Description
Walczymy o nowe życie - dla naszej rodziny i dla innych
Krąży takie powiedzenie: musisz stracić wszystko, żeby móc zacząć od nowa. A co, jeśli ktoś ma w perspektywie utratę dosłownie wszystkiego - łącznie z dachem nad głową? Mur, który od czterech pokoleń był świadkiem życia, radości, smutku, strachu, śmierci, walki, moich pierwszych kroków i pierwszych kroków moich dzieci, ma zostać wyceniony przez biegłego na potrzeby licytacji komorniczej.
Wiem, że zaraz ktoś napisze, że sama się prosiłam, że żyłam ponad stan, że niech się teraz spłaca. Z góry dziękuję za takie słowa - one tylko przypominają mi, jaką nigdy nie chcę się stać. W odpowiedzi przesyłam dużo ciepła. Jeśli masz podobne problemy - daj znać, może uda mi się podzielić tym, czego się nauczyłam.
Czy nie wstyd mi prosić o pomoc? Stara ja zapadłaby się dziś pod ziemię. Ale ja dziś spaliłabym się ze wstydu, gdybym nie zrobiła wszystkiego, co się da - bo wiem, że to stan chwilowy i będę walczyć, żeby moja rodzina nie cierpiała.
Mogłabym rzucić tytułem w stylu "pięcioosobowa rodzina na skraju, system chce odebrać im dach nad głową" - łatwiej byłoby to kliknąć. Ale mimo że każde słowo byłoby prawdą, nie zrzucę wszystkiego na system. Zasady są proste: pożyczyłeś, musisz oddać. System nie podpisywał umów kredytowych - my już tak.
Skąd to się wzięło
Dawno temu byłam po prostu Magdą, która czuła się coraz gorzej. Chudłam, mdlałam, miałam krwotoki, niedokrwistość - NFZ kazał mi czekać rok w kolejce. Specjaliści mówili: nerwica, depresja. Żeby kupić sobie czas, wzięłam kredyt na prywatne wizyty. Dopiero setna prywatna konsultacja połączyła kropki: guz chromochłonny. Usłyszałam, że mam się pożegnać z bliskimi. Odpowiedziałam, że to jeszcze nie mój czas. Miałam 22 lata. NFZ nie finansował terapii eksperymentalnych, więc znowu kupiłam sobie czas kolejnym kredytem. Wygrałam tę walkę po pół roku.
Usłyszałam też, że nie będę mogła mieć dzieci. Mimo to zaszłam w ciążę - cud, którego nie miało być. Straciłam wtedy pracę, bo walczyłam o życie. Mąż dopiero rozkręcał swoją firmę filmową - pełną pasji, z zerowym budżetem, ale wtedy pojawiło się "kolesiostwo" w branży i firma zmarła śmiercią naturalną, przyspieszoną przez COVID. Razem z załamaniem firmy, u męża pojawiła się głęboka depresja.
Poród naszego syna to ostre zapalenie trzustki, rzucawka, utrata wzroku przy ciśnieniu 220/160, nagła cesarka ratująca życie nas obojga. Miesiąc później - uwięźnięcie przepukliny u synka, 18 godzin czekania, operacja ratująca życie, bo tkanki zaczynały obumierać. Usłyszałam wtedy, że mam się pożegnać z synem. Przeżył.
Później przyszedł udar niedokrwienny. Wyszłam ze szpitala na własne żądanie, żeby wrócić do pracy i spłacać kredyty.
W międzyczasie mój tata zachorował na raka - zebraliśmy środki, żeby mama mogła być przy nim w Warszawie, podczas leczenia przez lekarza, który podjął się leczenia taty - jako jedyny. Tę walkę też wygraliśmy.
ZUS odmówił mi prawa do zasiłku macierzyńskiego, podważając moje zatrudnienie - pracowałam niemal do końca zagrożonej ciąży. Przez cały rok zostaliśmy bez tego dochodu, na który liczyliśmy, wychowując noworodka i dwójkę pozostałych maluchów - bez żadnej rekompensaty za ten czas. Decyzja ZUS-u przyspieszyła przedwczesny poród naszego najmłodszego dziecka, które trafiło na OIOM. Dziś chodzi wyłącznie dzięki intensywnej rehabilitacji, którą zapewniliśmy mimo braku pieniędzy na życie i dwójki starszych dzieci w domu wymagających opieki. Zaległe składki z tamtego okresu są dziś zabezpieczone hipoteką przymusową na naszym domu, na kwotę niemal 50 000 zł.
