id: ekdzs3

Pomóż rodzinom kierowców z Ukrainy

Pomóż rodzinom kierowców z Ukrainy

63 890 zł 
z 300 000 zł
21%
zakończona 20.05.2022r
24 
wspierających
Wpłać na zrzutkę
Zrzutka.pl nie pobiera prowizji od wpłat

Aktualności4

  • DONE! Deliveries przy współpracy z fundacją AKEDA pomogło już kilkudziesięciu rodzinom z Ukrainy. Otrzymały one zakwaterowanie, pomoc materialną oraz bieżące wsparcie w zaaklimatyzowaniu się na terenie naszego kraju. 


    Poniżej przytaczamy rozmowę z jedną z naszych beneficjentek — Olgą. Jej historia pokazuje, w jakiej sytuacji są ludzie, których dotknęła wojna i którym chcemy pomóc.


    ud17ce5080d8a1da.jpeg

    Pandemia zabrała ukochaną mamę, wojna - dom. „Moje marzenie? Jak skończy się wojna, wrócą marzenia”


    „Pandemia trwała już tyle czasu, mama była zaszczepiona, nie sądziłam, że to może się stać… Tak, ludzie umierali, ale nie tak blisko. Już samo to było dla mnie bardzo ciężkie. Potem wojna, jedno nakłada się na drugie. Ale teraz jest gorzej niż podczas pandemii… Podczas pandemii ludzie żyli. Marzyli o czymś. A teraz nie ma nawet wolnych marzeń. Mija jeden dzień. Mija drugi. Byle przeżyć do jutra. Mówimy sobie, że każdy dzień przybliża nas do zwycięstwa. Tak trwamy.”


    Wojna zmusiła panią do opuszczenia domu. Gdzie pani mieszkała?

    W niewielkim mieście Jarmolińce, w obwodzie chmielnickim.


    Wie pani, co teraz tam się dzieje?

    Tak, znam sytuację, dzwonimy do sąsiadów, znajomych. Obecnie, dzięki Bogu, nie ma tam aktywnych działań wojennych. Ale cały czas są alarmy powietrzne. 


    Skoro jest tam obecnie bezpiecznie, może żałuje pani, że nie została?

    Mój syn, który studiuje w Polsce, prosił mnie, żebym przyjechała. Mąż, jako kierowca zatrudniony w polskiej firmie, jeździł w długie trasy po całej Europie. Pracuje tak już od 2016 r. Mieszkałam praktycznie sama. Na wysokim piętrze, w bloku położonym 500 m od jednostki wojskowej. Bałam się. Zwłaszcza, gdy słychać było nadlatujące samoloty, wyjące syreny. Nie miałam też przy sobie żadnych bliskich – nie było rodzeństwa, tata zmarł wcześniej, mama w grudniu ubiegłego roku. Dalsza rodzina mieszka daleko.

    Śmierć mamy była niespodziewana. Zmarła na covid. Jej choroba wpędziła nas w długi – długo walczyliśmy, kupowaliśmy specjalne leki, sprowadzane z Turcji. Były trudno dostępne, kupowaliśmy je na własną rękę, prosiliśmy o pomoc znajomych. I bardzo drogie, jak na ukraińskie warunki. Tam, gdzie mieszkamy, pensje wynoszą 6-7 tys. hrywien, maksymalnie 10 tys. [według obecnego kursu, to odpowiednio: ok. 900-1000 zł, 1500 zł – red.]. A potrzebne lekarstwa, które były w aptekach, takie na podwyższenie odporności, kosztowały 11 tys. hrywien za 6 ampułek. Mamie nie oczyszczały się płuca. Chcieliśmy ją ratować za wszelką cenę, zagraniczne leki były jedyną nadzieją. Nie udało się. 

    Mama umarła, trzeba było pochować, to również pociągnęło koszty. Dodatkowo syn studiuje w Polsce, już dwa lata, jemu też trzeba było pomóc. Zaciągnęliśmy kredyt.


