id: fykbdk

MRUCZUŚ z zapaleniem otrzewnej na trasie do mety ZDROWIE ♥️

MRUCZUŚ z zapaleniem otrzewnej na trasie do mety ZDROWIE ♥️

 
Monika Sroczyńska

Description

MRUCZUŚ z zapaleniem otrzewnej na trasie do mety ZDROWIE ❤


Kochani!

Nie ukrywam, że trudno było mi się tutaj zalogować, ponieważ nigdy nie korzystałam z takiej formy wsparcia. Zawsze ze wszystkim radzę sobie sama (jeśli już to ze wsparciem Rodziny ❤️ i Przyjaciół ♥️). Nie mniej jednak wiele osób, które mnie znają i wiedzą o obecnej sytuacji Mruczusia, namówiło mnie do założenia tej zbiórki. Dzięki temu osoby życzliwe z bliska i z daleka, będą mogły mieć swój udział w powrocie Mruczusia do pełni zdrowia i sił.

Tak więc Drodzy Przyjaciele i Znajomi z bliska i z daleka, których wrażliwość i empatia na cierpienie braci mniejszych jest wielka, zwracam się do Was z prośbą o wsparcie finansowe na leczenie MRUCZUSIA, który zmaga się z zakaźnym zapaleniem otrzewnej. Choroba jest bardzo groźna dla kociego organizmu, nieleczona w ciągu kilku dni może zakończyć maleńkie kocie życie.

Mruczuś, szczęśliwie ma już wdrożone leczenie, ale to dopiero początek trzymiesięcznej drogi do pełnego powrotu do zdrowia. Mruczuś jest niezwykłym pacjentem i bardzo dzielnie znosi codzienne zastrzyki, których przyjmowanie nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń. Każdy z nas doświadczył w swoim życiu „ukłucia igłą”, a leki podawane Mruczusiowi są naprawdę bolesne. Nasz maleńki Skarb nie uskarża się jednak wcale, wszystkie podania znosi dzielnie, otoczony czułą troską cioć w szpitaliku i miłością, którą otrzymuje z każdej strony.

Historia Mruczusia niesie ze sobą także smak goryczy. Bo Mruczuś, mimo iż był kotkiem wychodzącym, miał opiekunów i dom, do którego wracał. Jednak gdzieś po drodze zabrakło w nim empatii. Opiekunowie karmili kociaka, miał żwirek i kuwetę, kiedy przyszły mrozy i zamknęli go w piwnicy. Widzieli, że coś mu dolega, ale uznali, że chyba wraca do zdrowia, bo np. polizał mleczko. Miał porozstawiane miseczki z różnym jedzeniem, ale niestety nie chciał jeść. Nikt jednak nie pochylił się nad tym problemem, nie zajrzał do pyszczka, nie zaprowadził do weterynarza dwie ulice dalej. Mijały tygodnie, a Mruczuś siedział od miesiąca w piwnicy i słabł, jednak do weterynarza nadal było nie po drodze ☹ Dopiero, kiedy przestał się myć i jeść, dostałam rozpaczliwy telefon z prośbą o pomoc. Pędziłam jak najszybciej, by pomóc maleństwu. Na wejściu spotkałam „górnika po szychcie”. Tak prezentował się Mruczuś, brudny i wychudzony.

Pani weterynarz w lecznicy, mimo braku terminów od razu zajęła się maluszkiem. Kitek był ekstremalnie odwodniony, z buzią pełną nadżerek ☹ Z powodu skrajnego odwodnienia nie można było pobrać krwi do badań, w związku z czym od razu został podpięty pod kroplówkę. Na początek wykonano tylko biochemię i parametry wątrobowe wyszły podwyższone. Doktor Weronikę tknęło coś jeszcze, nie podobał jej się brzuch, wykonała usg a na ekranie płyn w jamie brzusznej, diagnoza: zakaźne zapalenie otrzewnej.  Do domu wróciliśmy wieczorem. Słabi, ale świadomi, świadomi ogromnego zagrożenia dla Mruczunia. 

Kolejny dzień od rana w lecznicy, Mruczuś został w szpitaliku, by go wspomóc, dożywić i wykonać szerszą diagnostykę. A ja z sercem na ramieniu, poruszyłam niebo i ziemię, by zdobyć lek „na wczoraj”. Dzięki ludziom dobrej woli, zintegrowanych na FB grupach, szybko dotarłam do osoby, która w ekspresowym tempie wysłała lek dla Mruczusia. W sobotę rano mieliśmy już ampułkę. Mruczuś otrzymał pierwszą dawkę leku. Dostał też erytropoetynę, żelazo i witaminę B12. Mimo bolesnych zastrzyków nie protestował, bardziej skupiał się na przytulaniu i ciepłych ramionach, które go tuliły. Przytulaski to jego ulubiony zabieg na poprawę samopoczucia. Ale nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie wsparcie medyczne. Leki i wspaniała opieka weterynaryjna, a także wsparcie merytoryczne od osób, które znają ten problem od podszewki i pomagają laikom takim jak ja, jest nieoceniona w tej trudnej walce. 

