id: 3wzpga

Zrzutka na labradorowe staruszki przy okazji wędrowania po Głównym Szlaku Sudeckim

Zrzutka na labradorowe staruszki przy okazji wędrowania po Głównym Szlaku Sudeckim

Zrzutka została wyłączona przez organizatora
6 020 zł 
z 3 000 zł
200%
Wpłaty nieaktywne - wymagane działanie Organizatora zrzutki. Jeśli jesteś Organizatorem - zaloguj się i podejmij wymagane działania.

Aktualności13

  • Kopara opada! Zakończyliśmy zrzutkę na labradorowe staruszki z realizacją 200% zakładanego planu! Jesteśmy zaskoczeni Waszą hojnością i dobrocią. Wiele osób żyło nie tylko naszym marszem, ale także zbiórką. Jesteście NIESAMOWICI! W imieniu psiaków w sile wieku BARDZO, BARDZO WAM DZIĘKUJEMY!!! Całą uzbieraną kwotę przekazujemy na adopcje.labradory.org. Jesteśmy pewni, że w ten sposób przyczynimy się do tego, że choć kilka psiaków w potrzebie będzie miało pełną miskę lub zapewnioną niezbędną opiekę wetrynaryjną. DZIĘKUJEMY!!!


    11 czerwca zakończyliśmy też z Lesią naszą wędrówkę po Głównym Szlaku Sudeckim. Jeśli interesowała Cię nasza przygoda, to zapraszamy na nasz kanał na YouTube. Przez najbliższe tygodnie będziemy tam publikować filmy z każdego dnia naszej wyprawy. Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI!

    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy

    GSS - dzień 16.

    r435eb5251632656.jpegZmęczenie odchodzi w niepamięć na poczet spełnienia. To ostatni dzień na szlaku... Plecak dziś był lekki jak piórko, wszystkie śmieszne kontuzje stały się wyimaginowane. Nastał nam dzień RADOŚCI, ot co!

    Start o 4:44 rano z Chatki Górzystów. Wczoraj zszedłem żółtym, nadłożyłem 4 kilometry by tu spać. Mógłbym szybciej dojść do czerwonego i oszczędzić sobie pięciu kilometrów, ale chcę być w porządku z samym sobą i iść bez żadnych skrótów. Wracamy więc na Rozdroże pod Kopą i stamtąd zaczynamy nasz ostatni dzień na Głównym Szlaku Sudeckim. Pierwsze metry i ryczę. Ryczę. Nie wstydzę się o tym pisać. Czyste wzruszenie po mnie spływa. To ostatni dzień tutaj, mam tę świadomość… Znów wychodzę wcześnie. Jako pierwszy witam się z lasem. Głęboko w głowie prosiłem leśne zwierzaki, żeby tego nie robiły, żeby dziś nie wychodziły licznie i nie żegnały się ze mną, bo się rozkleję. Nie posłuchały intencji. Wyszły na szlak najliczniej jak się dało. Przez 16 dni porannych eksploracji lasów nie było takiego zwierzyńca jak dzisiaj. Jakby cała arka Noego mnie żegnała (wkręciłem sobie, sorry). Sarny i okazałe jelenie, które szły ze mną w krzakach równolegle do szlaku dobre 400 metrów! MAGIA! 2 metry przede mną wiewiórka odstawia cyrk z przebieżką po szlaku i hyc na drzewo. Dalej znów dostojnie i niespiesznie wędrują parzystokopytne, jedna po drugiej, 30 metrów przede mną. Zając pokazuje mi którędy iść, by po chwili czmychnąć w las. Jeszcze tego brakowało: ptaki układają się w klucz i lecą szlakiem przede mną. Czy to przypadek, czy sobie wkręciłem, że one wszystkie wyszły się pożegnać, by w swoim języku powiedzieć: "jesteś swój, zostań z nami". Jestem RZEKOMO dorosły, ale pod skórą noszę w sobie przepotężnego dzieciaka. Zaczynam wierzyć w te wszystkie znaki, w tę harmonię lasu - dzisiaj jakby wyekstrahowaną od codziennych zachowań, bo przecież na tak krótkim dystansie wszystko wygląda inaczej niż na co dzień... Wzruszam się, bo wiem, że to koniec. Że zaraz wracam do "normalnego" życia, dziwnych konwenansów, napompowanych relacji, sztuczności. Tu nikt mnie nie oceniał, tu wtopiłem się w otoczenie i z pokorą uznałem wyższość otaczającego mnie zielonego świata nad indywidualnymi zachciankami. Jestem wewnętrznie rozbity czy faktycznie chcę wracać. Myśl pozostania TAM, bycia leśnym dzikusem nijak wpisuje się w kanwę współczesnej rodziny. Co mam Wam napisać? Że wszedłem bezproblemowo na Stóg Izerski? Że zszedłem z niego? Że z odległości 500 metrów zobaczyłem szkaradną, niszczącą izerski krajobraz platformę widokową przy Świeradowcu? Wszedłem na asfalt - to znakuje ludzkość. Beton. Zamykamy się w betonowych klatkach, gdy nieopodal rozkwita i tętni życie. Możemy być bliżej, widzieć i czuć więcej, a próbujemy szukać szczęścia tam, gdzie ocenianie miejsc i ludzi staje staje się nagminnym zwyczajem. W tym całym szaleństwie minimalizm stał się dla mnie jeszcze bardziej bliski: nieświeża bułka, zdatna do picia woda – chcąc żyć, cieszysz się w najmniejszego udogodnienia. Po blisko czterech godzinach dzisiejszej wędrówki docieram do finalnej kropki. Kręcę dużo filmów, mam sporo materiału na nasz kanał na YouTube (wpadajcie tam, jeszcze długo tam będzie o tej przygodzie!). Widzę tę kropkę i instynktownie tulę się do drzewa, na której jest namalowana. Nie dbam o to, jak spojrzą na to ludzie na ulicy. Ściskam i całuję to drzewo, lecą łzy, nachylam się nad Leśką i wypowiadam cichutkie: „mamy to! Zrobiłaś to! Zrobiliśmy to!”. Siadam pod tym drzewem i siedzę bez ruchu przez kwadrans. Chyba wciąż nie zaczyna docierać, że to już koniec... Nadjeżdża Rafał, który zabierze nas do domu (dziękujemy!).

    Osiągnąłem to, co zamierzyłem. Ostatnie pół roku maksymalnie się podporządkowałem tej wyprawie. Wizyty u fizjoterapeuty, aby nauczyć się regenerować własne ciało. Wizyty u weterynarza i zoofizjoterapeuty by nauczyć się regenerować ciało Leśki. Cały pakiet bieżni wodnej dla psa, żeby wzmocnić jej tkankę mięśniową przed marszem życia. Trochę kasy włożone w sprzęt ultralight, żeby dźwigać jak najmniej. Jeszcze więcej starań przy planowaniu, aby jak najmniej rzeczy mogło mnie negatywnie zaskoczyć. 12 wyjazdów w góry i ponad 350 kilometrów tam schodzonych w tym roku, żeby przygotować siebie i psa jak najlepiej. 4-5 treningów w tygodniu na tzw. core, żeby wzmocnić mięśnie najbardziej eksploatowane. Dieta i 15 kg wagi w dół w cztery miesiące, bo skoro ultralight, to warto zacząć od samego siebie. Mógłbym jeszcze wyliczać jak wiele ta wędrówka kosztowała mnie i moją rodzinę, której bardzo dziękuję. Bez Waszego wsparcia nawet nie mógłbym ruszyć z miejsca.

    Największe słowa uznania mam jednak dla Lesławy, która temu podołała. Leśka, szaleńcze mój kochany: jesteś WIELKA! Moc Twojego charakteru, wewnętrzna siła i nieustępliwość zaprowadziły nas na metę. Kocham Cię, PIESKU!

    Nie chcę, żeby to wszystko brzmiało tak patetycznie, jak jakieś podziękowania na gali Oscarów, ale najważniejsze to to, że RAZEM zrobiliśmy coś ultra-dobrego. Kasa, którą wspólnie zebraliśmy (zbiórka trwa do 14.06) pomoże niejednemu psiakowi w sile wieku przeżyć godnie ostatnie lata swojego życia. DZIĘKUJĘ Wam za hojne wpłaty, za codzienne czytanie relacji, bycie ze mną, udostępnianie, komentowanie. Czułem ogromną motywację, że nie jestem sam, że jest pozytywnie nakręcona presja, która pchała nas do przodu. Daliśmy radę! Jestem przeszczęśliwy! Dziękuję! A teraz mam w końcu czas najzwyczajniej popłakać się z radości. JEEEEST!