    Czym się pani zajmowała w Ukrainie?

    Pracowałam na kolei, jako operator wagonów towarowych. Ogłoszenie przyjazdów, sprawdzanie stanu składów, wypisywanie dokumentów.


    A teraz, w Polsce?

    Sprzątam. To praca na razie na 1 miesiąc, w zastępstwie za inną kobietę, która zachorowała. Cały czas szukam kolejnej pracy.


    Mówiła pani, że mąż pracuje w Polsce już od kilku lat.

    Tak. Dzięki temu udało nam się m.in. wyremontować mieszkanie. Przed śmiercią mamy planowaliśmy, że mąż wróci do Ukrainy, poszuka tu pracy, może uda nam się otworzyć coś własnego. Gdy mama umarła, chciał ze mną zostać, ale powiedziałam: jedź, potrzebujemy pieniędzy, by spłacić to wszystko. Mówi: pojadę jeszcze raz, zarobię i będziemy myśleć.

    Ale zaczęła się wojna.


    Gdy 24 lutego zaczęła się rosyjska inwazja, jaka była pani pierwsza myśl? Pierwsza reakcja?

    Pierwsze, co wtedy pomyślałam: to chyba nie jest prawda.

    Byłam sama w mieszkaniu i byłam przerażona. Syn pojechał do Polski, bo miał się rozpocząć nowy semestr, a mąż był akurat w trasie. Zaczęły się alarmy powietrzne, latały rakiety. Chwała Bogu, nie spadały u nas w miejscowości, ale można się było spodziewać wszystkiego. Atakowali przecież początkowo lotniska, obiekty wojskowe. A my mamy jednostkę wojskową niedaleko domu, więc i myśli były straszne.

    Przez pierwsze dni syn i mąż dzwonili kilka razy dziennie. Nie wiedzieli, co robić, pytali, czy wracać. 

    syn jako student, był zwolniony ze służby wojskowej. Mąż nie przechodził wojskowego przeszkolenia. Ale i tak chciał wrócić, walczyć. A syn z kolei bardzo chciał, żebym to ja przyjechała. Na tym stanęło, że pojadę do Polski. Gdy przyjechałam, mój mąż nadal chciał wracać do Ukrainy i iść do wojska. Ale prosiłam go, żeby został. Nie mogłam znaleźć żadnej pracy, zostalibyśmy z synem bez pieniędzy, bez wsparcia. Dodatkowo te długi, związane z chorobą mamy… Póki co został i pracuje, ale nadal myśli o tym, by jechać walczyć.


    Jak wyglądała pani podróż do Polski?

    Było ciężko. Jechałam razem ze znajomą męża i jej synem. Oni jechali dalej do Francji. Byli kilka dni w Polsce, pomogliśmy im, by kilka dni odpoczęli od drogi. Byli bardzo zmęczeni. Syn ma 9 lat.

    Jechaliśmy najpierw z Chmielnickiego do Lwowa, tam czekałyśmy 3 godziny, póki ludzie się nie przesiedli, potem jeszcze 10 godzin jechaliśmy z Lwowa do Przemyśla. Niby droga niedaleka, ale jechało tak wiele pociągów, musieliśmy czekać, aż zwolnią się perony. Bardzo długo staliśmy. 


    Tyle godzin w pociągu, jeszcze w takiej sytuacji. To musiał być duży stres. Jak zachowywali się współpasażerowie? Jaka atmosfera panowała w przedziale?

    Wszyscy byli bardzo zdenerwowani. Pociągi były przepełnione. Było ciężko, był zaduch, dużo osób stało. 

    Dla mnie cała droga była bardzo stresująca, począwszy od kupna biletów. W ostatniej chwili z podróży zrezygnowała mama męża. Ona mieszka na wsi, niedaleko naszej miejscowości. Tam jest stosunkowo spokojnie. Zresztą, dla ponad 80-letniej osoby sam ten przejazd byłby wielkim problemem. My prawie całą drogę staliśmy. Ona nie dałaby rady. 


