id: 4ymnfc

Luquitas może chodzić! Pomóż chłopcu z Amazonii żyć na własnych nóżkach

Luquitas może chodzić! Pomóż chłopcu z Amazonii żyć na własnych nóżkach

Wpłaty nieaktywne - wymagane działanie Organizatora zrzutki. Jeśli jesteś Organizatorem - zaloguj się i podejmij wymagane działania.

Nasi użytkownicy założyli 1 177 064 zrzutki i zebrali 1 229 209 844 zł

A ty na co dziś zbierasz?

Aktualności1

  • Dawno nie pisaliśmy co u Lucasa. Niestety informacje i działania przez telefon, na odległość między kontynentalną przenoszą się w nieco spowolnionym tempie. Trudno było nam wydobyć z kliniki sensowne informacje na temat terminów i innych technicznych spraw, ale już się prawie udało. Niestety (nie)porozumienie między kulturowe bywa czasami przygniatające. Mam wrażenie, że sytuacje, gdy się rozumiemy wydarzają się przez przypadek, jak „działające nieporozumienie”. W każdym razie teraz Łukasz jest w Peru, do końca października prowadzi swoje badania nieopodal Iquitos i mógł spotkać się z Meri (Mamą Lucasa), mógł zajrzeć do kliniki i porozmawiać z koordynatorką programu. Co wiemy, a co nas wstrzymuje przed wysłaniem Lucasa na operację? Najważniejsza sprawa, to kwestia noclegu w Limie. Niestety do stycznia 2019 roku (a jeżeli w Peru mówią do stycznia, to bardzo prawdopodobne, że gdzieś do maja) – hotel przyszpitalny, w którym miała zatrzymać się Meri jest w remoncie. Czyli z ramienia kliniki, będą wysyłać dzieci na operację, dopiero w styczniu lub w lutym. Z doświadczenia obawiamy się takich opieszałych działań peruwiańskich instytucji, dlatego chcielibyśmy wysłać Meri z Lucasem do Limy jeszcze w tym roku. Wiąże się to oczywiście z dodatkowymi kosztami, które nas dość osłabiły i na moment przestaliśmy wierzyć, że operacja się uda. Jednak chyba jesteśmy na właściwej ścieżce, bo tuż po naszej rozmowie Łukasz pyta Meri – Ale naprawdę nie znasz nikogo z rodziny, kto mieszka w Limie? – Meri myśli i mówi – No podobno mieszka tam Lucho, ale jak się z nim skontaktować? Na to Minerva (najstarsza córka Meri) wyciąga swój magiczny zeszyt z telefonami i mówi – Ja mam telefon do Lucho! No to dzwonimy! – mówi Łukasz. W Peru należy kuć żelazo póki gorące, bo inaczej nic się nie wydarzy. Trzeba być czujnym i mieć refleks. Tak więc dzwonią. I Lucho odbiera i mówi - Nie ma problemu, że zna miejsce gdzie wynajmują niedrogo pokoje i jest kuchnia, gdzie mogą coś ugotować i poza tym odbierze Meri z lotniska i pomoże znaleźć prace na te kilka miesięcy. Wszystko jej wytłumaczy, bo sam wie, jak to jest przylecieć do Limy z małej wioski na końcu świata. Pamiętał Łukasza jeszcze z czasu naszego pobytu w wiosce, przelotnie się spotkaliśmy podczas jakiegoś święta. Wymienili się telefonami i ten ogromy kamień spadł nam z serca. Co prawda, zachowujemy czujność, bo Peru lubi rozczarowywać, ale jest duży przełom. Mamy nocleg w Limie! Klinika wstrzymała jednak zarządzanie programem do końca września, ponieważ zajmują się czymś innym… wrócimy do rozmów po 20 września. Łukasz planuje przyjechać do Iquitos i może uda nam się wreszcie dograć