    Dystans: 18,5 km ↗️ 366 m ↘️ 742 m

    Czas: 3h50min.

    Morale: spełnienie absolutne.

    Piosenka dnia: "Nierealne, nierealne ogniska" (FL) 🎶

    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 4️⃣9️⃣7️⃣9️⃣ PLN.

    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy

    GSS - dzień 15.

    Znów w nocy budziłem się i myślałem o szlaku. Wyciągnąłem też z Leśki 3 wbite kleszcze. W ostatnich 3 dniach łaziło po niej około 30. Gdy już zasnąłem, to śniłem o szlaku, o tym, że wyszedłem na niego bez kijów. Że gdzieś je zostawiłem. Świat senny się walił. Jak to bez kijów w dalszą drogę? Trzeba po nie wrócić... Budzik zadzwonił o 4:00, a z Odrodzenia wyszliśmy o 4:35. Najlepszy czas wyjścia całej wyprawy. Trafiliśmy idealnie na moment wychylenia się czerwonego słońca nad nizinny horyzont. I na moment, gdy pod Spindlerovą Boudą kręciła się sarna. Kilkadziesiąt metrów dalej spotykamy bandę jeleni z wysokimi porożami. Trochę się zdziwiłem, bo przecież kozły nie tak dawno zrzucały swoje ozdobne narzędzie zapaśnicze. Widziałem ich ostatnio wiele, żadne nie miały tak dorodnych "dwunastaczków". Może tym w Karkonoszach szybciej rosną? 😉 W każdym razie już jestem uradowany: kto rano wstaje, temu las daje. Podchodzimy pod Petrovkę i cykamy foty widoczków. Przez prawie 3 godziny wędrówki nie mijamy nikogo, Karkonosze na wyłączność. 😎 Na Śnieżnych Kotłach samotnie jest nawet magicznie. Zaczynamy schodzić na Halę Szrenicką. Tuż za nią czuję mocne kłucie w biodrze. Rotatorki nawalają? Spowalniam, co któryś krok w dół naprawdę boli. Dobrze, że to dziś, a nie np. pierwszego dnia. Choć prawie przez całą traskę zdarzały się różne mikrourazy, które udało się rozchodzić lub o nich nie myśleć. Po drodze kolejny kontakcik wzrokowy z łanią. Udało mi się cyknać w końcu zdjęcie. Wchodzę do Szklarskiej Poręby kupić śniadanie i pasztet dla psa. Tu zaczynamy "piękne, cudowne" podejście pod Wysoki Kamień. Wylewam pot litrami. Ostatnie 450 metrów pod górę, wskazane na nawigacji, a ja zaczynam liczyć kroki. Dzięki temu jakoś to chyba szybciej zlatuje. Na samej górze liczę na piwko w schronisku zwanym przez złośliwych knajpką. Jest 9:15, a otwierają o 10:00, więc bez głębszego żalu żegnam. Trzeba gnać i to ostro. Od 12:00 zapowiadane są burze z ulewami. Przy podejściu na Wysoką Kopę łapie mnie skurcz w łydce, a do oka wpada jakaś muszka. Hehe, idę tam zaciskając zęby z jedną łydką, jednym okiem i jednym biodrem. Jest cudownie! W końcu siadam na wiatce, ocieram pot z czoła i cieszę się, że jestem już tak blisko końca. Wcześniej wymyśliłem, że albo przekimam się i niepogodę przetrzymam na wiacie pod Wysoką Kopą, albo - jak będę miał determinację - to pocisnę do Chatki Górzystów. Moją determinacją był spokój psychiczny psa (w przypadku burzy), brak większej ilości jedzenia i piwa, więc wybór był oczywisty. Poza tym kocham to miejsce i tych ludzi. Po drodze zahaczam o Sine Skałki, turbo-wietrzne i szalenie romantyczne miejsce. Nad czeskim Izerbejdżanem zaczynają się zbierać komórki burzowe, więc lecę w dół do Chatki. Lesława dostaje jakby zastrzyk nowej energii i ciśnie dzielnie do przodu. Odbijam 4 kilometry z czerwonego, to całkiem sporo jak na nocleg. Ale za to gdzie! Tak sobie zaplanowałem, że ostatnią noc pocelebrujemy trochę uwielbiane przez nas Góry Izerskie w Parku Ciemnego Nieba. Naginamy z Leśką równo. Gdy dochodzimy do Chatki zaczyna kropić, a 15 minut później startuje ostra burza po czeskiej stronie. Jesteśmy bezpieczni, zmęczeni i zadowoleni. Kochana Pani Danusia daje nam koc pod psiaka, mamy Svijanego i legendarne naleśniki. To moja definicja SZCZĘŚCIA. Jutro ostatnie kilometry... 😁

    Dystans: 32,6 km ↗️ 1039 m ↘️ 1419 m

    Czas: 7h20min.

    Morale: bolesne.

    Piosenka dnia: "Graaaaj nam, graj pieśni skrzydlate". 🎶

    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 4️⃣2️⃣1️⃣6️⃣ PLN.

    j3c1dfb3ade7a413.jpeg

    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy 🌄
    GSS - dzień 14.

    Duże miałem wątpliwości przed tym dniem. W końcu najwyższe wysokości jak dotąd, a słońce nie odpuszcza. Startujemy znów o 5:00. Zaraz po wyjściu z Mysłakowic rozpoczyna się festiwal panoramiczny o nazwie "pejzaże łąkowe". Niesamowity to widok, gdy nad łąką unosi się chmura gęstej mgły, a w to wszystko próbuje się wpleść budzące się do życia słońce. Na małej polance 15 metrów ode mnie cudo-sarna skubie sobie trawkę. Leśka przegania wioskowe koty. Mijamy urokliwe stawiki w okolicach Głębocka. Później ciśniemy trochę ruchliwą szosą i zaczynamy dzień na poważnie, bo czas na podejścia. Tych dzisiaj mamy dużo w planie. Już po kilkuset stromych metrach przypominam sobie narzekania z dzieciństwa, gdzie jak pamiętam, to Karkonosze to nigdy nie były takie górki, że wejdziesz sobie na raz i nie zrobisz żadnej przerwy. Mam chyba dobrą formę, bo póki co się udaje iść bez przystanków, ale pot wcieka mi prosto do oczu lub zachlapuje komórkę, gdy tylko chcę sprawdzić nawigację czy dobrze idę. Mijam ruiny prewentorium, gdzie leży sporo potłuczonego szkła. Jak te opuszki Leśki są jeszcze w pełnej sprawności? Znów podejście, tym razem zboczem Grabowca, a za nim spotkam młodego chłopaka. Zagaduję go, okazuje się, że też GSS leci. Kwadrans wymiany doświadczeń, wskazówek. Miłe to było spotkanie, zwłaszcza, że się dowiedziałem, że kilkaset metrów za Dzikim Potokiem w Karpaczu, tuż obok wyciągu Karpatka jest niezła hucpa z oznaczeniem szlaku. Idąc drogą widzi się malutki skręt w prawo przy płocie, 50 metrów wyżej jedno oznaczenie szlaku i... to tyle. A cały czas idzie się pod górę. Nikt nie pofatygował tyłka na wzniesienie, żeby zaznaczyć bieg szlaku? Pewnie ktoś prywatnie tuż przy szczycie Karpatki namalował farbą na kamieniu "GSS" i strzałkę z kierunkiem. Jakie było moje zdziwienie, gdy doszedłem do zapory na Łomnicy. Szlak oznaczony z drugiej strony spokojnie sobie obchodzi to wzgórze... Przechodzimy zaporę i doceniam Leśkę. Przed tą wyprawą i w pierwszych jej dniach Lesia bała się wszelakich mostków i pomostów, a tu taką klaustrofobiczną tamę wsiaknęła bez mrugnięcia okiem. W Karpaczu na dobre zaczynamy podejście do góry. Kupujemy bilet na teren Karkonoskiego Parku Narodowego i śmigamy do góry. Turysta idący GSS z psem ma bana na wejście na krótki, ale intensywny odcinek w Kotle Łomniczki ze względu na ochronę cietrzewia i sokoła. Jest więc możliwość podążania czarnym, który jest niemal równoległy do czerwonego. Na terenie parku oddycham pełną piersią, przez półtorej godziny spotykam jednego (!) turystę. Karkonosze w dzień powszedni mogą być znośne? Po ostrym wyżyłowaniu docieramy o 9:40 do Domu Śląskiego. Niebywałe, choć zdążyłem się do tego już przyzwyczaić - Tyskie smakuje jak nagroda. Olewamy setne wejście na Śnieżkę, tamtędy czerwony nie wiedzie i lecimy ku Spalonej Strażnicy. Dostaję głupawki, bo najmocniejsze podejście już dziś za nami. Udziela się to psu. Co chwilę robimy sobie zdjęcia, a szlak przez kotły Małego i Dużego Stawu robi się ultra-widokowy. Kręcę duuużo filmów, a banan z twarzy nie schodzi. Już niestraszna nam patelnia z poprzednich dni. Tu jest koło 17 stopni i czujemy mocne podmuchy wiatru. Co chwilę radośnie pozdrawiam ludzi na szlaku: "część", "ahoj", "dobry den". W przypływie jakiejś niewytłumaczalnej radości nachodzą mi łzy do oczu. Zaczynam idyllicznie myśleć, że... Nawet, gdyby mi tu nogę urwało, to dojdę do końca. Nawet, gdybym miał nieść Leśkę w plecaku, to dojdziemy. Przepełnia mnie jakieś takie chwilowe poczucie mocy i totalnej euforii, mimo iż kamienisty szlak jest dla Lesławy dość wymagający. Dochodzę do wniosku, że właśnie zakochałem się w Karkonoszach. W środku tygodnia, bez nadmiaru turystów potrafi tu być nawet intymnie. Przestrzenie, widoki... Podświadomie pierwszy raz od dwóch tygodni spowalniam krok. Nigdzie już nie pędzę, celebruję każdy ruch kijkiem i każde przestawienie stopy do przodu. Nie chcę już się spieszyć i cieszę się, że mam to, co jest dookoła. Sam nie wierzę, że to piszę: cudowne Karkonosze. ♥️ Cieszę się tym, że wybrałem je bliżej końca trasy... "Truskawka" na torcie. Dochodzimy sobie do Odrodzenia, tu dziś pochrapiemy. W pokoiku gdzie wisi wlepka ruchu ośmiu gwiazd. 😎