    Słyszymy, że wiele starszych osób nie chce uciekać wraz z rodzinami, nie chce zostawiać swoich domów. Trudno też im przyzwyczajać się do nowych warunków, w obcym kraju.

    Tak, myślę, że zwłaszcza dotyczy to starszych ludzi ze wsi. U nas na wsi żyje się po prostu inaczej. Na przykład tutaj, teściowa żyłaby jak ten kot – siedziała, patrzyła w okno. A ona przywykła do tego, że może wyjść, pospacerować koło domu, ma ziemniaki, posadzoną marchew, jest przyzwyczajona do pracy w ogródku, uspokaja ją to, byłoby jej bez tego bardzo ciężko. Dodatkowo, my jeszcze trochę mówimy po polsku, jesteśmy w stanie się porozumieć. Syn uczył się polskiego w szkole. Mamy polskie korzenie, Kartę Polaka. Ale teściowa nie zna w ogóle polskiego. Tam ma wiele sąsiadek, osób, z którymi codziennie rozmawia, a tu rozmawiałaby tylko z nami. 80 lat przeżyła w jednym miejscu, tam jest całe jej życie. Ciężko jej nawet sobie wyobrazić, że mogłaby to zmienić. Na miejscu są też pracownicy społeczni, którzy przychodzą i opiekują się starszymi ludźmi, pytają, czy potrzebna jest pomoc.


    Starsi ludzie nie korzystają z internetu, dzięki czemu nie oglądają wielu strasznych nagrań, relacji. Myśli pani, że może to być powód, dla którego ich strach przez pozostaniem w Ukrainie może być mniejszy? 

    Tak, mniej wiedzą, mniej chcą też wierzyć w to, że to może dotknąć również ich. Słyszą w wiadomościach, że straszne rzeczy dzieją się, ale gdzieś w Mariupolu, w Charkowie, myślą – to daleko, a tutaj póki co spokojnie. A póki spokojnie – to zostajemy. Chyba, że coś dzieje się blisko, słychać wybuchy rakiet…

    We wsi, gdzie mieszka teściowa, przelatywała rakiety. Opowiadała, że widziała je znajoma w drodze do kościoła. Przeleciały nisko, ludzie padali na ziemię. Wszyscy bardzo się bali, nikt nie wiedział, gdzie uderzą. 

    Teraz ludzie mają w sobie dwojakie odczucia – są bardzo przestraszeni, a jednocześnie – żyją prosto, z dnia na dzień. Wierzą w zwycięstwo. Że to wszystko się skończy. Wszyscy bardzo tego chcemy. I młodsi, i starsi… Ci, którzy stracili bliskich… nie wiem, jak oni będą nadal żyć. Ale i ci, którym się poszczęści w czasie tej wojny, którzy przeżyją, nie doznają straty najbliższych, też nigdy tego nie zapomną. Ten strach będzie z nami do końca życia. 


    Pani śledzi wiadomości z Ukrainy? Doniesienia z frontu?

    Tak, codziennie czytam w internecie.


    Nie czuje się pani zmęczona, przytłoczona?

    Tak, nawet bardzo. Zresztą tak jak my wszyscy. Zmęczona, zniechęcona. W Ukrainie chcieliśmy, żeby było lepiej, żeby kraj się rozwijał. Staraliśmy się o to. Na przykład, u mnie w rodzinie. My zawsze wiedzieliśmy, jak żyje się w Europie, chcieliśmy, żeby w Ukrainie też tak było. I w ostatnich latach wiele zmieniało się na lepsze. To było widać. Ludzie robili remonty, budowali domy, porządkowali przestrzeń wokół siebie, dbali o to, by było lepiej i ładniej. Wkładaliśmy w to nasz czas, nasze życie. Rozwijała się infrastruktura. Robiliśmy to dla siebie, ale przede wszystkim – dla naszych dzieci. 