jakieś konkrety w sprawie operacji. Aktualnie w Iquitos z Meri jest jej najstarsza córka Minerva, Lucas (lat 6) i najmołodszy Rafico (lat 3,5). Pozostałych dwoje dzieci Olga (lat 9) i Donal (lat 11) wrócili z Babcią (która się odrobinę podleczyła w mieście) do wioski. Przy okazji całej akcji związanej z Lucasem, rodzina zatrzymała się przymusowo w Iquitos i bardzo chcieliby tu zostać na stałe. My też byśmy chcieli, żeby tam zostali. Wioska jest daleko, jest trudna, niebezpieczna dla życia, a nasze ukochane chrześniaki nie mają tam innej przyszłosci niż praca na polu, w pocie, znoju, z muszkami, słońcem i potem. Życie tam jest bardzo trudne, a dzieci nie mają możliwości rozwijania się. Nauczyciele, którzy przyjeżdzają do wioski (jeżeli w ogóle się pojawią, bo potrafią z 10 miesięcy roku szkolnego, we wiosce spędzić najwyżej 2 miesiące) , traktują lokalne dzieci, jak obywateli drugiej kategorii i nie uczą ich odpowiednio, bo przecież „to indianie i tak nie zrozumieją, po co im dodawanie, po co wiedza o świecie, przecież i tak będą pracować na polu”. Niestety dyskriminacja płynie w peruwiańskiej tkance jak krew w żyłach. Także nasze dzieciaki, mają z gruntu trudniejszy start. Dlatego bardzo cieszymy się, że być może przy okazji leczenia Lucasa rodzina osiedli się w dużym mieście, jak Iquitos i dzieci pójdą do lepszej szkoły i będą mieć lepsze życie. Mamy ogromne marzenie, że tak się stanie. To wydarza się również dzięki Wam wszystkim, którzy pomagacie nam finansowo! Dziękujemy jeszcze raz i kłaniamy się w pas! Minerva już się zapisała (na razie jako wolny słuchacz, bo nie ma jeszcze papierów ze swojej wioskowej szkoły) do szkoły dla mechaników i uczy się naprawiać tak popularne tam motory! Sama to wymyśliła, sama wybrała i chodzi! I właśnie o te możliwości chodzi! Niech się rozwijają dzieci, a nie na polu pracują w pocie czoła, czekając na ugryzienie śmiercionośnego węża. Raduje nas każdy telefon od Minervy (teraz już info na facebooku – tak nastał ten dzień!). To super dziewczyna! W mieście nabrała nowej energii do życia i do nauki. Jesteśmy Wam bardzo za to wdzięczni. Ta młoda jest naszą perełką od zawsze i bardzo chcemy, żeby miała piękne życie! Jeżeli możecie, to pomagajcie dalej, bo ta rodzina potrzebuje pomocy. Póki co, Meri pracuje dorywczo w Iquitos i my pomagamy jej tyle, ile możemy. Pieniądze starczają na jedzenie i codzienne potrzeby, brakuje jednak na wynajem domku z drewna lub pokoju z kuchnią. Musimy oszczędzać pieniądze na pobyt w Limie. Tymczasem rodzina mieszka u Cioci, co na dłuższą metę nie jest żadnym rozwiązaniem. Może jak zbierzemy więcej pieniędzy, uda się wynająć coś na dłużej, na czas rehabilitacji Lucasa i nowy start w życiu- w Iquitos. Nie wysyłamy pomocy w próżnię, tylko pomagamy konkretnym osobom, które my z Łukaszem znamy i kochamy. Mimo wszystkich różnic są naszą przybraną rodziną i wierzymy, że uda się pomóc Lucasowi, a przy okazji całej reszcie bandy. Niech dobro wraca! Wielkie dzięki! P.S. Jak tylko będziemy wiedzieć coś więcej to napiszę. Kinga I Łukasz
    0Komentarzy
     