    Dystans: 29,3 km ↗️ 1299 m ↘️ 441 m
    Czas: 7h30min.
    Morale: wpierw zdeterminowane, później głupawkowe.
    Piosenka dnia: "Zapiszę śniegiem w kominie
    Warkoczyk z dymu zaplotę
    I zanim zima z gór spłynie - wrócę " (Robert Kasprzycki). 🎶
    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 4️⃣0️⃣2️⃣6️⃣ PLN.image
    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy 🏞️
    GSS - dzień 13.

    Nie mogłem w nocy spać. Żyję szlakiem. Emocjonuję się nim bardziej niż przed pierwszym dniem. Analizuję przewyższenia, estymuję czasy przejść. Po głowie o drugiej w nocy pałętały się myśli, żeby już ruszyć, ale tylko posmarowałem stopy Sudo-kremem i przewracałem się z boku na bok. Udało się ruszyć o 5:00. Wszystko pod pieseczka - wiem jak średnio znosi upały, więc im mniej jestem z nią na tej patelni, tym lepiej. Chwilę za Lubawką idziemy długo drogą 369, na szczęście o tej porze nie ma zbyt wielu pędzących samochodów. Z drogi tej patrzę na Zadzierną i myślę sobie: "eee, mała górka". Jakiż to był błąd! Chwilę później przekonuję się, że właściwa Zadzierna była schowana za pierwszym podejściem. Zadziorne pazury wyciągnięte w stronę takiego niedowiarka jak ja powodują, że tego dnia pot zalepia mi powieki po raz pierwszy. Nie ma co płakać, bo po stromym wejściu WIDOKI rekompensują wszystko. Pamiątkowe zdjęcie do albumu zatytułowanego: "dwa śmieszne ptysie porywają się z motyką na słońce" i można lecieć dalej. Brama Lubawska stoi przed nami otworem. Przed Paprotkami ktoś postanowił ogrodzić swoją prywatną posesję, przez którą idzie szlak. Siatkę z jednej strony obchodzę, ale po kilkudziesięciu metrach znów jest ogrodzenie więc sobie je kulturalnie otwieram i zamykam. W Stanach już by mogli do mnie celować. Na szczęście jestem tylko w Paprotkach. Zbliżam się do miejsca, od którego jest już bardzo blisko na teren jednego z piękniejszych festiwali, na jakich byłem - LAS Festu. Idę jednak w drugą stronę, na Starą Białkę, gdzie zaraz po wejściu do lasu Leśka leci w przeciwnym kierunku niż nasz kierunek marszu. Sarna nas obeszła 7 metrów za plecami. Miałem dzisiaj sporo bliskich sarnich spotkań. I jedno z zającem, to już trzeci odnotowany na szlaku. Przechodzę przez Szarocin i zaczyna się superanckie wejście na Liściastą. Wymyślam nawet, że jej nazwa wzięła się stąd, że kiedyś ktoś komuś sprzedał tam liścia i tak już zostało. 😎 Piękne i mocno zacienione są te lasy, ale wyschnięte okrutnie. Dobrze, że wziąłem ze sobą 4 litry wody. W moment mijam łąkę pomiędzy jednym lasem a drugim, gdzie czuję się jak w Bieszczadach. Przed nami perełka Rudaw Janowickich na szlaku - Ostra Mała. Tym razem szczególnie podziwiam Leśkę jak ona cudownie wybiera właściwą ścieżkę pomiędzy korzeniami a dużymi skałkami. Idę za moim nawigatorkiem. Dochodzimy na szczyt i odbijamy 200 metrów do punktu widokowego. Nie ogarniam, że on jest tuż obok i włażę na niemal pierwsze lepsze skałki by cyknać fotę. Trafiam tam na opalającą się dziewuszkę, z którą ucinam sobie kilkudziesięciominutową pogadankę o tym, że jest takie socjologiczne zjawisko, że ludzie (często po jakiejś traumie) potrafią bardziej kochać zwierzęta niż innych ludzi. Mega sympatyczna rozmowa, dzielę się wlepką i zachęcam do subskrypcji kanału na YT. Wszędzie marketing, nawet w górach. 😁 Schodzę przez wiatę przy Kamiennej Ławce i przypominam sobie jak 15 miesięcy temu tu biwakowałem. Wówczas wchodziłem tu z drugiej strony z dwoma znajomymi Marcinami. Wyznałem im wówczas, że od lat marzy mi się Główny Szlak Sudecki, ale jestem miękką fają i te myśli są takie nierealne, odległe. Dziś tu jestem. Jeeeee! Uśmiecham się pod nosem, że doprowadziłem do tego momentu. Dochodzimy do granic Bukowca i tu zaczyna się asfaltowy koszmar w samo południe. Jeśli mnie pieką stopy przez podeszwy butów, to co na to opuszki tej małej wędrującej ze mną istoty? Kilkaset metrów podprowadza nas piesek-amant z wioski. Wietrzę tu lekkie psie zauroczenie. 😉 Chłodzę Lesię gdzie tylko się da, zaczynamy robić coraz częstsze przerwy. Udaje mi się last minute klepnąć spanie w Mysłakowicach, gdzie podążamy czem prędzej. Myślałem dziś o noclegu plenerowym, ale jest zdecydowanie za gorąco. Szybko śmigamy przez Park Krajobrazowy w Bukowcu, gdzie mam wrażenie, że jest trochę mniej znaczeń szlaku niż na całej trasie. Jest za to ładny stawik. Kilka kilometrów za Mrowcem mamy swoją kwaterkę. Jutro na dobre witamy się z Karkonoszami...

    Dystans: 33 km ↗️ 1252 m ↘️ 1354 m
    Czas: 8h5min.
    Morale: aż za pogodne.
    Piosenka dnia: "Szukam, szukania mi trzeba
    domu gitarą i piórem.
    A góry nade mną jak niebo,
    a niebo nade mną jak góry". (WGB) 🎶
    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 3️⃣8️⃣5️⃣8️⃣ PLN.image
    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy 🐕‍🦺
    GSS - dzień 12.

