kolejnych kotów, takich jak tysiące innych w Polsce. Ale dla mnie to konkretne życia. Małe serca, które naprawdę możemy uratować.
Nie mogę zmienić całego świata, ale mogę zmienić cały świat tych kotów. I to się dla mnie liczy.

Kiedyś miały właściciela, jednak ich zadaniem było łapanie myszy. Owy właściciel nie myślał o tym, aby dać im jeść, zapewnić podstawową opiekę weterynaryjną. O kastracji nie wspominając. Dlatego z roku na rok tych kotów było coraz więcej.
Nikt nie reagował, bo jak to zaczynać wojnę z sąsiadem o koty?! W końcu, gdy stały się problemem to wyparł się ich.
Jednakże zanim padła taka deklaracja to rok temu usłyszałam, że je kradnę i trafię na policję.
Niektórzy mówią o takich kotach „wolno żyjące”. Ale prawda jest taka, że wolno żyjące koty w Polsce to tylko rysie i żbiki.
Te koty jak i inne w Polsce żyjące w ten sposób to koty bezdomne.
Na zewnątrz żyją średnio 4 lata.
W domu mogłyby dożyć nawet 20.
Zgłaszałam, prosiłam o pomoc, ale nikt nie reagował.
Schroniska są przepełnione, a wiele z nich nie przyjmuje dorosłych kotów. Zresztą koty w schroniskach odchodzą po cichu, zapomniane, nieodwiedzane, bo jako społeczeństwo mamy bardzo przekłamany obraz kota. Wolimy psy. Przez to, że widzimy tyle kotów na ulicach myślimy, że są samowystarczalne, są bez uczuć, bo uciekają przed nami. Są okrutne, bo zabijają myszy, szczury, ptaki. Nie raz słyszałam, że mam „szczęście do kotów”, bo trafiają mi się same przytulne i cudowne. Ale to chyba nie do końca kwestia szczęścia. Po prostu staram się dawać szansę tym, które jej nie miały, czyli tym wszystkim, które pojawiły się na mojej drodze. Daję im czas i przestrzeń, żeby mogły się otworzyć, poczuć bezpiecznie. A najważniejsze, żeby mogły być sobą.
Zrozumiałam, że muszę działać sama. Na tyle, ile mogę muszę im pomóc.
Listopad 2024 – pierwszy przełom
Znalazłam cztery maluchy. Wychłodzone, głodne, przerażone. Jeden z nich ledwo się ruszał. Nie miałam aż tyle pieniędzy, ale wiedziałam, że jeśli ich nie zabiorę, umrą. Zabrałam je. Uratowałam. Żyły z moich oszczędności. Dotychczas w tym miejsu nie spotykałam maluchów, a jedynie dorosłe koty. Podejrzewam, że duża część z nich odeszła z głodu, choroby, nigdy nie zaznając jakiegokolwiek przejawu dobra ze strony człowieka. A reszta podrastała chowając się w stodole, oborze, czyli w miejscach do których nie miałam dostępu.
Trzy ze złapanych maluchów mają dziś domy.
Czwarty został ze mną (na zdjęciu to ten rudy schowany), choć nie planowałam mieć kota. Dlaczego? Bo pomimo tego, że bardzo je kocham to wiedziałam, że będę chciała dalej pomagać kotom, łapać je i szukać im domu, a posiadanie własnego kota trochę komplikuje sprawę. Trzeba przeprowadzić izolacje z socjalizacją (tak, aby potem się dogadywały, stopniowo trzeba je zapoznawać), zanim nowe koty nie zostaną przebadane pod kątem chorób zakaźnych trzeba zachować reżim sanitarny. Ponadto byłam świeżo po utracie mojego najukochańszego psa, mojej Kory, z którą spędziłam 12 lat. Nie chciałam znowu przyzwyczaić się do zwierzaka, aby potem go znowu stracić. Jednak te maluchy bardzo pomogły mi w tamtym okresie. Moja Kora była ruda i wiecie, że wtedy pierwszy raz w życiu trafiłam na rude koty?
Od samego początku, coś nas połączyło i pomimo strachu przed każdym i wszystkim tak zachowywał się chwilę po złapaniu, a na innych syczał:
Każdego dnia mój kot przypomina mi, dlaczego to wszystko robię. Wniósł ogromną radość do mojego życia i każdego dnia pokazuje mi ogromną wdzięczność.
Potem złapałam też dwa dorosłe kocury i dzięki gminnemu programowi mogłam je wykastrować za darmo. Niestety musiałam je wypuścić z powrotem. Nigdy nie zapomnę, jak jeden z nich czarno-biały nie chciał wyjść z transportera, zapierał się z całych sił, ale nie mogłam go zabrać, bo pod dachem miałam wtedy już 4 maluchy, a pieniądzy coraz mniej. To był moment, w którym zrozumiałam, że te koty nie chcą „wracać na podwórko”. One chcą być z człowiekiem. Dalej jak przychodzę go dokarmiać to najpierw najważniejsze są przytulasy, a potem przychodzi czas na jedzenie. Gdy te dwa kocury czekały na kastracje u weterynarza szukałam im na szybko domu, ale nikt ich nie chciał. Ludzie bardzo często wybierają kota ze względu na umaszczenie, może spowodowane jakimiś marzeniami z dzieciństwa lub innymi powodami. Jednak nie polecam nikomu tak podchodzić do kota i decyzji o adopcji. Gdy rok temu przyjechałam do mnie rodzina po kota, finalnie wyszli z dwoma, bo oba wpakowały się do transportera i sami ich wybrali. Pisząc to teraz zaczynam rozumieć, dlaczego rudy kociak, który ze mną został zawsze chował się za mnie i nigdy nie chciał pokazać się z najlepszej strony potencjalnym rodzinom. On wybrał mnie, a ja musiałam się dostosować. Z niektórym kotem poczujecie więź przez ekran telefonu, innego historia będzie dla Was bliska, a inny znajdzie Was sam.