    Mój mąż, prawie cały czas spędza w drodze, inni kierowcy, którzy tygodniami nie widzą żon, rodzin. Mąż poświęcał się dla nas, myśleliśmy – jakoś wytrzymamy rozłąkę, uzbieramy pieniądze, otworzymy coś swojego. Najpierw plany pokrzyżowała choroba i śmierć mamy. Później wojna.


    Wojna na wschodzie Ukrainy trwa od 2014 r. Nie obawiała się pani wcześniej, że może się to rozwinąć w konflikt na pełną skalę? 

    Tak, ta wojna trwa od 2014 r., ale szczerze mówiąc chyba myśleliśmy sobie: oni są bliżej Rosji, tam jest dużo rosyjskojęzycznych ludzi, może oni sami chcieli być z Rosją… U nas coś takiego nikomu nie przychodziło do głowy. Ja też uczyłam się w szkole po rosyjsku, ale my myślimy inaczej. Ludzie z zachodu Ukrainy bardziej są przyzwyczajeni do tego, by zarabiać, wyjeżdżać za granicę. Widzimy, jak żyje się na Zachodzie, opowiadamy innym. To jest moje zdanie, tak mi się wydaje, że ludziom na wschodzie Ukrainy Zachód może się wydawać inny niż jest. Im mogło się wydawać, że z Rosją będzie im lepiej. A jeszcze mówili, że ludzie, którzy mówią po rosyjsku, są prześladowani...

    U nas, w naszym miasteczku, wiele osób mówi po rosyjsku. I nikt się ich nie czepia. Jedni mówili po ukraińsku, inni po rosyjsku, te języki się mieszały.


    Nadal tak będzie po wojnie? Nikt nie będzie się czepiał ludzi, którzy mówią po rosyjsku?

    Myślę, że nie. Ukraiński jest językiem państwowym, ale jak ludzie rozmawiają między sobą – to przecież ich sprawa. Ja sama uczyłam się po rosyjsku, potrafię mówić i po rosyjsku, i po ukraińsku…


    A u pani w rodzinie, rodzice mówili w jakim języku?

    Po ukraińsku.

    Dużo mówi się o tym, jak szeregowi żołnierze rosyjscy okradają sklepy i ukraińskie domy. Według doniesień, niektórzy są zdziwieni poziomem życia w Ukrainie – zobaczyli warunki lepsze niż w miejscowościach, z których sami pochodzą. 

    Wydaje mi się, że im wkładają do głów, że w Ukrainie nie może być lepiej niż w Rosji. A jednocześnie – że w Rosji nie może być lepiej niż jest. A jest tak, że dobrze się żyje w dużych miastach, ale na wsiach…

    Sama słyszałam, jak opowiadali znajomi, do których – jeszcze przed wojną – przyjeżdżali przyjaciele z Rosji. Znajomi mieszkają na wsi. I ci Rosjanie dziwili się, że na wsi można wszystko kupić, co potrzebne do życia. Zwykłe rzeczy np. chemię gospodarczą. Mówili: o, tutaj można kupić proszek do prania! Dziwili się, że jest rozwinięta infrastruktura. Że nie trzeba jechać do miasta, a wszystko można kupić na miejscu. Było to dla nich coś niezwykłego.


    Ma pani jakieś plany na najbliższą i dalszą przyszłość?

    Nie wiemy, co wydarzy się jutro. Żyjemy, ale zupełnie bez planu. Nie, że założyliśmy rąk, ale… jesteśmy w zawieszeniu. Zostać? Wrócić? Nie wiadomo, co robić. Synowi potrzebne jest wsparcie, my też musimy mieć pieniądze, by opłacić jedzenie, rachunki… Plan jest jeden, by syn mógł skończyć studia. Bardzo dużo wysiłku i pieniędzy zostało w to włożone, by syn mógł je podjąć. Tutaj może zdobyć dyplom uznawany w UE. Studiuje informatykę. Najlepiej by było, gdyby mógł żyć i pracować w Ukrainie, żeby stać go było na zakup czy wynajem mieszkania, mógł mieć zwyczajne życie rodzinne, żyć z żoną razem, na miejscu, a jednocześnie nie martwić się o to, czy będzie co włożyć do garnka. Jednocześnie przy ukraińskich pensjach byłoby to trudne. W naszym miasteczku na przykład nie ma takich zarobków, by móc się spokojnie utrzymać. Oczywiście jednostki dobrze zarabiają, ale mówię o przeciętnych zarobkach. W większych miastach z kolei wiadomo – praca jest, ale i koszty duże wyższe. Jak i w Polsce.