    Dzień nam się rozpoczął o 2:40. Leśka obudziła mnie, bo dotknęły ją problemy gastryczne. Słowem: rozwolnienie. Na szczęście jestem wyposażony w specjalny węgiel dla psa na takie sytuacje. Z Andrzejówki wyruszyliśmy dziś o 6:10. Jeszcze kilka słów o samym schronisku. Ludzie są tu tak serdeczni! Wczoraj pokierowali mnie na górkę, gdzie złapałem zasięg i mogłem wysłać Wam raporcik. Poza tym byłem ostatnim zamawiającym w zewnętrznej budce i dostałem w gratisie chyba z 2 kg sałatki z czerwonej kapusty. Kosmos, co za mili ludzie. Wczoraj odwiedził mnie też wielokrotny mistrz dog-trekkingowy, Zbyszek i przywiózł Leśce pasztet. Dziękujemy! Wracamy do poranka... Na dzień dobry mocne podejście na Bukowiec. W międzyczasie śpiewam sobie, że moja dziewczyna "jest jak jedwab, taaak, tylko ona". 🎶 Na temat zejścia z Bukowca już mnie kilka osób ostrzegało. Mieli rację, zaliczyłem dwie pierwsze gleby. Cholernie stromo, kamienie i żwirek, po którym zjeżdża się jak na rolkach. Nigdy chyba się tak nie spociłem na zejściu z góry. Każdy mikro-kroczek to stres, nadzwyczajna koncentracja i stałe napięcie ciała. Jak dotarłem do Sokołowska, to bicki (w moim wieku zamienna nazwa to pelikany 😁) miałem jeszcze długo napięte i wyglądałem chyba jak przykładowy Sebek z siłki. W ogóle mam wrażenie, że z tą wyprawą przybyło mi trochę tężyzny fizycznej, ale przede wszystkim podniosła się moja pewność siebie. Gdy musisz tu i teraz podejmować decyzje, bo jesteś zdany tylko na siebie, to takie hartowanie sprezentowane od szlaku bardzo w tym pomaga. Za Kowalową zaczynamy wspinaczkę na Ostrosz po masywie Lesistej Wielkiej. Lesława jakby wiedziała, że to jej górka i ciśnie ostro do przodu mimo iż jest dość stromo. Na szczycie Lesistej mianuję moją psinkę szlacheckim tytułem: Lesława I Wielka. Tam też jednak dostaję obuchem w głowę od spontanicznej refleksji, że za tydzień o tej porze będę garbił się przed komputerem i pracował. Głośno się śmieję, a jednocześnie szklą mi się oczy i łamie głos. Gdzieś tam równolegle toczy się szare, zwykłe życie, a ja tu idę po marzenia... Dużo myśli kłębi się w głowie przez co gubię szlak i dochodzę do żółtego, którym zimą wchodziłem na Lesistą. Na szczęście nadrabiamy tylko 400 metrów. Coraz częściej widzimy Śnieżkę w oddali. Schodzimy na asfalcik przez Grzędy. Dwóch panów siedzących na przystanku autobusowym pyta: "z daleka?". Odpowiadam, że z Prudnika, ponad 300 już, ale zostało trochę ponad 100. Chyba zdobyliśmy uznanie, bo odpowiedź brzmiała: "ja p...". 😎 Lecimy dalej, myślałem, że już nie będzie mocnych wzniesień, ale Góra Ziuty strzela mi policzka, żebym czasem nie pomyślał, aby naśmiewać się z jej nazwy. Zresztą tuż przed wzniesieniem znów gubię szlak i nadrabiamy kolejne 400 metrów. Jestem z Leśką na etapie partnerskim - jeśli potrzebuje przerw, żeby się nie przegrzać, to je robimy. Walczymy też, żeby piesio się nie odwodnił, jest naprawdę gorąco. Schodzimy do Krzeszowa, gdzie trochę marzę o jedzeniu. W sklepiku abc pani za ladą oferuje mi jeszcze ciepłe krokiety. Kupuję trzy i zajadam się nimi na schodkach w korytarzu sklepowym. Niesamowity, lokalny obiad. 🍴Za Krzeszowem czeka na nas piękny las. Co chwilę chłodzimy Lesię w Cedronie, gdzie przypadkowo zostaje przepędzona kaczka.  🦆 Przed furtką ostatniej chaty przy Betlejem stoi sarna i obczaja, że ją obczajamy. Gapimy się na siebie z pół minuty. 🤓 W lesie mijam pierwszego i jedynego tego dnia turystę. Kto normalny chodzi w te góry w poniedziałek rano? 😉 Ostatnie strome podejście na Czarnogórę i już lecimy do Lubawki, gdzie dziś mamy kwaterunek. Trzymajcie proszę kciuki za Leśkę, bo ta pogoda i jeszcze problemy z flaczkami jej nie oszczędzają. Jutro kolejny intensywny dzień, trzeba wyruszyć jak najwcześniej.

    Dystans: 33 km ↗️ 983 m ↘️ 1275 m
    Czas: 7h40min.
    Morale: refleksyjne.
    Piosenka dnia: "W Bukowinie góry w niebie postrzępionym, w Bukowinie rosną skrzydła świętym bukom". (WGB) 🎶
    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 3️⃣3️⃣3️⃣5️⃣ PLN.image

    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy 🎒
    GSS - dzień 11.

    Ciężki to był poranek. Odwiedził mnie Szymon, znajomek z dziedziny bushcraftu.🔥Usiedliśmy wieczorem przy ognisku pod Zygmuntówką i poniosła nas atmosfera gór. Ognisko z widokiem na Szczeliniec Wielki wzbogaciliśmy o wspólne śpiewy z ludźmi z różnych zakątków kraju. Imprezę zakończyło wiadro wody wylane przez kierownika schroniska na ogień. I dobrze, trzeba znać umiar. Gdyby nie to, byłby jeszcze większy problem z pobudką. Koło 7:30 ruszyłem z Szymonem na Wielką Sowę. Zdobycie najwyższego szczytu Gór Sowich czerwonym od Koziego Siodła to kaszka z mleczkiem. Niezwykle łagodne wejście upływa na ciekawych rozmowach. Nie mamy za dużo wody, więc liczymy na Schronisko Sowa. Jesteśmy tam przed 9:00, zamknięte. Idziemy do Schroniska Orzeł, tam udaje mi się zjeść śniadanie i kupić wodę z automatu. Mój kompan koło Rzeczki odbija w niebieski i robi swoje kółko. Dalej przez piękniutkie łąki w Rzeczce ciśniemy już tylko z Leśką. Piesio mimo upalnej pogody bardzo dawał dzisiaj radę. Jestem z niej dumny. Lecimy przez zieloniutki las. Na Przełęczy Marcowej 30 sekund postoju na dużej wiatce. Niestety zrobił się tam trochę syf przy śmietniku. Poimy psa i w drogę. Leśka wykorzystuje dzisiaj każdą możliwą kałużę. Skwapliwie korzystamy też z każdego kawałka cienia. Zejście do Jedliny-Zdroju, a za nią w końcu góry przez duże G. Sudety Wałbrzyskie potrafią sprawić, że łydki człowiekowi płoną. Cudowny stan. 🥰 Zaczynam się zastanawiać jak wulkaniczny mistrz designu projektował te stożki. Miał rozmach. Podejście ścianą Wawrzyniaka, a później Jeleniec Mały (wcale taki mały nie jest) sprawiają, że czuję, że żyję. Tutaj wpadam w stan trudnej do wytłumaczenia euforii, która niesie mnie na Rogowiec. Zbaczamy ze szlaku i wyrownuję rachunki z tą górą. 3 miesiące temu uciekałem stamtąd, bo lodowe opiłki spadające z drzew waliły mi w dyńkę. Dziś tam wchodzę, dwa ogniska odpalone, widoki, jest pięknie. 🌄 Wracamy na czerwony i stan rozanielenia niesie nas na Turzec. Jeszcze chwila i docieram do Andrzejówki, gdzie od kiedy zmienili się tu właściciele, schronisko jest prowadzone z sercem do zwierząt. Z przyjemnością tu zanocujemy. Dzisiaj rozkminiłem, że plecak zrósł mi się z plecami. W ogóle go nie czułem. Stał się integralną częścią mnie. Zaczynam mieć obawy o powrót do normalności. Czy po domu też będę z nim chodzić?Czuję, że jednoczę się ze szlakiem. On jest mną, ja nim. Od jakichś 5 dni buty śmierdzą mi łajnem dzięki polom w Marianówku. Czuję, że śmierdzę potem, moje ciało pokrywa dość gęsta warstwa kurzu. Zawierzyłem całego siebie dla tego szlaku, oddałem się w całości. On mnie pochłonął, otoczył opieką i bezpiecznie prowadzi. Pojawiła się między nami chemia, którą próżno ubierać w słowa. Nie żałuję tutaj ani chwili. To jest przygoda, którą będę wspominał do ostatniego tchu swojej egzystencji. Chwilo trwaj!