Poniżej drugi kocur, który też już jest wykastrowany:

Sierpień 2025 – kolejna szansa
W sierpniu tego roku będąc na bezrobociu i mając dużo wolnego czasu, chciałam mój czas przeznaczyć na złapanie reszty kotów do kastracji.
To był intensywny, nerwowy czas. Tak jak koty zawsze przychodzą na przytulanie i jedzenie tak za każdym razem, gdy mam je łapać do kastracji to nie przychodzą. Jakby spiskowały za moimi plecami.
Wiedziałam, że jeśli teraz się uda, mogę naprawdę zatrzymać ten łańcuch cierpienia.
Udało mi się złapać dwie kotki, jedyne z tego miejsca. To właśnie one były źródłem pojawiających się co roku kociąt. Szczęście w nieszczęściu było takie, że w tym miejscu znaczna część rodzących się kotów to kocury, a nie kotki. Byłam przeszczęśliwa, bo to oznaczało, że w końcu ich historia może się zmienić. Obie kotki podeszły do transportera z zaskakującym spokojem, jakby same czuły, że nic złego ich już nie spotka. Obiecałam im wtedy, że nigdy więcej nie będą musiały walczyć o każdy dzień.

Następnego dnia złapałam też dwa dorosłe kocury, ale niestety dzień przed samą kastracją uciekły. Szukałam ich po całej wsi, przepłakałam pół nocy z poczucia bezsilności. Byłam jednak tak zdeterminowana, że nie odpuściłam. W trakcie tych poszukiwań znalazłam dwa maluchy, około 6–8 tygodniowe, dzieci jednej z kotek, które wyruszyły w poszukiwaniu swojej mamy. Maleństwa były przerażone, ale głodne i to głód wygrał ze strachem. Ich mama też mi pomogła, nawołując za nimi z transportera. Kociaki były kompletnie zdziczałe, a moje ręcę całe pogryzione i podrapane, ale szybko się przekonały i teraz nie ma opcji, że pójdą spać gdzieś indziej niż obok człowieka.


