Profil organizatora


Ten profil jest zweryfikowany przelewem i dowodem osobistym


Dołączono

29.03.2018


Imię

Artur

Nazwisko

Kaszewski


O użytkowniku

Nazywam się Artur Kaszewski. Mam 41 lat. Mam cudowną żonę Annę 35 lat i dwie super córki Aleksandrę 12l i Agatę 9 l. Byliśmy typową rodziną, która żyła szczęśliwie choć skromnie. Zawsze przez życie razem, małymi kroczkami do przodu. Nasze szczęście zostało przerwane w październiku 2014 roku. Sześcioletnia wówczas Agatka, doznała nagłego niedowładu nerwu VII twarzy. Nie mogła nic mówić, kącik ust opadł, prawa powieka córki w ogóle się nie zamykała. Było to dla nas bolesne przeżycie ale mogliśmy jemu sprostać. Postawiliśmy wszystko na rehabilitację i przywrócenie sprawności neurologicznej córki. Wtedy pierwszy raz się zadłużyliśmy ale siłą własnych rąk i chęci wszystko wyprostowaliśmy. Niestety to było tylko na chwilę. W krótkim odstępie czasu los ponownie nas doświadczył, gdyż tym razem moja żona zaniemogła. Z ostrym bólem okolic brzucha trafiła do szpitala. Po przeprowadzeniu wnikliwej diagnostyki okazało się, iż wyniki ERCP nie są dobre. Doszło do ostrego zapalenia trzustki. Lekarz powiedział mi, że mamy się modlić, ponieważ stan żony jest bardzo zły. Po usłyszeniu tych słów nie mogłem w to uwierzyć. Wydawało mi się, że cały świat stanął na głowie. Nie wiedziałem jak to wytłumaczyć dzieciom, gdyż mama miała zaraz wrócić i wspólnie mieliśmy się przygotowywać do świąt Bożego Narodzenia. Miałem tysiąc myśli. Zastanawiałem się dlaczego my? Niedawno walczyliśmy o powrót do zdrowia Agatki, a tu moja Anna walczyła o życie. To był trudny czas, choć udało się zrównoważyć stan zdrowia Anny na tyle, by mogła przy pomocy leków egzystować w domu i do nas wrócić. Z nerwów zacząłem chudnąć i słabnąć, przynajmniej tak wtedy myślałem… Niestety jak się później okazało był to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Los zadrwił bardzo boleśnie, w wyniku coraz słabszej mojej kondycji fizycznej zacząłem się obawiać już najgorszego. Niezrozumiałym dla mnie było, iż 37 letni facet może być tak słaby jak jego 6-letnia córcia. Jak tylko moja zona Ania wróciła do domu, zaczęła się moja wędrówka po lekarzach. Z powodu sprzecznych wyników badań zostałem skierowany do UCK w Gdańsku. Czułem się jak dziecko we mgle. Nic do mnie nie docierało, niczego nie rozumiałem, chciałem za wszelką cenę cofnąć czas. Wszystko we mnie krzyczało i płakało. Diagnoza była szokiem. Nowotwór nerki prawej brzmiało jak wyrok. Czułem się jak skazaniec przed śmiercią. Lekarz kazał uporządkować wszystkie sprawy i nadchodzące wielkanocne święta spędzić z całą rodziną… Nigdy nie zapomnę reakcji dzieci, bo przecież musiałem im coś powiedzieć, jakoś ich oswoić… Nigdy nie zapomnę tamtych smutnych oczu moich córek zalanych łzami. Płacz mojej żony przeszywał mnie dreszczem, to było gorsze niż usłyszana diagnoza… Bardzo się bałem. Nie wiem o co bardziej, czy o dzieci, czy o siebie… w sumie dalej się boję i tego nie rozumiem. Podjąłem walkę. Kim bym był, gdybym nie chciał