    Dystans: 29 km ↗️ 1294 m ↘️ 1238 m
    Czas: 7h30min
    Morale: zjednoczone.
    Piosenka dnia: "She's got it, yeah, babe, she's got it". 🎶
    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 3️⃣0️⃣4️⃣6️⃣ PLN. Mamy 100% w stosunku do założonego progu❗Zbieramy dalej, im więcej uzbieramy, tym więcej labradorków będzie miało szansę na godną starość.
    Zrzutka: https://zrzutka.pl/3wzpgaimage

    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy
    GSS - dzień 10.

    Dzień rozpocząłem zanim kur na wsi zapiał. Wypoczynek miałem w bardzo sielankowym miejscu - w Agroturystyce u Bogusia. Wczoraj porozmawiałem z właścicielem przy piwku o trudach życia. Ostatni raport wysyłałem Wam biegając po wzgórzu między krowami a ich plackami (przy okazji Lesława zaliczyła wślizg w jeden z nich i trzeba było prać psa w rzece). Po wszystkim okazało się, że na miejscu jest super wifi. 😎 W Góry Sowie ruszyłem dziś o 5:30; mój najlepszy czas startu. :) Wszystko po to, żeby oszczędzić Leśkę przed słońcem. Cały marsz dzisiaj przebiegł w zalesieniu, więc tylko się cieszyć. Przechodzę przez całe Czerwieńczyce i melduję się na szlaku. Pierwsze podejście w Czeski Las jest łagodne i przejemne. Nikt tędy dzisiaj nie szedł, to pewne, bo jestem tam ultra wcześnie, a to owocuje co 2-3 minuty szmerami w krzakach. Nagle... W blasku wschodzącego słońca na wzgórzu dostrzegam pięknego jelenia rozprężonego w swoim długim susie. Gdyby oczy miały zdolność robienia i zapisywania zdjęć, to jeszcze w tym miesiącu miałbym w domu piękny obraz. Fantastyczny to był widok, siedzi mi w głowie do teraz. Później wchodzę do Silbergu i lecę w górę asfaltowymi zawijasami pod Twierdzę Srebrna Góra. Kiedyś się tu pojawię żeby zwiedzić to od środka, teraz jest dopiero koło 7:00, jest zamknięte i widzę jedynie leśniczego pokrzepiającego ZUL-i do pracy, a nie jarania fajek. 🚬 Obchodzę twierdzę od zewnątrz, gdzie jest wysoki wał z urwiskami po bokach. Trzeba uważać. Kiedyś tu pewnie była woda z fosą, dziś rośnie tu sporo drzew i tabliczki informujące o przepaści. Z wału słyszę jakiś szelest w dole. To sroka, która zaczęła pieczołowicie wić sobie gniazdko. Chwilę ja obserwuję, ale nie chcę być zauważony, żeby nie zdeprymować. Niesamowita jest taka obserwacja przyrody - wczoraj widziałem martwą wiewiórkę i mysz. Znów wracają do mnie myśli o przemijaniu i trochę je wypieram śpiewając. Pierwszą połowę trasy nucę "for you and for me...", "knockin' on heaven's door" i "już ozimina szumieć zaczyna". Ni stąd, ni zowąd zaczynam śpiewać, że oprócz błękitnego nieba nic mi dzisiaj nie potrzeba. Po chwili niebo robi się bezchmurne i wchodzi żarówka. Eee, chyba nie tego chciałem dla piesia... 🙄 Od trzech dni staram się w marszu być prywatnym, mobilnym parasolem ochronnym dla Leśki. Udostępnianie cienia średnio się póki co udaje. Na Przełęczy Woliborskiej autokar "wysadza" gros turystów, więc uciekam ile pary w nogach. Tutaj jednak i tak następuje znaczny wzrost czynnika ludzkiego na szlaku. Z trasy zapamiętuję trzy fajne podejścia: na Gołębią, Popielak i Kalenicę (tu już dziesiątki ludu). W międzyczasie robię popas na Polanie Wigancickiej. Mam sentyment do tego miejsca. Schodząc z tych wszystkich stromych wzniesień momentami czuję się jak szusujący z kijkami Alberto Tomba w czasach swoich najlepszych zjazdów. Dla tych gór tutaj wymyślam mało oryginalne określenie Sudet Wyspowy. Góra, dół, góra, dół, a przecież Góry Kamienne dopiero jutro. 🥴 Schodzę do Zygmuntówki przed południem. Gdybym był sam, szedłbym dalej, ale wiem, że Leśce potrzebny jest każdy możliwy odpoczynek. Ja dziś natomiast potestuję regionalny browar Gór Sowich. Wasze zdrowie!

    Dystans: 25,2 km ↗️ 1175 m ↘️ 809 m
    Czas: 6h00min
    Morale: śpiewające.Piosenka dnia: "Hej! Hej! Hej! Hej! Myślę wciąż o Tobie. Hej! Hej! Hej! Hej! Czy myślisz jeszcze o mnie?” (Ralph Kamiński). 🎶
    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 2️⃣8️⃣6️⃣6️⃣ PLN.image
    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy
    GSS - dzień 9.

    Pobudka o 4:45. Trochę się nie wyspaliśmy na stole pod wiatą. Często się budziłem, obejmowałem Lesię, żeby nie spadła. 5:50, ruszyliśmy na szlak. Coś ciężko było nam się rozkręcić - a to zdjęcia Skalnych Grzybów, a to ujęcia do filmów. Nastroje przede wszystkim dużo lepsze niż wczoraj. Znów cieszę się każdą chwilą w lesie, oglądam sobie formacje skalne, dookoła nikogo. Tylko my i szlak. Schodzę do Studzienna, jest tam agroturystyka, o której nie wiedziałem. Nic to, i tak mieliśmy superancki hotel. Do późna śpiewały nam ptaki, w nocy kojąca, głęboka cisza i nad ranem znów ptaki. Kilka kroków za Studziennem jest górka Golec - widoki z niej są iście orkiestrowe. Przed Wambierzycami są rozległe łąki. Zza zakrętu, 50 metrów od nas wyskakuje kozioł sarny i nas nie widzi, więc wchodzę w trawy, żeby zrobić zaczajkę na jak najlepsze zdjęcie. Spostrzega nas w pewnym momencie, szczeka raz i daje dyla w gęste zarośla. Leśka wariuje, podskakuje wysoko w trawie by coś zobaczyć, jednocześnie popiskując. Daję swoją "okejkę" (taki znak afirmacji) dla takich spotkań. W samej miejscowości płynie rzeka Cedron, gdzie pomieszkują nutrie, ale próżno za nimi wylądam. Nie objawiają się. 😑 Za Wambierzycami wychodzę na pola, gdzie wszędzie jest niemal bezmiar przestrzeni i tak się składa, że z każdej strony w oddali są góry. Kapitalne miejsce. Jest koło 8 rano, ale brak drzew (cienia) staje się dość mocno odczuwalny. W trosce o Leśkę zawężamy ruchy. Do późnego wieczora chłodniej na pewno nie będzie. Od Ścinawki Średniej asfalt i zero cienia, zaczyna się podejście na Pustółkę i dalej na Górę Wszystkich Świętych. Dopiero po kilku kilometrach pojawia się las i daje wytchnienie. Leśka wskakuje w każdy przydrożny rów z nadzieją na wodę. Część z nich jest sucha na wiór. Na samym szczycie Góry Wszystkich Świętych jest super wigwam z paleniskiem po środku. Obok jest jeszcze jedno miejsce ogniskowe i wieża widokowa. Nie wchodzę na nią, bo się zagadałem - natknąłem się bowiem na trzech GSS-owiczów, dwóch z nich przechodzi szlak częściami. Chwila relaksu i zabieram się z nimi by razem dojść do Słupca. Ostatnie 10 kilometrów upływa jak z bicza strzelił na przyjemnej rozmowie. A to o piesku, a to o butach, a to o GSB (panowie już mają swoje doświadczenia w tym temacie) czy wreszcie o magicznych miejscach w Bieszczadach. Oni odbijają czerwonym w lewo, a ja do agroturystyki w Czerwieńczycach w prawo. Jest samo południe, z nieba potężne słońce doskwiera coraz bardziej. Poję Leśkę elektrolitami i rozmasowuje jej cudowne mięśnie. Większość dnia mamy na regenerację. Żeby nie było tak różowo biegam teraz po całej wsi, żeby złapać zasięg i móc to do Was wysłać. Jeśli jutro skwar będzie podobny, trzeba będzie znów wcześnie wyjść.
    Uświadomiłem dzisiaj sobie, że pękło już 250 kilometrów, wczoraj wszedłem w drugą część trasy. Jestem przeszczęśliwy, że jestem tu, gdzie jestem. To jest to! To jest, proszę Państwa, TO! 🤩

