Franek
Franek
Description
Podczas największych mrozów robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by ochronić choć część bezdomnych kotów przed śmiercią. Jeździliśmy w miejsca, w których wiemy, że bytują koty. Sprawdzaliśmy stan budek, dokładaliśmy do nich polary, upewnialiśmy się, że znani nam karmiciele mają zapas karmy, a późnymi wieczorami objeżdżaliśmy okoliczne miejsca dokarmiania. Sprawdzaliśmy, czy nic złego się nie dzieje – czy przy którejś budce nie marznie kot albo czy w środku nie ma ciężko chorego zwierzaka.
Kiedy dotarliśmy w jedno ze znanych nam miejsc, z budki natychmiast wyskoczył bury kot. Jego miauczenie całkowicie nas rozkleiło
Wył przeraźliwie – jak porzucony, wystraszony i bezsilny kot. Było już bardzo późno, temperatura wynosiła -19 stopni, a odczuwalna była jeszcze niższa.
Próbowaliśmy go złapać, ale kocurek był zbyt przerażony, by dać się wziąć na ręce czy pozwolić podejść choć trochę bliżej, by złapać go w podbierak. Każde podejście kończyło się ucieczką w stronę parku, gdzie wiatr hulał, a zimno było znacznie większe niż w jego dobrze ukrytej i osłoniętej budce. Klatka-łapka nie wchodziła w grę — jedzenie w niej zamarzało dosłownie po 20–30 sekundach. Kilkugodzinna próba złapania kota nie przyniosła efektu. Musieliśmy odpuścić, bo baliśmy się, że w panice ucieknie w miejsce, gdzie naprawdę może zamarznąć. Chcieliśmy też spróbować zakraść się pod budkę i zamknąć w niej kota, ale skrzypiący pod butami śnieg zdradzał każdy krok — kot słysząc nas, natychmiast uciekał.
Wróciliśmy do domu, ale strach o jego życie nie pozwalał zasnąć. Myśląc, co jeszcze możemy zrobić, jedna z nas wpadła na desperacki pomysł... że w ostateczności podejdzie do budki w samych skarpetkach, żeby kroki na śniegu były cichsze i mniej słyszalne.
Następnego dnia, po sygnale od karmicielki, że kot nadal jest na miejscu, wróciliśmy tam ponownie. Próbowaliśmy ustawić inne klatki-łapki, licząc na to, że ciepłe i aromatyczne jedzenie nie zamarznie tak szybko. Niestety, mimo termicznych opakowań i prób podania jedzenia tuż przy budce, kocurek nie dał się wywabić ze swojego schronienia.
Nie było na co czekać. Albo działamy teraz, albo ryzykujemy, że nie przeżyje kolejnej nocy — a ta miała być jeszcze zimniejsza. Kot ciężko oddychał, kaszlał i wyglądał naprawdę źle. Jedna z nas zdjęła więc buty, zakradła się cicho po śniegu pod budkę i... udało się! W ostatniej chwili, gdy kot wyskoczył z budki, trafił prosto do podbieraka, którym chcieliśmy zasłonić wyjście z budki (wcześniej się to nie udawało przez skrzypiący pod butami śnieg, którego dźwięk płoszył kota). Chwilę później był już pakowany do transportera — co również nie było łatwe i skończyło się dla jednej z nas bolesnym pogryzieniem.
W ogromnych emocjach, ale szczęśliwi, natychmiast ruszyliśmy z kotkiem do kociarni. Już po kilku minutach w ciepłym samochodzie było widać, że stres zaczyna z niego schodzić. W kociarni, gdy trafił do klatki, bardzo szybko zaczął się miziać i tulić, zjadł całą miseczkę jedzenia, a potem spokojnie zasnął.
Jesteśmy już po wizycie u lekarza. Wiemy, że to niekastrowny kocurek. Ma silny stan zapalny spojówek z ropnym wypływem. Osłuchowo świst i szmer nad górnymi drogami oddechowymi, ale na szczęście nie zdążyło zejść na płuca.
Niepełne uzębienie z silnym stanem zapalnym dziąseł.
Kocurek z pewnością jest po jakimś wypadku bo w badaniu palpacyjnym wyczuwalne jest wyraźne zdeformowanie kości udowej lewej.
Na szczęście testy fiv/felv ujemne. Wyniki badań krwi też nie są najgorsze. Widać w nich stan zapalny, z którym zapewne uporamy się po wyleczeniu.
Kocurek został również zaczipowany.
Rozpoczęliśmy leczenie chłopaka i mamy nadzieję, że szybko dojdzie do siebie byśmy mogli wykonać zabieg stomatologiczny oraz kastrację.
Wczorajsza wizyta z badaniami i lekami kosztowała nas 333zł. Będziemy wdzięczni za wsparcie naszej zbiórki na Franka. 