    Jak pani ocenia pomoc, jaką w Polsce oferuje się Ukraińcom?

    Pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne, jeśli ktoś przyjechał bez niczego, to otrzymał pomoc. Ale oczywiście najlepiej, jeśli ma się własne pieniądze. Czytamy na Facebooku historie ludzi, którzy najpierw zostali gdzieś przyjęci, później musieli się wyprowadzić. Nie oceniam oczywiście, mogły zawsze wyniknąć nowe okoliczności, może przyjmujący myśleli, że wszystko się skończy po miesiącu... 

    Mówiąc za siebie, nie przyjechałam, by siedzieć na utrzymaniu polskich obywateli, wiem, że wszyscy płacą podatki, mają swoje wydatki, ceny rosną. Widzę, że inne Ukrainki, które przyjechały, też szukają pracy, tanich mieszkań. Najtrudniej mają oczywiście kobiety z małymi dziećmi, ale też do nich skierowano najwięcej pomocy, co zrozumiałe. 


    Czy ma pani kontakt z innymi Ukraińcami we Wrocławiu?

    Pod Wrocławiem mieszka rodzina, która wyjechała z naszego miasteczka z dziećmi. Kobieta z dwójką dzieci – pięciolatką i dwuletnim chłopcem. Na miejscu pomogli jej z mieszkaniem, mówi, że mają co jeść. Pytałam, czy trzeba jej pomóc czegoś innego poszukać, ale dzięki Bogu na razie jest dobrze. 

    i58dafb69b5ac4f0.jpeg

    Niedawno była Wielkanoc. Dla pani pewnie inna niż dotychczas. Świętowała pani z rodziną?

    Tak, świętowaliśmy. Mąż akurat przyjechał. Poszliśmy ze święconką. U nas tradycyjnie robi się to w niedzielę rano, ale u was – w sobotę. Staraliśmy się świętować jak w Ukrainie, oczywiście było trochę inaczej. Tydzień po Wielkanocy u nas jest Pomynalna nedilia – dzień, w którym wspomina się zmarłych. Tak, jak u was 1 i 2 listopada, sprząta się groby, przystraja, idzie się pomodlić – najpierw do cerkwi, potem na cmentarz. 

    W tym roku musieliśmy prosić znajomych, by zadbali o nasze groby. Bo mimo ostrzeżeń, by nie gromadzić się w dużych skupiskach, w ten dzień w Ukrainie i tak wszyscy ruszyli na cmentarze. 


    Musiało być pani szczególnie trudno, że nie może odwiedzić grobu mamy.

    Moja mama pochowana jest w Gródku, miasteczku niedaleko Jarmolińców. Poprosiłam przyjaciół, którzy tam mieszkają, by poszli również na jej grób. I całej rodziny, bo tam pochowany jest mój brat i tata. Brat i tata zmarli już kilka lat temu, oni mają nagrobki. Mamie mieliśmy postawić pomnik w tym roku. Ale teraz… postawimy, jak skończy się wojna. 

    Teraz o tym się tak nie myśli. Zupełnie inne mam obecnie myślenie. Teraz po prostu się pracuje, by żyć, przeżyć, kupić coś do jedzenia. A większe plany… ciężko coś zaplanować. Widzimy nagrania. Ludzie budowali dom, wkładali w to całe swoje pieniądze, a teraz tego nie ma, wszystko spłonęło. 