To co piękne i dobre w tym wszystkim to fakt, że po tygodniu Mruczusiowi wraca energia, ma apetyt i regularnie się wypróżnia. Nasz maleńki Górnik zaczął się wczoraj myć. I mimo, że wyniki nie są na ten moment zadawalające, to Mruczuniu pokazuje, że on wbrew wszystkiemu ma się coraz lepiej. Nie daje się przeciwnościom, ale dzielnie kroczy do przodu na metę ZDROWIE. Wszyscy Go dopingujemy, a On pokazuje, że jest Super Maratończykiem, który dopiero bierze rozbieg ♥️

Trzymając kciuki za Dzielnego Mruczunia, zwracam się do Was z prośbą o wsparcie. Jak już wspomniałam, zawsze radzę sobie sama. Wspieram i pomagam wszystkie biedy, które spotykam na swojej drodze. Tym razem nie tylko jedzenie, wizyta u weterynarza czy zabezpieczenie wystarczy. Leczenie Mruczunia to długotrwały proces, koszt trzymiesiecznej terapii to spora kwota, co najmniej kilku tysięcy. Pierwszy tydzień wdrożenia leczenia, zastrzyków i opieki medycznej w szpitaliku to ponad 1500 zł. Nie licząc oczywiście domowego utrzymania czy ciągłych kursów do lecznicy. Sądzę, że tygodniowy koszt nieco się zmniejszy, bo Mruczuś nabrał na tyle siły, że na ten moment nie ma potrzeby by zostawał w lecznicy. Będziemy jeździć na zastrzyki, badania i wizyty kontrolne. Tak czy inaczej codzienna troska o Mruczunia to bieżące utrzymanie, zakup leków i opłata wszystkich usług weterynaryjnych. Wszystko to ogarniemy bo mamy deal, że razem damy radę ♥️♥️ i tylko tego się trzymamy ♥️♥️💪💪 

Za Mruczusia trzymają też łapki wszystkie moje domowe Skarby: Leo, Rysiu, Lala, Nuncjusz, Złoto i Franciszka. Wszystkie przygarnięte w potrzebie. 

17-letni Leoś, to moje najstarsze geriatryczne już psie dziecko, które wymaga szczególnej troski. Leo jest u mnie właściwie od pierwszych dni swojego życia. Kiedy nauczył się tylko dreptać, przytuptał pod moje drzwi. Był wtedy mniejszy niż moja stopa. I tak tuptamy razem przez lata, pomagając innym zwierzakom. W naszym domu zamieszkała w międzyczasie Sarcia z Azylu w Zawadzie, którą bardzo kochaliśmy, a Leo się o nią troszczył z ogromną czułością. Kiedy ją zabierałam z azylu miała kości obleczone skórą. Miłość i troska pozwoliła jej na pozostanie z nami przez kolejne 5 lat. Czerpała z życia z ogromną radością. Mieszkał z nami też Funt, miniaturka chomika, który razem z Leosiem dreptal wspólnie po domu. Miesiąc po odejsciu Sarci, z lasu przywiozłam na dłoni małą kocią Kruszynkę. Szukałam mu domu wśród “kociarzy”, ale okazało się że byliśmy z Rysiem sobie przeznaczemi. To moje pierwsze kocie dziecko, które zamieszkalo ze mną w domu. Pół roku później, podczas pandemii do gabinetu kosmetycznego wparowało około 4-miesieczne psie dziecko. Powiedziałam temu Maleństwu, że jak poczeka na mnie przy drzwiach to pojedziemy razem do domu. Czekała wytrwale. Teraz Lala zarządza osiedlem, obszczekujac sąsiadów, którzy jej nie pogłaszczą. Z Rysiem od zawsze trzyma sztamę. Półtorej roku później zamieszkał z nami Nuncjusz. Bytował w okolicy cmentarza. Przychodził codziennie przez trzy miesiące, zanim zabrałam go do domu. Od początku czuł się jak u siebie. Trzy miesiące później na półrocznym tymczasie zamieszkał z nami gołąb Kacper. Zabraliśmy go z trasy Orszaku Trzech Króli 6 stycznia. Mieszkał z nami do Bożego Ciała. Psy, koty i gołąb żyły w pełnej symbiozie. Miesiąc po tym jak wypuściliśmy gołębia na wolność, pojawił się "gangster Złotówa". Siedział pod moim samochodem, naprzeciwko okna i wrzeszczał na całe osiedle. Zabezpieczyłam zarobaczonego i wychudzonego kociaka na chwilę, dziś mamy akrobatę w domu. Pół roku temu w jednym z gabinetów weterynaryjny h pojawiła się Frania z ogromną przepukliną na brzuchu. Przyniosła ją Pani, która ją wcześniej znalazła. Maleńka słabła, konieczna była operacja. Przejęłam opiekę. Doktor Weronika, mimo urlopu, przyjechała i razem z doktor Andżeliką zoperowały 560 gram kociego szczęścia. Dziś waży już 2500 i jest prawdziwym łobuzem. Opieka nad nimi to też niemałe koszta, ale oczywiście biorę to na siebie. 

Przyjmując jednak pod swą pieczę kolejne maluchy mam świadomość rosnących wydatków. Leczenie Mruczunia jest długotrwałe i kosztowne, dlatego za namową zaprzyjaźnionych zwierzolubów zdecydowałam się na założenie tej zbiórki. I mocno wierzę w to, “że ludzi dobrej woli jest więcej i ten świat nie zginie nigdy dzięki nim” ♥️♥️♥️


Ps. Dotychczasowi opiekunowie Mruczusia przestali się ze mną kontaktować i odbierać telefony, bo “tego się nie leczy”.


My się leczymy i prosimy Was o wsparcie dla Mruczunia w drodze do mety ZDROWIE 💪💪♥️


Każda wpłacona złotówka i każde udostępnienie jest na wagę powrotu MRUCZUNIA do ZDROWIA ♥️ Wszystkim Przyjaciołom i Darczyńcom z serca dziękujemy ♥️♥️♥️


 




Comments

 
2500 characters
Zrzutka - Brak zdjęć

No comments yet, be first to comment!

We prioritize safety. If you have any concerns, please report this fundraiser using