    2500 znaków

    Nikt jeszcze nie dodał komentarza, możesz być pierwszy!

    Czytaj więcej
Ta zrzutka nie ma jeszcze aktualności.

Ta zrzutka nie ma jeszcze aktualności.

Opis zrzutki

Cześć! Mam na imię Luquitas. Mieszkam w amazońskim lesie. Kiedy chodzę, bolą mnie nóżki. Doktor powiedział mojej Mamie, że potrzebuję pilnie operacji, żeby w przyszłości móc chodzić. Może nawet będę biegać! Bardzo się boję, ale jestem dobrej myśli. Żeby przejść operację i rehabilitację, musimy zostać z Mamą kilka miesięcy w Limie. To kosztuje, a moja Mama nie ma pieniędzy. Może Ty chcesz nam pomóc? Możemy poznać się bliżej – na zdjęciach jestem ja, jest moja rodzina i nasza wioska. A jeżeli chcesz dowiedzieć się o mnie więcej – pod spodem znajdziesz moją historię, którą napisali dla mnie moi rodzice chrzestni....

To po prostu ja

moja małpa rambo nie lubi być fotografowana

tu mieszkam

a to nasza rzeka "tapiche": Żywi nas i jest drogą

Mama meri, brat donal i Ja. Mam 4 miesiące

mój brat donal

Moja siostra minerva - 10 lat. jest bardzo silna!

Mamy tak samo na imię

LUBIĘ BAWIĆ SIĘ Z MOIM ojcem chrzestnym

.

mam 5 lat. przyjechaliśmy w odwiedziny do rodziców chrzestnych

robimy tapiokę - to ciężka praca

Po całym dniu pracy na polu

moja siostra minerva przeciera maniok na farinię

To Lucas López Vásquez – “Luquitas” lub „Cocoleche”. Obecnie ma 5,5 roku. Lucas od urodzenia żyje w małej wiosce w Amazonii (wspólnota tubylcza Limón Cocha – zobacz na mapie). Do wioski nie prowadzi żadna droga. W lokalnych realiach, dotarcie do wioski jest tylko możliwe drewnianą łodzią z małym motorowym silnikiem. Taka podróż zajmuje od 5 do 7dni.

Od wczesnego dzieciństwa, Lucas choruje na tibia vara – szpotawość kolan i stawów biodrowych (dowiedz się więcej). Niestety, wada nie była korygowana i leczona. Ponadto, mając 2 lata, chłopiec spadł z 1,5 metrowej platformy. To dodatkowo skomplikowało ułożenie jego małych kości. Dzisiaj Luquitas często odmawia chodzenia, ponieważ „bolą go nóżki”. Musi być noszony przez mamę i starsze rodzeństwo. Jeżeli nie zostanie poddany operacji, w niedługim czasie przestanie chodzić. W związku z szybkim wzrostem, to ostatni dzwonek na operację. Kiedy będzie większy, jego nogi nie utrzymają ciężaru ciała, a to oznacza, że jako dorosły nie będzie w stanie zdobywać jedzenia i przetrwać w lokalnych warunkach. Podstawą życia w amazońskiej wiosce jest polowanie, łowienie ryb, praca na polu machetą i siekierą. Dlatego, jedyną szansą na normalne funkcjonowanie w przyszłości, jest dla Lucasa pomyślna operacja.

Jesteśmy jego rodzicami chrzestnymi (hiszp. padrinos – albo jak mówi sam Luquitas, „padlinos”). To dlatego, że byliśmy przy jego narodzinach i przecięliśmy jego pępowinę. To dlatego otrzymał imię po swoim ojcu chrzestnym – Łukaszu, a jego przydomek Cocoleche to lokalna wymowa naszego łamiącego język nazwiska.

Od wyjazdu z wioski w 2013 pozostawaliśmy z Meri, mamą Lucasa i rodziną w kontakcie poprzez barzo kapryśny satelitary telefon wioskowy. Dopiero w 2016 roku po 3,5 roku od naszego wyjazdu udało się nam powrócić do wioski. Luquitas bardzo urósł. Wyrósł na delikatnego, nieśmiałego chłopca, który żyje w świecie swojej wyobraźni i jest bardzo związany ze swoją mamą. Jest też zafacynowany motocyklami i samochodami, które ogląda wyłącznie podczas rzadkich wizyt w mieście, albo w formie zabawki. Podczas naszego powrotu zobaczyliśmy, że to, że „ Luquita troszkę kuleje” – tak mówiła nam jego rodzina przez telefon – jest dużo poważniejszą dysfunkcją. Żeby przemieszczać się sprawniej, Luquitas preferował poruszanie się na czworaka. Inni w wiosce zaczynali na niego wołać cangrejo, czyli „krab”.

Od czasu tej wizyty zaczęliśmy szukać sposobu, żeby pomóc Lucasowi i jego Mamie. W latach 2016 – 2017 udało się nam skontaktować Lucasa z kliniką w San Juan de Díos (zobacz ich stronę) w Iquitos, czyli stolicy departamentu Loreto. Udało się włączyć chłopca do organizowanego raz do roku programu medycznego dla dzieci dotkniętych skrajnym ubóstwem. W 2017, Luquitas pojechał z Mamą do Iquitos (ponad tydzień drogi) na badania i zakwalifikował się na operację finansowaną przez klinikę. Na tym etapie samodzielnie wspomogliśmy rodzinę Lucasa finansowo, opłacając podróż, wyżywienie oraz badania w klinice. Po zakończonej wizycie Lucas wrócił do wioski i razem z Mamą czekał na telefon informujący o dacie operacji. W tym czasie, wspomniany kapryśny wioskowy telefon zaniemógł i przez kilka tygodni wioska pozostawała bez kontaktu ze światem. W ten sposób Luquitas stracił miejsce na liście dzieci oczekujących na operację.

