Czy to był ostatni raz kiedy pobiegła?...
Czy to był ostatni raz kiedy pobiegła?...
Updates2
-
Aktualizacja:
Jedna łapka goi się bardzo ładnie i jest już bezpieczna 🤍
Druga wciąż wymaga walki — w piątek czeka nas operacja mająca na celu poskładanie tej biednej łapci.
Bardzo prosimy o trzymanie kciuków za Matchę ❤️❤️❤️
0CommentsNo comments yet, be first to comment!
Add updates and keep supporters informed about the progress of the campaign.
This will increase the credibility of your fundraiser and donor engagement.
Description
Cześć. Jestem Matcha. Jeszcze niedawno byłam niespełna dwuletnim kotem bengalskim, którego było wszędzie pełno. Biegałam jak szalona po całym domu, wspinałam się na meble, framugi i drapaki, zaczepiałam ludzi, żeby ganiali się ze mną po korytarzu, a największą radość sprawiało mi gonienie wszystkiego, co dało się turlikać po podłodze. Tak wyglądało moje życie do Wigilii 2025 roku...
Teraz walczę o to, żeby nie stracić łapek.
W Wigilię w domu było głośno i chaotycznie, dużo gości, ciągle otwierające się drzwi, ruch w jedną i drugą stronę. Z ciekawości podeszłam bliżej. Kiedy moi ludzie witali kolejnych gości na progu, cichutko przecisnęłam się między ich nogami i pierwszy raz w życiu wyszłam na zewnątrz. Było zimno, mokro i kompletnie obco. Schowałam się. Przez wiele godzin nikt nie wiedział, gdzie jestem. Myśleli, że śpię gdzieś zwinięta w kłębek, jak zawsze. Dopiero kiedy nie przyszłam na jedzenie, zaczęli mnie szukać. Pierwszy raz zobaczyłam światło latarki i usłyszałam swoje imię dopiero po kilku godzinach.
Poszukiwania trwały kilka dni. Moja Pani zrezygnowała z wyjazdu do rodziny na święta i całe dnie oraz noce chodziła po okolicy, zaglądała w krzaki, piwnice, pod samochody, po kilkadziesiąt razy w te same szczeliny i rozwieszała ogłoszenia. Wołała mnie o trzeciej, czwartej i piątej nad ranem. Widziałam nocami błyski latarki. Słyszałam jej głos. Nie wiem, czy w ogóle wtedy te noce spała. A ja ani razu nie miałknęłam. Byłam tak przemarznięta i przestraszona, że tylko kuląc się w coraz mniejszych kryjówkach, czekałam, aż to wszystko minie.
W końcu mnie znalazła w środku nocy w długiej, wąskiej rurze kilka metrów od domu. Byłam przemoczona do samej skóry i trzęsłam się z zimna, ale rura była jedynym miejscem, w którym czułam się względnie bezpiecznie. Nie było żadnej możliwości, żeby mnie z niej wyciągnąć. Moja Pani siedziała przy tej rurze kilka godzin. Prosiła mnie, wołała, próbowała smaczkami, ale ja nie wiedziałam, czy mogę jej zaufać. Skuliłam się jeszcze bardziej, na samym końcu rury, drżąc z zimna i strachu. W końcu usłyszałam, że jedyną szansą jest klatka łapka. Moja Pani odeszła z łzami w oczach, bo bardzo nie chciała mnie tam zostawiać ale wiedział, że nie dam się przekonać. Wtedy żadna z nas nie wiedziała, że to wszystko może skończyć się aż tak dramatycznie...
Dalej wiem już tylko ja. To była najgorsza noc w moim życiu. Zostałam znaleziona dopiero rano, kiedy pies sąsiadki wywąchał mnie pod krzakami. Był bardzo blisko, a ja nawet nie drgnęłam - bo nie mogłam. Niedługo potem przybiegła moja Pani z kocykiem, ciepłą wodą i jedzeniem. Myślała, że znów będę uciekać, więc próbowała mnie zwabić, ale ja tylko patrzyłam przed siebie. Leżałam w szronie, w błocie, mokra, z ogonem ciasno owiniętym wokół ciała i łapkami podkulonymi pod siebie, wyglądałam jakbym pogodziła się z śmiercią. To było do mnie kompletnie niepodobne. Jestem ruchliwa, zawsze reaguję, zawsze pokazuję, że coś jest nie tak. Tym razem nie miałam już siły.
Kiedy zabrała mnie do domu i próbowała delikatnie postawić na podłodze, tylne łapki całkowicie się pode mną rozjechały.
Nie byłam w stanie ustać. Jedna łapka bezwładnie wisiała, zimna i martwa, z otwartej rany kapała krew. Druga była ogromnie spuchnięta, twarda w kształcie piłeczka do golfa. Okazało się, że przez długi czas jedna z nich nie miała dopływu krwi, a druga ma zwichnięcie, porwane ścięgna i mięśnie oraz otwartą ranę aż do kości, która zaczęła ropieć. Każdy ruch sprawiał mi ból, którego nie potrafię opisać.
Od kilku dni leżę w lecznicy. Nie jem, nie piję, nie korzystam z kuwety. Weterynarze nie wiedzą, czy to kwestia traumy, czy problemów wewnętrznych po wychłodzeniu. Przede mną kolejne badania, leczenie, a być może operacje. Moja Pani zgadza się na wszystko. Nie pyta, co będzie tańsze, nie negocjuje. Chce tylko, żebym miała szansę znów stanąć na łapach. Ale prawda jest taka, że koszty leczenia bardzo szybko zaczęły ją przerastać.
Właścicielka: Serce pęka mi za każdym razem, kiedy o tym myślę, bo wiem, że całe jej szczęście zawsze było w ruchu. Nie w leżeniu na kolanach, nie w głaskaniu, tylko w bieganiu, wspinaniu się i ciągłej zabawie. Matcha zawsze była wszędzie, zawsze pierwsza, zawsze ciekawska i pełna energii. Myśl o tym, że w tak młodym wieku mogłaby stracić możliwość normalnego poruszania się, jest dla mnie jak odebranie jej całego świata. Weterynarze mówią, że jest bardzo dzielna i że widać w niej ogromną wolę życia, dlatego nie odpuszczam i robię wszystko, co tylko jest możliwe, żeby ją uratować. Zgadzam się na każde badanie, każdy pobyt w szpitalu i każde leczenie, bo nie potrafię inaczej. Jednocześnie zaczynam czuć, że finansowo nie pociągnę, a koszty rosną z dnia na dzień i przekraczają moje możliwości. Mamy za sobą kilka długich dni w lecznicy przepełnionych badaniami i na dany moment wszystko wskazuje na to, że szybko to wszystko sięnie skończy. Czeka nas również najprawdopodobniej operacja mająca na celu ratowanie jej tylnej łapki przed amputacją oraz długa rehabilitacja. Dlatego proszę o pomoc. Trudbo oszacować jaka to będzie dokładnie kwota bo ciągle dochodzi coś nowego... ale na podstawie wstępnego kosztorysu bardzo możliwe, że nie zamkniemy się w 10k.
Nawet najmniejsza wpłata ma ogromne znaczenie i realnie daje Matchy szansę na to, żeby ta historia nie zakończyła się tym, że już nigdy nie pobiegnie... 💔
Zdrówka dla Matchy! Pozdrowienia z LaRambli!
Dziękujemy!💛 Matcha przesyła mruczące pozdrowienia prosto z transportera ^^
Powodzenia!
Dziękujemy! 🥰
Trzymam kciuki i dużo zdrowia! ❤️
Bardzo dziękujemy! ❤️❤️❤️