Nasze dzieci są w spektrum autyzmu i mierzą się z poważnymi, przewlekłymi problemami zdrowotnymi, które wymagają stałej opieki specjalistycznej i częstych wizyt prywatnych, bo terminy na NFZ są zbyt odległe.
W ciągu ostatnich pięciu lat pożegnaliśmy troje dziadków i babcię. Straciłam też niemal wszystkich przyjaciół - zostali ci, którzy naprawdę byli przy nas, nie ci, którzy tylko czegoś potrzebowali.
Mimo to nie przestaliśmy marzyć o czymś większym: o fundacji, która pomagałaby osobom w kryzysie bezdomności i matkom wyrzuconym na bruk - dać im schronienie, pomóc uwierzyć w siebie. Od roku pracuję nad projektem naukowym budulca z recyklingu (plastik, szkło, gruz) na tymczasowe schronienia dla ludzi, którzy stracili dom przez wojnę, kataklizm albo zwykły zbieg okoliczności.
Chcemy najpierw stanąć na nogi, żeby móc realnie pomagać innym.
Jak rosła spirala zadłużenia
Każdy kryzys, o którym piszę wyżej, kosztował - i każdy z nich płaciliśmy tym samym sposobem: kolejnym kredytem. Braliśmy kredyt, żeby spłacić poprzedni kredyt. Potem konsolidację, żeby raty były choć trochę do przełknięcia. Kiedy banki przestawały nam ufać, sięgaliśmy po chwilówki - nie na przyjemności, tylko na to, żeby było na prywatne wizyty u specjalistów dla dzieci, na leki, na zwykłe życie, kiedy pensja z etatu czy dorywczej pracy już nie starczała. Odsetki od chwilówek rosły szybciej, niż byliśmy w stanie je spłacać, więc brało się kolejną, żeby spłacić poprzednią. W ten sposób pojedyncze, uzasadnione potrzeby - wizyta u lekarza, rachunek, jedzenie - zamieniły się z czasem w dług, który dziś sięga niemal 300 000 zł, rozrzucony pomiędzy bankami, funduszami sekurytyzacyjnymi, które odkupiły nasze zobowiązania, i ZUS.
Gdzie jesteśmy teraz
Wczoraj gościliśmy w naszych murach komornika i biegłego rzeczoznawcę, którzy wycenili naszą nieruchomość. 10 sierpnia 2026 r. - w 8. rocznicę naszego ślubu - mam zadzwonić do komornika i powiedzieć, ile udało się zebrać na poczet najpilniejszego zadłużenia: 41 000 zł. To jedyna droga, by ocalić dom przed licytacją w tej konkretnej sprawie.
To jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Licząc odsetki, koszty zastępstwa procesowego i wierzytelności odsprzedane kolejnym funduszom, łączna suma naszych zobowiązań zbliża się do 350 000 zł, w tym blisko 50 000 zł zaległości wobec ZUS zabezpieczonej hipoteką na domu.
Nie czekamy bezczynnie na cudzą dobrą wolę. Wystawiamy na sprzedaż wszystko, co możemy: gitary, wzmacniacz, telewizor, ekspres do kawy, głośniki, prezenty ślubne, porcelanę, obrazy, sprzęt medyczny. Sprzedaliśmy już obrączki, łańcuszki, bransoletki, kolczyki - złote i srebrne - na poczet długów.
O co prosimy
Zbieramy na spłatę całości naszego zadłużenia, żeby móc zacząć od nowa - nie tylko przetrwać, ale też w końcu móc robić to, co naprawdę chcemy robić: pomagać innym, którzy są tam, gdzie kiedyś byliśmy my.
Każda złotówka się liczy.
Dziękuję z całego serca każdemu, kto zdecyduje się nas wesprzeć - i każdemu, kto po prostu udostępni tę zbiórkę dalej.
Zbiórka jest w pełni jawna i przeznaczona na spłatę zadłużenia zagrażającego utratą naszego domu. W razie pytań jestem otwarta na kontakt.