Postaraliśmy się, żeby w 2018 roku Lucas zakwalifikował się ponownie do programu i od lutego wspieramy finansowo Lucasa, jego Mamę i nieodzowną najstarszą siostrę Luquitas, Mini, żeby nie opuszczali Iquitos (dotychczasowe koszty utrzymania rodziny w mieście, które pokryliśmy samodzielnie, to już około 4000 tys. złotych) W tym czasie Lucas przeszedł szereg badań i pomyślnie cały proces kwalifikacji do operacji. Podczas badań okazało się, że jego przypadek jest na tyle skomplikowany, że operacja musi być wykonana w specjalistycznej klinice w odległej geograficznie i kulturowo stolicy Peru, Limie. Charytatywny program kliniki pokrywa koszty operacji, rehabilitacji oraz oferuje pokój, w którym będzie mogła zatrzymać się Mama Lucasa. Rodzina musi pokryć samodzielnie koszty życia, kiedy Lucas będzie dochodził do siebie i przechodził konieczną po operacji rehabilitację oraz… koszty leków. W tej chwili Meri jest samotną matką pięciorga dzieci (lat 3 – 15). Kiedy jest w wiosce, jej jedynym sposobem na zarobienie odrobiny pieniędzy jest produkcja mąki maniokowej (fariña) i tapioki. Takich możliwości nie ma już w mieście. Meri zna życie w wiosce, ale miasto jest dla niej raczej przerażającym światem. Funkcjonowanie umożliwia jej obecnie 15-letnia córka Mini (Minerva), która lepiej potrafi czytać, pisać i dogadywać się z mieszczanami.

W tej chwili, Lucas, Meri i Mini są w Iquitos od 2 miesięcy. Mieszkają u cioci i czekają na wyznaczenie ostatecznej daty operacji. Pozostała trójka dzieci została w wiosce z kochaną mamą Meri, Llerme. Dotychczas, w różnych sytuacjach pomagaliśmy Meri i jej rodzinie samodzielnie, jednak tym razem sytuacja przerasta nasze możliwości finansowe. Kwoty jakimi dysponujemy nie pozwolą nam wspomóc Meri, Lucasa (i, mamy nadzieję, również Mini) podczas ich pobytu w stolicy Peru i kosztu leków.

Ich pobyt w Limie może trwać od 3 do 6 miesięcy, w zależności od tego, jak pomyślnie przebiegnie operacja oraz rehabilitatacja. Koszt miesięcznego pobytu w Limie szacujemy na ok. 3000 peruwiańskich soli – czyli około 760 euro.

Mamy jednak nadzieję, że to będzie już ostatni odcinek drogi Lucasa ku chodzeniu w przyszłości. Może byłabyś/ byłbyś skłonny pomóc stanąć Lucasowi na własnych nogach i pokryć choć drobną część pobytu Meri w Limie? Wszyscy będziemy bardzo wdzięczni za każdą złotówkę.

Jeżeli chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o Lucasie i jego rodzinie lub o samej operacji, dajcie znać. Chętnie odpowiemy na wszystkie pytania!

Dziękujemy, że przeczytaliście historię do końca!

Kinga i Łukasz Krokoszyńscy

Ta zrzutka nie ma jeszcze opisu.

Ta zrzutka nie ma jeszcze opisu.

Pierwsza na świecie karta do przyjmowania wpłat. Karta Wpłatnicza.
Pierwsza na świecie karta do przyjmowania wpłat. Karta Wpłatnicza.
Dowiedz się więcej

Wpłaty 91

 
Dane ukryte
800 zł
 
Dane ukryte
500 zł
 
Dane ukryte
500 zł
 
Dane ukryte
500 zł
 
Dane ukryte
500 zł
 
Dane ukryte
200 zł
 
Dane ukryte
200 zł
 
Dane ukryte
200 zł
 
Dane ukryte
200 zł
 
Dane ukryte
100 zł
Zobacz więcej

Komentarze 13

 
2500 znaków