Kocury po kilku dniach znów zaczęły się pojawiać przy karmieniu, ale termin na kastracje minął i muszę ponownie napisać podanie, czekać aż zostanie pozytywnie rozpatrzone i znowu je złapać.
Do wykastrowania zostały mi: 2 dorosłe kocury i 2 maluchy (kotka i kocurek).

Kotki, które złapałam, przeszły zabieg kastracji, jedna miała dodatkowe czyszczenie gruczołów okołodbytowych, bo zauważyłam, że coś z nimi nie tak. Kocura wypuszcza się po 24h po kastracji, a kotki muszą przejść 7-10 dniową rekonwalescencję i przez ten czas być zamknięte.
Początkowo miały wrócić do tamtego miejsca, ale nie potrafiłam im tego zrobić. Złożyłam im obietnicę, że już nigdy nie wrócą na podwórko. Że pokażę im, że człowiek może być dobry. A podczas rekonwalestencji tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że one muszą żyć z człowiekiem, a nie obok niego tak jak to było na podwórku.
Masa osób powtarzała mi, że ich miejsce jest „na dworze”, że koty które dorastały na podwórku się nie odnajdą w zamknięciu. Usłyszałam nawet, że łamie polskie prawo, bo nie można zabierać kotów wolno żyjących z miejsca bytowania. No cóż, mogę na siebie donos napisać z miłą chęcią, bo wiem, że zrobiłam dobrze. One już pierwszego dnia same weszły do kuwety, jadły z miski, spały spokojnie. W domu czują się lepiej niż niejeden kot od urodzenia mieszkający w czterech ścianach. Nie czują potrzeby wychodzenia. Pomyślcie tylko, że one na tych zdjęciach po raz pierwszy w swoim życiu zasnęły z pełnymi brzuchami na ciepłym, miękkim miejscu w błogiej ciszy i spokoju. A gdy bawiły się zabawką to był ich pierwszy raz w życiu, nigdy przedtem nawet nie widziały wędki dla kota albo piłeczki.


FIV, czyli o chorobie, która brzmi groźnie, ale nie odbiera życia
Podczas badań jednej z kotek wyszedł dodatni wynik na FIV (koci wirus niedoboru odporności). Na początku poczułam, że to wyrok. Choć słyszałam o tej chorobie to nigdy przedtem nie mialam doczynienia z kotem z FIVem. Jedynie w schronisku w którym byłam wolontariuszką, ale tam koty z tą chorobą były odseparowane od tych zdrowych i z mojej perspektywy wyglądało to na chorobe skazującą kota. Niektórzy nazywają FIV kocim HIVem i wtedy to brzmi bardzo przerażająco, co nie? Gdy powiedziałam o tej kotce pewnej osobie to usłyszałam, że muszę ją wyrzucić od razu i miejsce takiego brudasa jest na dworze. Nie przytoczę, jakie słowa wtedy padły z moich ust, bo wstyd się przyznać. Dlatego nienawidzę określania tego kociego wirusa HIVem, bo prawie każdy reaguje tak samo. Kiedyś koty z FIV+ były masowo usypiane, ale na szczęście badania naukowe pokazują jak szkodliwe i krzywdzące było i jest (bo zdarzają się weterynarze, którzy dalej to praktykują) takie podejście. Wiele kotów niepotrzebnie straciło w taki sposób życie.
Poniżej wynik testu płytkowego na FIV i FeLV (to białaczka i u kotów to chorobą zakaźna, przy niej już nie można pozwolić, aby zdrowy kot żył z białaczkowym, bo do zarażenia dochodzi podczas nawet wspólnego wylizywania się, picia wody czy jedzenia). Jak widzicie przy FIV są dwie kreski co wskazuje na pozytywny wynik.