    Jak żyjesz tutaj, w Polsce, oglądasz ludzi, którzy wychodzą na spacer z psami, jeżdżą na rowerach… zapominasz… wydaje się, że w domu jest tak samo… ale w domu jest inaczej. Domu może już nie być. 

    Dlatego wszyscy czekamy… nie wiemy nawet sami, na co czekamy. Żyjemy w rozdwojeniu. Nikt nie wie, co będzie dalej. Przeżyło się jeden dzień – dobrze. Jutro trzeba będzie żyć dalej.

    Niektórzy wracają. Ale gdy patrzy się na Mariupol… Jest wielki strach. Zwłaszcza, jak ktoś jest z dziećmi. Boimy się o dzieci, o rodzinę… Boimy się nawet o koty, o psy. Wiele osób zabrało je z sobą.


    Pani ma zwierzęta?

    Moja mama miała kotkę. Po jej śmierci wzięłam ją do siebie. Teraz mieszka z teściową. Gdy szykowałam się do drogi, nie mogłam znaleźć transportera, żeby ją zabrać ze sobą, w sklepach nie było – ludzie, którzy wyjeżdżali, wszystko wykupili. Dlatego kotka została. Zresztą, plan był taki, że ktoś z nas wróci i zabierze i teściową, i kota. Ale teściowa jechać nie chce.


    To zrozumiałe, że w takiej sytuacji ciężko o konkretne plany. A jakie ma pani marzenia?

    Moim marzeniem jest, by wojna się zakończyła. (Długa pauza)


    Jak się wojna skończy, to wrócą te marzenia, które były, zanim się rozpoczęła. Jakie? 

    By żyć lepiej, pomimo strat, pomimo śmierci bliskich ludzi. Znam wiele osób, które zmarło na koronawirusa. Moja mama, ale też kilka osób spośród znajomych. Też nigdy nie sądziłam, że to dotknie moją rodzinę. Pandemia trwała już tyle czasu, mama była zaszczepiona, nie sądziłam, że to może się stać… Tak, ludzie umierali, ale nie tak blisko… To też było straszne. To straszna śmierć, jak człowiek się dusi, umiera od tego, że nie ma jak oddychać. Już samo to było dla mnie bardzo ciężkie. Potem wojna, jedno nakłada się na drugie… A teraz jest jeszcze gorzej niż podczas pandemii… Podczas pandemii ludzie żyli. Marzyli o czymś. A teraz nie ma nawet wolnych marzeń, wolnych snów. Mija jeden dzień. Mija drugi. Byle przeżyć do jutra. Mówimy sobie, że każdy dzień przybliża nas do zwycięstwa. Tak trwamy. 

    Moje marzenie jest takie, by nikt nam nie przeszkadzał żyć tak, jak żyliśmy wcześniej. Robić tego, co robiliśmy. Pracować. Budować. Własnoręcznie zarabiać na swoje zwyczajne życie.

    c862da3e568072a1.jpeg


    Czytaj więcej
  • Done! Deliveries pomogło już kilkudziesięciu rodzinom z Ukrainy. Poniżej przytaczamy rozmowę z jedną z naszych beneficjentek - Kateryną. Jej historia pokazuje w jakiej sytuacji są ludzie, którym chcemy pomóc! Zachęcamy do wsparcia naszej inicjatywy by pomoc dotarła do jeszcze większej liczby potrzebujących.


    Kateryna Ashykhgmina

     

    „Młodszy syn pyta: mamo, czy Rosjanie będą nas przepraszać? Odpowiadam: zobaczymy, może kiedyś”

    „Chcę chronić dzieci przed wojną. Wyjące syreny, noce w piwnicy… to dla nas wszystkich było czymś nowym i strasznym. My jako rodzice baliśmy się zasnąć, żeby nie przeoczyć, nie przespać jakiegoś zagrożenia. Nie wiedzieliśmy, z której strony może ono nadejść” – mówi pani Kataryna, która przyjechała do Wrocławia z dwoma małymi synkami.


    xd95ece35e69036d.jpeg

    Kiedy dotarła pani do Polski?