    Dystans: 27,2 km ↗️ 876 m ↘️ 1225 m
    Czas: 6h20min
    Morale: jak najbardziej radosne.
    Piosenka dnia: "Jaaaaa! Tyyyyy! Idziemy jedną drogą (...). Mało mówią w tym kraju językiem, który znasz. Znajdę bramy do raju, z Tobą albo sam" (Coalition). 🎶
    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 2️⃣7️⃣5️⃣6️⃣ PLN.
    Zrzutka: https://zrzutka.pl/3wzpgaimage


    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy
    GSS - dzień 8.

    Na szlak wyruszyłem o 6:20. Za Dusznikami pierwsze podejście. Patrzę, z góry leci na mnie jakiś mały piesio. Muszę trzymać Leśkę, ale okazuje się, że to znajomek Sławko wyszedł mi z pieskiem na spotkanie. Ale niespodzianka! Zawsze to raźniej, a przy okazji dowiaduję się co nieco o regionie. Zaczynają się rozległe łąki. Na jednej z nich ok. 300 metrów od nas pasą się sarny, na drugiej konie. Idziemy dosłownie 15 min od ruin Zamku Homole. Przy dzisiejszej długiej trasie nie chcę dokładać dodatkowych 30 min. Przed Grodczynem na szlaku jest ławeczka z kapitalnym widokiem na Góry Stołowe. Siadamy na chwilę, kontemplujemy widoki. Zaczynamy podejście na Grodczyn, nasuwają się wspomnienia o Górach Kamiennych (hej, Waligóra, pamiętam o Tobie, skurczybyku). Na szczycie nie ma żadnej atrakcji poza wieża przekaźnikową. Na najbliższej przełęczy spotykam Pana z Tychów, który idzie GSS z drugiej strony. Wygląda na szczęśliwego. Serdeczne pozdrowienie i każdy w swoją stronę. Po chwili żegnam się ze Sławkiem i zostajemy z Leśką sami. Przed Dańczowem jest odcinek, gdzie szlak wiedzie prywatnym pastwiskiem. Na wejściu furtka, a na wyjściu drabinka przez płot. Jest na dole dziura w płocie, więc tamtędy przeciska się Lesława. Tuż po minięciu znaku z napisem Kudowa Zdrój dostrzegamy pasące się owce. Po drugiej stronie trzy kozice. Kilkaset metrów dalej centralnie na ulicy jest procesja Bożego Ciała. Przeciskamy się między odświętnie ubranymi ludźmi. To chyba pierwsza taka uroczystość Leśki, ale nie czujemy się tam komfortowo. Ludziska chyba też trochę zdezorientowani naszą obecnością. Za Kudową szlak leci trochę asfaltem. Wyprzedzam rodzinę, która pyta mnie jak długo jeszcze czerwony idzie drogą. Po 200 metrach jest już skręt na Błędne Skały. Życzymy sobie miłego dnia i każdy swoim tempem zaczyna marsz w górę. Od Rozdroża pod Lelkową ludzi robi się naprawdę dużo. Wszyscy mnie puszczają, idę trochę szybciej, żeby jak najkrócej być wśród tłumów. Nie udaje się, bo dochodzę do bram Błędnych Skał. Nie ogarniam, że czerwony nie idzie tamtędy i ustawiam się w kolejkę. Po 20 minutach kupuję bilet wstępu i tempo marszu zaczyna się krystalizować na poziomie 5 metrów na minutę. Wąskimi skalnymi szczelinami spacerują SETKI turystów. W tych przeklętych szczelinach zahaczam wiele razy plecakiem i przecieram go sobie w kilku miejscach. Jestem leciutko wściekły. Wieczorem spróbuję przetarcia i dziury zalepić taśmą izolacyjną. Tłumy turystów sprawiają, że trochę tracę animusz. W Karłowie uzupełniam zapas wody i lecę dalej. Po kilku kilometrach wchodzę w rewiry Skalnych Grzybów. Potyrani docieramy do wiaty. Teraz jak to piszę siedzę pod wiatką, Leśka śpi mi na kolanie, a dookoła wiaty są dziesiątki ludzi. Rodziny z dziećmi, wózkami i zagubieni kolarze. Czekam aż wszyscy sobie pójdą, chciałbym choć na trochę zmrużyć tu dziś oczy.

    Dystans: 35,5 km ↗️ 1103 m ↘️ 930 m
    Czas: 9h10min
    Morale: wpienione.
    Piosenka dnia: "Panie Janie, Panie Janie..." - tak mi śpiewają dzieciaczki z tyłu wiaty. 🎶
    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 2️⃣5️⃣6️⃣2️⃣ PLN.
    Zrzutka: https://zrzutka.pl/3wzpga

    PS. Nasza zbiórka nabiera rozpędu. Miły człowiek, imieniem Łukasz, wpłaca za każdy dzień kwotę o 10 złotych większą. Szóstego dnia wpłacił 60 złotych, siódmego 70. Jak takie tempo utrzyma się do końca, to nie ma opcji, żeby ta zrzutka stanęła na 100%. Wielkie DZIĘKI!image
    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy🌲
    GSS - dzień 7.

    Ze Schroniska Jagodna wyruszyłem o 6:35. Pierwsze dwa kilometry podprowadził mnie Sławek, ziomek, co mnie odwiedził i miło sobie porozmawialiśmy o Górach Bystrzyckich i wyprawach mniejszych lub większych. Sprawdziliśmy też nowy bieg szlaków, co to już nie wiodą od jakichś dwóch tygodni przez Spaloną, ale i tak lecą fajnymi leśnymi ostępami, gdzie mamy kontakt wzrokowy z pierwszą łanią. Chyba zwierzęta jeszcze się nie przyzwyczaiły, że od teraz częściej będą tu ludzie. Po chwili już zostaję sam, ale za mną podążają wędrowcy, którzy tej nocy spali w pokoju obok mojego. Jeden z nich też "robi" GSS. Puszczam ich przodem, mają niezłe tempo, ale co jakiś czas widzę ich plecy. Widzę też kolejny biały tyłek, który ucieka w krzaki. 🦌 Po dłużej wędrówce lasem dochodzę do Lasówki. No mili Państwo, tak to mógłbym żyć - lasy, łąki i widok na góry. Budują się tam nowe domostwa, skrycie ich domownikom życzę udanego żyćka w otoczeniu tak pięknej natury. W bajkowej scenerii przekraczam przecinającą GSS Drogę Zbłąkanych Wędrowców (ekplorowaliśmy ją niedawno: https://youtu.be/k9shVK8Yu_c). Dalej kilka kilometrów asfaltem przez las aż dochodzę do magicznego miejsca. Nigdy nie byłem w rezerwacie przyrody Torfowiska nad Zieleńcem. Las tutaj jakby zastygł w głębokiej ciszy. Wielbię oko powalonymi drzewami w różnej fazie rozkładu. Co rusz podmokłe tereny kontrastują z intensywną zielenią. Wszystko doprawia mocno rdzawy kolor wody. Natura pozostawiona sama sobie jest prześliczna. Dochodzę do Zieleńca, znów drepczę po Autostradzie Sudeckiej. Trafiam na otwarty sklepik i pod nim robię sobie drugie śniadanie. Chwila odpoczynku i w dalszą drogę. Zieleniec zamiera latem, prawie nie ma tu życia. W końcu kończy się asfalt i zaczyna się błogie zejście Drogą Ku Szczęściu. Zaczynam rozmyślać, gdzie jest to szczęście. Czy byłby nim ten moment, w którym udałoby się dotrzeć do końcowej kropki w Świeradowie? A może ten moment jest teraz? Rozmyślając trafiam na trop, nieidący drogą, a przecinający ją w kierunku dzikiej doliny. Mam mocne przekonanie, że to trop wilka (załączam zdjęcie, wyprowadźcie mnie z błędu, jeśli się mylę). Natychmiastowe rozwiązanie: to jest to szczęście! Móc stąpać po ziemi, gdzie najdziksze w naszych regionach życie zostawia nam swoje ślady. Dochodzę do rancza, na którym jest wiatka i konie pasą się na rozległych łąkach pod lasem. SIELANKA! Nie znałem wcześniej Granicznej, trzeba tu wrócić. Dalej już tylko Duszniki-Zdrój. Przed niemal dwustu laty swoje pierwsze zagraniczne koncerty grał tu Fryderyk Chopin. Kwateruję się w Willi Scandia, gdzie kochają psy i Leśka jest potraktowana z najwyższą czułością. :) Dużo było Waszej troski o Lesławę po jej wczorajszej słabszej dyspozycji. Trzy razy już jej smarowałem opuszki Sudo-kremem i najwidoczniej pomogło. Dziś ciskała w terenie bardzo dzielnie. Oby podobnie było jutro, bo planowany jest trochę dłuższy dystans.