FIV nie jest chorobą zakaźną dla ludzi ani innych zwierząt domowych poza kotami. To wirus, z którym wiele kotów potrafi żyć bez żadnych objawów – dokładnie tak, jak ta kotka teraz. Ma apetyt, bawi się, przytula, korzysta z kuwety, nie ma żadnych oznak choroby. Jednak, gdy ją złapałam to faktycznie (widać to nawet po zdjęciach) miała obniżoną odporność, przez co miała załzawione oczka i "brudny" nosek. Jednak żyjąc na zewnątrz każdego dnia musiała walczyć o przetrwanie.
Koty z FIV nie wymagają leczenia ani leków. Jedynym dodatkiem jest suplementacja wspierająca odporność (np. oleje omega).
Poniżej zdjęcie kotki świeżo po pobraniu krwi do testu PCR. Testu bardziej zaawansowanego niż płytkowy na FIV.
Jednak w przypadku tej kotki jedyne, co jest martwiące to stan jej zębów. Pomimo młodego wieku (2/3 lata) ma 2-4 zęby do wyrwania. Tyle czasu była niedożywiona, a musiała karmić swoje maluchy, dodatkowo ten FIV i odbiło się jej na ząbkach.
Koszt leczenia wynosi sporo (min. 750 zł) i nie mam aktualnie takich pieniędzy, dlatego jak tylko uzbieram te sumę umawiam ją na zabieg.
Kotka kocha ludzi, naprawdę z całego serca. U mnie musi być odseparowana od reszty kotów, bo bardzo nie dogaduje się z moim kotem, a nie mogę ryzykować bijatyką, bo właśnie poprzez krwawe bijatyki (lub rozmnażanie) przenoszony jest FIV.
Kotka jest nadopiekuńcza względem swoich synków, a mój kot bardzo energicznie się z nimi bawi. Dlatego się nie polubiła z moim kotem, bo traktuje go jako zagrożenie dla swoich dzieci.
Jeśli marzycie o kocie, który nie odstąpi Was na krok (dosłownie siądzie na kolanach, gdy siedzicie na sedesie haha), będzie patrzeć swoimi wielkimi oczami w Was jak w 8 cud świata to ona jest takim kotem. A wiem, że dopiero się otwiera, człowiek który da jej dom na całe życie dopiero zobaczy, ile pokładów miłości potrafi ona mieć w swoim malutkim ciałku.
Druga kotka natomiast jest zdrowa, jednak nie miała jeszcze wykonywanej morfologii, która to potwierdzi. Jak ją zabierałam z tamtego miejsca to jej głowa była najszerszym miejscem w jej ciele, a przy głaskaniu było czuć każdą jej kość. Aktualnie na szczęście się to zmieniło. Kotka kocha jeść, przez to że była wychudzona i zagłodzona nie można nic pozostawić na blacie, bo nieważne co to będzie ona to zje. Musi nauczyć się jeszcze, że już jej nie zabraknie jedzenia. Jednak osobiście mnie to motywuje do sprzątania po jedzeniu od razu, mycia naczyń od razu, bo albo ja to zrobię albo ona zje 😅🤣 Koty również jak i ludzie miewają zaburzenia odżywiania, ona potrzebuje swojego człowieka, który wyleczy jej relacje z jedzeniem. Lubi inne koty, kocha się bawić, choć dalej robi to nieśmiało. Kotka boi się szybkich ruchów, co mi sugeruje, że mogła być wyganiana i przeganiana w bardzo agresywny sposób.

Co dalej?
Na tej wsi wciąż są dwa młode koty (ok. 4 miesiące). Chcę je złapać, oswoić i znaleźć im dom, zanim przyjdzie zima. Są jeszcze płochliwe, ale wiem, że się uda – potrzebuję tylko środków, by móc im pomóc. Aktualnie pieniądze są moją jedyną przeszkodą.
Nie boję się pracy, obowiązków, ani poświęcenia. Boję się tylko, że nie starczy mi pieniędzy, żeby je uratować.