    15 marca przekroczyliśmy granicę. Jechaliśmy dwie doby pociągiem ewakuacyjnym. Wsiedliśmy w pociąg z Zaporoża na Hel. Te pociągi czasem dojeżdżały do Lwowa, gdzie trzeba się było przesiadać i czekać ze względu na wielką kolejkę na granicy. Ale nam się poszczęściło, pojechaliśmy bezpośrednio. Dobę staliśmy na samej granicy. W Polsce czekał już na nas brat, który mieszka tu z rodziną.


    Taka droga musiała być bardzo uciążliwa z małymi dziećmi.

    Tak, było bardzo ciężko. Nie myśleliśmy, że będzie to tak długo trwać, do tego w czteroosobowym przedziale jechało osiem osób. Było bardzo niewygodnie i duszno.


    A jak znieśli to pani synowie?

    Starszy syn, 10-letni Maksym, zniósł wszystko całkiem normalnie. Dla młodszego, pięcioletniego Filipa, była to pierwsza w życiu podróż pociągiem. Potem powiedział: mama, jak będziemy jechali do domu, to może pojechalibyśmy samochodem [śmiech]. Teraz pociąg kojarzy mu się z niezbyt wygodnym środkiem transportu.


    Pani synowie zdawali sobie sprawę, że uciekacie przed wojną?

    Razem z mężem, który został w Ukrainie, staraliśmy się nastroić ich pozytywnie, przedstawić to jako wycieczkę. Nie chcemy straszyć ich wojną. Mówiliśmy, że to podróż, że niedługo wrócimy…Oczywiście my, dorośli, nie wiemy, czy i kiedy będzie bezpiecznie. I kiedy wrócimy.


    Stara się pani chronić swoje dzieci przed strasznymi wiadomościami.

    Tak. Chcemy chronić ich psychikę, jak najbardziej oszczędzić im stresu. Wyjące syreny, noce w piwnicy… to dla nas wszystkich było czymś nowym i strasznym. Wszyscy byliśmy w stanie szoku. Silnego stresu. My jako rodzice baliśmy się zasnąć, żeby nie przeoczyć, nie przespać jakiegoś zagrożenia. Nie wiedzieliśmy, z której strony może ono nadejść.


    Skąd przyjechała pani do Wrocławia?

    Jesteśmy z Zaporoża. Obecnie 200-300 km od nas są wsie, które są ostrzeliwane, gdzie toczą się walki. W samo Zaporoże uderzały rakiety. Obwód częściowo jest okupowany.


    Jak podjęła pani decyzję, że trzeba uciekać?

    Mój ojciec mówił: trzeba jechać. Bo małe dzieci. Niech one na to nie patrzą. Widzieliśmy w telewizji, co dzieje się w Mariupolu, co robią okupanci. To wszystko jest takie straszne. Dodatkowo akurat ostrzelali wieś, jaka znajdowała się 20 km od nas. Wtedy decyzja zapadła.

    W Polsce od czterech lat mieszka brat z rodziną. Brat jest kierowcą. Bardzo nam pomogli. Otoczyli nas opieką, dzięki temu strach był mniejszy, poczuliśmy się jak w domu. Bardzo pomogła nam firma brata. Jakbym była sama z dwójką dzieci, to nie wiem, co by było.


    Gdy zaczęła się wojna, co pani robiła? Jak wyglądał ten dzień?

    24 lutego, szczerze mówiąc, nie uwierzyliśmy. Obudziliśmy się, dzieci zbierały się jeden do szkoły, drugi do przedszkola, ja szykowałam się do pracy. Zadzwoniła do mnie przyjaciółka. Bardzo wcześnie. I mówi: widziałaś? Zaczęła się wojna. Nie uwierzyłam jej. Usłyszałam hurkot samolotu. Taki, jakiego jeszcze nie słyszałam. Wtedy z mężem włączyliśmy telewizję. I zobaczyliśmy: i tu, i tak, i w Kijowie, i u nas w Zaporożu. Zaczęło się.