    Dystans: 29,1 km ↗️ 818 m ↘️ 1097 m
    Czas: 6h30min
    Morale: sielankowe.
    Piosenka dnia: "Dary, dary... lasu" 🎶
    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 2️⃣3️⃣3️⃣6️⃣ PLN, 3/4 za nami! 🤗
    Zrzutka: https://zrzutka.pl/3wzpgaimage


    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy
    GSS - dzień 6.

    Czy to pierwszy dzień próby? Z pozoru niewinnie zapowiadający się dzień z niewielkim dystansem, odcisnął na nas spore piętno. Po kolei...6:45 - godzina startu z Międzygórza. Od razu pierwsza atrakcja - Wodospad Wilczki. Schodki dookoła wodospadu rozgrzewają mnie natychmiastowo, mimo iż termometr pokazuje 4 stopnie. Wodospad jak wodospad, co mam Wam tu pisać? Woda spływa w dół i robi plusk. Sorry za spłycenie, nie porywa mnie to miejsce. Pewnie dlatego, że w godzinach szczytu to enklawa turystów. Wchodzę głębiej w las, gdzie od samego ranka trwają pracę ZUL-i. Trochę muszę kombinować by obejść ich ogromne maszyny ładujące wielgachne kloce drewna na pakę. Zaczyna się całkiem, całkiem podejście pod Igliczną, gdzie jest Sanktuarium Marii Śnieżnej i po drodze pod górkę ciągle nucę piosenkę dnia, hłe, hłe (szczegóły poniżej). Na - i tak zamkniętej - bramie wisi napis: "psy pozostaw na zewnątrz", a więc żegnam. 😎 Kolejne "starcie" z ZUL-ami: zabarykadowali kłodami zejście z asfaltu na czerwony w las, więc kicam po nich. Dochodzę do Marianówki i tu pierwszy raz widzę mój dzisiejszy cel - Góry Bystrzyckie. Robię słodziutką focię z pieskiem, pokazującą jaką my tu przygodę przeżywamy. Szlak prowadzi przez widokowe łąki, z jednej strony widzę Igliczną, z drugiej Jagodną. Elegancko. Łąki kończą się błotnym wejściem do lasu przez drut kolczasty. Uwalony po kostki staram się czyścić obuwie w mokrej trawie. Jedyne co się udaje, to dostarczyć wody do butów. W drodze do Wilkanowa drugim śniadaniem jest czekolada. Foliowe opakowanie po niej wkładam do małej kieszeni spodenek. Ileś kilometrów później ta mała foliówka wypada mi nieświadomie z kieszeni. Wkurzony, że takie coś się stało postanawiam nie wracać, ale odkupić swoje winy zbierając po drodze wszystkie śmieci na trasie do Długopola Zdroju. Przykra sprawa, nigdy świadomie nie zrobiłbym takiego śmierdzielstwa. Jakby tego było mało zaczyna się najgorsze. Leśka przystaje co kilka metrów i liże swoją łapę. Przymusowa przerwa medyczna nic nie wykazuje. Kilka kilometrów dalej widzę, że piesio ma coraz bardziej dosyć. Siadamy by odpocząć, znów przeglądam prawą tylnią łapę - opuszki są w kilku miejscach zdarte do jasnej skóry. Sam już nie wiem, czy tak miała zawsze, czy to efekt wędrówki. Zakładam bandaż i psi bucik na takie sytuacje. But spada po 300 metrach i zostawiamy łapę bez niego. Robię częstsze, ale krótsze postoje, po których Leśka nie ma ochoty wstawać by iść dalej. W Długopolu punkt apteczny jest nieczynny. Na szczęście w schronisku odwiedzi mnie dzisiaj ziomeczek, który przywiezie dla Lesiunieczki wodę utlenioną i wazelinę. Podobno świetnie działa na psie łapy. To nie koniec początku kłopotów. Sam czuję, że moje stopy dziś będą musiały przyjąć grubą warstwę cudo-kremu. Przed Ponikwą zaciskam zęby i nucę: "do boju, do boju, do boju...". Nie możemy dać się byle pierdamonom. Byle by dojść po Schroniska Jagodna, tam już maść, masaż, pieprzowy Opat, wege omlet drwala, odpoczynek. Na wzgórzach Ponikwy są dzikie sady, pastewne łąki i samotne gruzowiska budynków, świadczące o tym, że kiedyś było tu życie. Klimatyczne miejsce. Jeszcze tylko trochę do góry i 4 km Autostradą Sudecką i jesteśmy w Jagodnej. 50 min czekam na kluczyk do pokoju, bo wpadła tu jakaś klasa dzieciaczków i każdy chce coś. Nie ma żalu, w życiu! BARDZO cenię sobie to schronisko. Niegdyś Czapkins lubił tu przebywać. Wiedział, co dobre.Trzymajcie kciuki, żeby Leśka jutro wstała prawą łapą i bardziej chyżo ruszyła w szlak. Jak mawia kulturystyczna duma tego cudownego narodu: "tanio skóry nie sprzedam(y)"!

    Dystans: 25,3 km ↗️ 925 m ↘️ 727 m
    Czas: 6h25min
    Morale: bojowe.
    Piosenka dnia: "Zakon Marii. Do boju, do boju, do boju, do boju!" (K44) 🎶
    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 1️⃣8️⃣2️⃣9️⃣ PLN.
    Zrzutka: https://zrzutka.pl/3wzpga

    PS. Pozdrawiam miłych ludzi (znajomych Bush Brothers), napotkanych w schronisku, którzy śledzą naszą wyprawę. :)image
    Czytaj więcej
  • Dziennik wyprawowy
    GSS - dzień 5.