walczyć. Walczyć nie tylko o siebie ale o cała moją rodzinę. Przecież Bóg zsyła tylko tyle, ile rzeczywiście jesteśmy w stanie znieść. Przeszedłem operację, wystąpiły komplikacje. Operacja trwała 2 razy dłużej aniżeli planowano. Były wielkie obawy o zabliźnienie się rany ze względu, iż jestem obciążony cukrzycą, ale choć tu się udało. Lekarzom nie dawał spokoju mój kaszel i zmiany uwidaczniające się w obrazie płuc… I znowu dostałem po twarzy… krok do przodu, a tu atak prosto w plecy. Rak płuc. Cios za ciosem. Wdrożone leczenie, chemia i kolejny chichot losu, zatorowość płucna. Kolejny raz w szpitalu, nawet nie wiem już, który to raz i kolejny raz pytanie dlaczego my?! Walka o zdrowie pozbawiła nas możliwości pracy, a co za tym idzie straciliśmy płynność finansową. Żeby było mało wszystkiego, w marcu 2016 roku Agatka doznała po raz kolejny niedowładu nerwu VII twarzy. Ten raz był o wiele mocniejszy. Byliśmy wykończeni psychicznie i fizycznie ponieważ tym razem nie mieliśmy już pieniędzy na rehabilitację Agatki, a przecież tu liczyły się godziny… Agata bardzo przeżyła kolejny atak. Nie chciała pokazywać się rówieśnikom z powodu swojego wyglądu i niedowładu. Wstydziła się. Stojąc przed lustrem mówiła że jest brzydka, a ja płakałem z rozpaczy że nie potrafię jej pomóc. Byłem bezsilny jako człowiek i ojciec. Nie miałem nawet co sprzedać, by jej pomóc. Tak naprawdę od 2014 roku wszystko co mogliśmy, co dostaliśmy, poświęciliśmy na leczenie moje, Anny i Agatki. Bardzo ciężko, ale dzięki pomocy najbliższych i przyjaciół jakoś dawaliśmy sobie radę. Ktoś ofiarował okulary dla Agatki, ktoś inny zrobił zakupy na święta… Już nawet nie protestowałem, nie wstydziłem się, że nie mogę zapewnić minimum egzystencjonalnego dla mojej rodziny, gdyż moja renta nie pokrywa nawet wyjazdów do szpitali, a gdzie reszta… Już pięć razy byłem na skraju śmierci, podcina mi nogi zatorowość płucna i krwioplucie. Jesienią 2017 roku pogłębiająca się choroba trzustki mojej żony i dodatkowo obciążające ją inne dolegliwości, w tym choroba kręgosłupa, spowodowały, iż została pozbawiona pracy, która była naszym utrzymaniem. Leki, rehabilitacja i wciąż rosnące zadłużenie stały się dla mnie tak silnym obciążeniem, iż zrozumiałem i dojrzałem do tego by poprosić Państwa o pomoc. Sam sobie nie poradzę, a myśl, że pozostawię moje dzieci bez dachu nad głową przeraża mnie równie mocno jak śmierć. Codziennie dokonuje wyboru kupić lekarstwa czy zapłacić rachunki. Stoję przed wami jako mąż i ojciec, który umiera i nie może pogodzić się z tym, że nie mogę zapewnić minimalnej przyszłości moim dziewczynom. Mogę pogodzić się z myślą, iż nie poprowadzę ich do ołtarza w dniu ślubu, ale nie mogę umierać z myślą, że stracą dom, który w tym naszym życiowym nieszczęściu jest dla nich jedyną ostoją. Proszę pomóżcie.

Zorganizowane zrzutki publiczne:

Na próbę uratowania mojego życia, albo choć zabezpieczenia dzieci...

Nazywam się Artur Kaszewski. Mam 41 lat. Mam cudowną żonę Annę 35..

12%

24 938 zł / 200 000 zł

128 dni

Artur Kaszewski