Na co zbieram:
• Zabieg stomatologiczny: min. 750 zł (morfologia, rtg zębów, sedacja, czyszczenie kamienia i usuwanie zębów, końcowa kwota zależna jest od ilości usuniętych zębów)
• Morfologia drugiej kotki (160 zł), aby sprawdzić, czy faktycznie jest zdrowa.
• Podwójne szczepienie 4 kotów: ok. 800 zł
Aktualizacja: kociaki zostały już zaszczepione pierwszą dawką i chciałabym się z Wami czymś podzielić. Pani weterynarz zaproponowała, że za szczepienie weźmie tyle, ile kosztowały same szczepionki, czyli 200 zł za wszystkie 4 koty! Dla porównania, w normalnym gabinecie podwójne szczepienie jednego kota kosztuje tyle, co tutaj za całą czwórkę. Jestem ogromnie wdzięczna Pani Magdalenie za taką pomoc i dotychczas poświęcony czas, bo wykonywała to po godzinach pracy.
Utrzymanie 4 kotów:
• Karma: 400–500 zł miesięcznie
• Żwirek: 80-100 zł miesięcznie
+ dodatkowo jeśli chciałabym zrobić zapas karmy dla kotów, które tam dalej żyją.
Każdy rachunek i fakturę będę dodawać, poniżej zamieszczam też na co wydałam dotychczas.
Poniżej załączam zdjęcie wycinków niektórych opłat, które ponosiłam. Nie zbierałam wszystkich paragonów, bo czułam to za zbędne. Nie chcę wyliczać, ile poświęciłam środków już na te koty. Po prostu zamiast kupić cokolwiek sobie to kupowałam im. Nie chcę, aby mi się za te koty "zwróciło", ale chcę pokazać, że faktycznie czynności o których wspomniałam wyżej wykonałam, dlatego załączam poniżej taką mini "sklejkę".

Każda złotówka to dla tych kotów życie zamiast przetrwania.
Każde Wasze udostępnienie to szansa. Dziękuje każdej osobie z TikToka za komentarz. Nie wiecie jak bardzo mnie to poruszyło. Cieszę się bardzo, bo dzięki Wam te koty właśnie stały się zauważone. Wszysycy stajecie się częścią tej historii i ich wirtualnym opiekunem.
Chcę, żebyście wiedzieli co u tych kotów, jak sobie radzą. Dlatego systematycznie będę aktualizowała zrzutke i wrzucała informacje o nich na Tiktoka, czyli tam, gdzie została zapoczątkowana zrzutka.
https://vm.tiktok.com/ZNdvbM8UW/
Dziękuję z całego serca za każdą pomoc, każdą wpłatę i każde dobre słowo.
Razem możemy pokazać, że człowiek potrafi być dobry. ❤️🐾
--------------------------------
AKTUALIZACJA 13.10
Złapałam też rudego kotka. To był impuls, jego siostra nie przychodziła na karmienie przez 2 dni i zaczęłam się po prostu bać, a jak on się pojawił to musiałam zrobić. Dalej walczy z samym sobą, czy ufać, czy nie ufać, jednak najczęściej ulega, bo pokochał głaskanie. Podczas czyszczenia uszu mruczał jak szalony. Odrobaczyłam go już pierwszy raz, za tydzień kolejny. Kastracja, podwójne szczepienie i będzie gotowy do nowego domu. Jednak jeszcze muszę złapać jego siostre, która jeszcze bardzo się mnie boi. Poniżej tak wygląda kot w żywołapce (który ze stresu popuścił), żywołapka to była najlepsza inwestycja ubiegłego roku. Jak przyszłam to bałam się, że żaden kot się nie da nabrać na tak wąską klatkę, ale z głodu tam wchodzą.



AKTUALIZACJA 15.10
Dzięki Wam mogłam już, tak szybko, pojechać z kotką do weterynarza na badania sprawdzające, czy nie ma przeciwwskazań do zabiegu i nie ma! Kotka jest zdrowa (poza tym FIV) i w czwartek (23.10) będzie miała zabieg, a więc w końcu przestanie odczuwać dyskomfort przez swoje zęby. Dziękuje bardzo, naprawdę bardzo bardzo Wam dziękuję!