    Wędrówkę zaczynam o 6:10. Moja noclegownia jest około 1 km od szlaku, więc muszę z powrotem dotrzeć na ryneczek w Lądku. Stamtąd wychodzę na obrzeża miasta i zaczynają się wspaniałe, co ja piszę - przewspaniałe łąki. Na początku wszystko skąpane jest w gęstej mgle, przez którą słońce próbuje się przebić swoją mocą. To idealne warunki dla parzystokopytnych. 🦌 Przez pierwszych kilka kilometrów spotykam łącznie 6 saren/jeleni. Uwielbiam te zwierzęta, przy swojej masie są takie zwinne i niewinne. Bambinizuję? No i dobrze! Trasa tutaj jest fantastyczna przez co idzie mi się bardzo wesoło. Co rusz spomiędzy niewielkich zalesień pojawiają się śródleśne łąki. #kochamłąki na 100%, a jeszcze jak kończą się one opcją widokową, górami w tle, to już szaleństwo dla oczu. Po którejś już z kolei łączce docieram w okolice Pasiecznika. Kopara opada! Z jednej strony wąskiego lasu ekstra zieloniutka łąka, a z drugiej strony jeszcze lepsza łąka z rzędem drzew pod hamak, z widokiem na Czarną Górę. Bajka! Schodzę do Puchaczówki, gdzie przy ostrym zakręcie zaparkowany jest kamper na zagranicznych blachach. Macham ludziom siedzącym w środku, odpowiadają tym samym. Dookoła słońce i doskonała widoczność wzmagają efekt panoramiczny. Jest jak w bajce, ale wiem, że za chwilę nie będzie tak sielankowo, bo zaczyna się podejście na Czarną Górę. Mijam kobietę z dzieckiem w nosidełku, psem i plecakiem. Szanuję, ona też będzie tam wchodzić. Czarna Góra sprawia, że moje czoło się popłakało jak dziecko, któremu zabrano lizaka. Wchodzę i co? Nie ma już wieży widokowej. Jeszcze jak niecałe dwa miesiące temu tu byłem, to stała i groziła wszystkim swoim zawaleniem. Na Żmijowej Polanie spotykam dwie miłe osoby, z którymi sympatycznie mi się rozmawia. Od słowa do słowa wyjaśniam, że to nasz piąty dzień wędrówki. Pan robi fotę Leśce i pyta czy robię przy okazji jakąś zbiórkę. Wyciągam wlepkę LabTrekking i opowiadam o celu naszej zrzutki. Później jeszcze kilka razy mijam się z państwem na trasie do schroniska pod Śnieżnikiem, gdzie silę się obiadem i Opatem. Teraz już tylko 8 km ciągłego zejścia do Międzygórza. Na szlaku setki ludzi. W poniedziałek! I to jeszcze wszyscy naginają cały czas pod górę, a to podejście dla nich na pewno nie jest ani krótkie, ani łatwe. Kilka razy ludzie pytają mnie czy daleko jeszcze mają do schroniska. Trochę im współczuję. ;) Dochodzę do Międzygórza w asyście szumiącego potoku Wilczka. Teraz czas na przymusowe leżenie i nabieranie sił. Przewyższeniowo dzisiaj wykręciłem całkiem niezły rezultat (chociaż co aplikacja, to inny pomiar) więc pozwolę sobie uczcić to Kozelem. 🍺

    Dystans: 29,7 km ↗️ 1436 m ↘️ 1285 m
    Czas: 7h50min
    Morale: słoneczne. Ta pogoda sprawiała, że chciało się iść.
    Piosenka dnia: "Chwała temu co bez gniewu idzie
    Poprzez śniegi, deszcze, blaski oraz cienie
    W piersi pod koszulą - całe jego mienie" (SDM) 🎶
    Stan zrzutki na labradorowe staruszki: 1️⃣6️⃣2️⃣9️⃣ PLN, przekroczyliśmy połowę! To musi się udać. 🕺

    PS. Jest wśród osób to czytających stały widz naszego kanału na YouTube, który codziennie wpłaca na psiaki tyle, ile kilometrów przeszedłem danego dnia. Pablo, jesteś WIELKI! To, co robisz, jest niesamowite. I tak sobie przechodzę np. 200 metrów i sobie myślę, że już 20 groszy więcej wpada na seniorki labradorowe. 😍 Dzięki po stokroć!

    image


    Czytaj więcej
Ta zrzutka nie ma jeszcze aktualności.

Ta zrzutka nie ma jeszcze aktualności.

Opis zrzutki

Cześć! Tu Paweł z LabTrekking. Prowadzę vloga labtrekking.com oraz kanał na YouTube o swoich wędrówkach i wypadach bushcraftowych. W każdej aktywności outdoorowej towarzyszą mi moje psy - dwa labradory, które stały się moją inspiracją do tego, aby cieszyć się przebywaniem na łonie natury.


Z końcem maja po raz pierwszy w życiu ruszam na szlak długodystansowy. Będzie to Główny Szlak Sudecki. Wchodzi on do ścisłej trójki najdłuższych szlaków górskich w Polsce. To ok. 445 km wędrówki, w którą zabieram jednego ze swoich psów. Będzie to nasze największe życiowe wyzwanie, gdyż nie mamy doświadczenia w tak długim pojedynku z górami. Gdy dzień zaczynać się będzie bólem mięśni skatowanych poprzednimi dniami wędrówki, gdy z nieba będzie siąpić deszcz i niewiele przyjemnego da się odnaleźć w spacerowaniu z całym mokrym ekwipunkiem i wreszcie, gdy myśli będą biegły ku wskoczeniu w najbliższy autobus powrotny do domu... Wówczas trzeba będzie dać najmocniej z wątroby, aby pokonać przeciwności losu i wytrwale iść do przodu.

ld42b27a0b5c24a2.jpegPodświadomie czuję, że próbując dojść do końca czerwonego szlaku potrzebne będzie Wasze wsparcie. Wpadłem na pomysł, że takim motywatorem dodającym siłę może być zbiórka pieniędzy na grupę ludzi, którzy przeznaczą je na pomoc psom. Labradorom w sile wieku. Takim labkom, które mieszkały ze swoimi człowiekami 10 lat, a gdy pies zaczął chorować stały się jedynie zbędnym ciężarem. Porzuconym do lasu, na ulicę, do schroniska... Ludzie z adopcje.labradory.org rozlokowani po całym kraju to pasjonaci psów, którzy walczą o każde labradorowe życie. Bez rozgraniczenia na wiek lub na dramatyzm sytuacji. Młode psy są często postrzegane jak zabawki, takie małe, potulne - z reguły bez problemów znajdują dom. Gdy jednak z psie oczy zagląda starość, w ludziach budzi się demon, pozwalający im na bezkarne pozostawienie członka swojej rodziny na pastwę losu. Tam właśnie pojawia się ekipa z adopcje.labradory.org. Oferują domy stałe i tymczasowe dla psów niechcianych, dla psów po przejściach. Pomagają w leczeniu takich psów. Gdy trzeba zakupić środki na uśmierzenie bólu, gdy trzeba leczyć farmakologicznie bądź podawać specjalistyczną karmę lub gdy potrzebny jest kosztowny zabieg, ratujący życie. Te środki nie biorą się znikąd. Los tych psów leży zazwyczaj w gestii hojności darczyńców.

e82c92445141667b.jpegGdy ponad półtora roku temu znalazłem Leśkę na ulicy, skrajnie wychudzoną i lękającą się każdego ruchu człowieka, nawet przez myśl mi nie przeszło, że uda się tchnąć w tego psa życie, które pozwoli nam marzyć o przejściu razem tak długiego szlaku. Wiem, ile trudu i codziennej pracy wkładać trzeba w psa porzuconego, niesocjalizowanego, nieprzystosowanego. Dlatego łącząc próbę przejścia Głównego Szlaku Sudeckiego z Leśką, z tą zbiórką, niesamowicie zależy nam na każdej wpłaconej złotówce. Dodajcie nam otuchy w marszu swoją nieocenioną pomocą! Pomóżmy labradorowym staruszkom, aby swoje ostatnie miesiące bądź lata przeżyły godnie. Długie lata bezinteresownego i wiernego służenia człowiekowi, zawsze z roześmianym pyskiem i merdającym ogonem oraz miłością, w każdym swoim geście do człowieka. One zdecydowanie zasługują na godną starość!


Więcej informacji o zbiórce na poniższym filmie:


Zapraszam do śledzenia postępów w wędrówce na Facebooku LabTrekking, gdzie będę się starał o regularne raporty z trasy. Po powrocie zabiorę się za zrelacjonowanie całości przygody w odcinkach na kanale YouTube.

Pierwsza na świecie karta do przyjmowania wpłat. Karta Wpłatnicza.
Pierwsza na świecie karta do przyjmowania wpłat. Karta Wpłatnicza.
Dowiedz się więcej

Wpłaty 94

ŁK
Łukasz Kiełbowicz
PB
Pablo29
ŁK
patyk
500 zł
MK
MAR
300 zł
PC
Pacan cady
171 zł
ML
Mili ludzie z PTTK Jagodna ;)
SW
Es wu
134 zł
MA
Malgorzata
100 zł
AR
Arkadiusz Rzadkowolski
100 zł
Zobacz więcej

Komentarze 3

 
2500 znaków

Nasi użytkownicy założyli

865 445 zrzutek

i zebrali

766 544 062 zł

A ty na co dziś zbierasz?