Badania kosztowały 130 zł. Zabieg min. 750 zł (zależy ile, finalnie usuną jej zębów na pewno 2 kły, czyli to już 200 zł, czyszczenie 400 zł i prześwietlenie, aby zobaczyć, ile dokładnie jest do usunięcia). Będę Was informowała. W poniedziałek wizyta u weta z rudym kocia na pierwszą dawkę szczepionki koszt 95 zł, reszta kotów już jest po pierwszej dawce i czeka ich druga i będą gotowe do adopcji :)

AKTUALIZACJA 20.10
Rudy kociak był u weterynarza i został zaszczepiony pierwszą dawką szczepienia. Ponadto dostał preparat na świerzb uszny i inne robaki. Ten sam preparat już samodzielnie podałam reszcie kotów profilaktycznie, bo takie zalecenia otrzymałam od weterynarza. Za 3 tygodnie czeka go kolejna dawka szczepienia. Do tego czasu chciałabym go wykastrować, aby już za 3/4 tygodnie mógł trafić do nowego domu.

Do transporera pchały się wszystkie koty poza nim. Chyba chcą do nowego domu 🤣


AKTUALIZACJA 21.10
Nie wiecie jak szczęśliwa jestem. W końcu udało mi się złapać siostre rudego kocurka, która odkąd został on złapany przestała się pojawiać. Próbowała walczyć ze mną, bardzo się bała. Podałam jej ten sam preparat na robaki i świerzb, co reszcie kotów, bo jeszcze mi go zostało idealnie dla niej. Przed nią również szczepienie i kastracja. Nie mogę się doczekać jej reakcji na ponowne spotkanie z bratem.

Aktualizacja 25.10
Kotka z FIV miała wykonany zabieg na zęby – najpierw RTG, a na podstawie niego usunięcie tylko 1 zęba. Na szczęście tylko 1 kła złamanego, bo pierwotnie było mowa nawet o 4, ale nie można było usunąć więcej, bo ma bardzo drobną szczękę i usunięcie kolejnych 2 kłów mogłoby skutkować zapadnięciem szczęki 😔 Zabieg usunięcia i czyszczenie reszty zębów z kamienia, który powodował zapalenie kosztował 520 zł. Poniżej potwierdzenie płatności:

Aktualizacja 11.11
Mam dopiero teraz wolną chwilę, aby opowiedzieć Wam co się działo. Kotka złapana w październiku zostala zaszczepiona pierwszą dawką, poniżej potwierdzenie:

W międzyczasie burasek zachorował. Przestał jeść, co było do niego naprawdę bardzo nie podobne. Nie chciał się bawić, stale szukał człowieka i chciał spać. U weterynarza wyszło, że się zatruł (jedyne co przychodzi mi to głowy to że karmą mokrą, bo reszta kotów też nie chciała jej jeść nagle), napisałam do dystrybutora i 61 puszek zwróciłam im i mają oddać mi za nie pieniądze… Ile się nastresowałam to moje, na szczęście z dnia na dzień poprawiało mu się, leki pomagały. Reszta kotów w porządku. On na szczęście szybko wyzdrowiał i znowu był pełen radości i energii do zabawy. Za wizytę i leki zapłaciłam:
Kociaki, cała czwórka, 5 listopada zostały wykastrowane, a do tego jeszcze burasek, który dalej żyje na tej wsi, z której zostały zabrane wszystkie koty. Kupuję mu jedzonko, a w sumie to im, bo zostały 4 kocury (jeszcze tylko 1 do wyleczenia i kastracji), a moja babcje je codziennie dokarmia, bo ja mieszkam 70 km dalej…
otka musiala chodzić tydzień w ubranku, aby nie naruszyć szycia i dzisiaj sama sobie to zdjęła. Oczywiście pomógł jej w tym rudy brat 😆

Napisałam też wniosek do gminy o sfinansowanie leczenia i kastracji ostatniego niewykastrowanego kota, który żyje na tej wsi, którego również dokarmia w moim imieniu moja babcia. Wniosek rozpatrzony pozytywnie, bo jako że to kot, który dalej żyje na dworze i przez prawo klasyfikowany jest jako kot wolno żyjący to gmina ma obowiązek o niego zadbać. Jutro go zawożę na 3 dni do weta na leczenie, a jak poprawi się jego stan zdrowia to zostanie wykastrowany, a potem wypuszczony… :(