    Wybuchła panika. Wszyscy rzucili się do sklepów. Do aptek. Karty bankomatowe nie działają. Co robić? Czy jechać zatankować samochód? Uciekać? Wszyscy w szoku.


    A wy, co zrobiliście?

    Przeprowadziliśmy się do rodziców. Oni mieszkają w domu jednorodzinnym, a my w bloku na piątym piętrze, baliśmy się ewentualnych bombardowań. W domu rodziców jest piwnica. Tam wszyscy się chroniliśmy.


    Dużo czasu spędziliście w piwnicy?

    Kiedy wyła syrena i kiedy pojawiały się komunikaty na kanale w Telegramie: „alarm, udaj się do najbliższego schronienia”, wtedy schodziliśmy do piwnicy. Jak alarm był odwoływany, to wychodziliśmy. Teraz, z tego co wiem, ludzie trochę to lekceważą. Ale my wtedy bardzo się baliśmy, siedzieliśmy, ile trzeba było – czasem po 4 - 5 godzin.


    Co mówiła pani wtedy dzieciom?

    To było dla dzieci zabawa, gra. Młodszy syn, kiedy wieczorem nie było alarmu, pytał: mama, czy dzisiaj też gramy? Schodzimy do piwnicy? To było dla nich coś nowego, nigdy czegoś takiego nie robiliśmy. Staraliśmy się zapewnić im tam rozrywki, moja mama i ja starałyśmy się ich czymś zająć, zabawić. Jasne, że jak długo siedzieliśmy, to mały płakał, że niewygodnie mu się śpi. Ale generalnie tak staraliśmy się im to przedstawić. Jako grę.



    Coś jednak musiała im pani powiedzieć o wojnie. 

    Tak, wiedzą, że jest wojna. Słyszą też nasze rozmowy. Rozumieją. Młodszy mówi: Rosja na nas napadła. Pyta: mamo, czy oni będą nas przepraszać? Odpowiadam: cóż, zobaczymy, może kiedyś.


    Jak pani sobie psychicznie radzi z tym, co się dzieje?

    Bardzo wierzymy w nasze zwycięstwo, wspieramy naszych obrońców. Jesteśmy im bardzo wdzięczni.


    Jak przyjęła panią Polska?

    W Polsce ludzie są bardzo serdeczni, przyjacielscy, dobrzy. Bardzo dobrze się do nas odnoszą, do mnie, do moich dzieci. Jeszcze nie spotkałam się ze złym potraktowaniem.

    Polska bardzo pomaga. Widzę, że ludzie, którzy przyjechali zupełnie bez niczego, dostali mieszkanie, jedzenie, ubrania. Są punkty pomocy, miejsca, gdzie rozdają jedzenie. To wszystko jest bardzo ważne dla tych, którzy przyjechali nie tak, jak ja – do brata – ale tych, którzy nie mają tu nikogo. Myślę, że Ukraińcy już na zawsze będą wdzięczni Polsce i Polakom za to ciepłe przyjęcie.

    i99af14db1a860c3.jpegZapisała pani dzieci do szkoły i przedszkola?

    Przeprowadziliśmy się do obecnego mieszkania dopiero 1 maja. Chodziłam po przedszkolach, ale na razie nie ma miejsca. Zapisałam starszego do szkoły tutaj w dzielnicy, w której mieszkamy. Ale na razie uczy się on-line w szkole ukraińskiej. Młodszy też powinien od września iść do szkoły u nas, u was to jest jak zerówka.

    Cały czas jeszcze się waham, jestem w takim zawieszeniu. Ciągle mam nadzieję, że uda się szybko wrócić do Ukrainy. W domu i mąż, i rodzice, szkoła, przyjaciele, treningi chłopców, zajęcia…


    Jaka jest obecnie sytuacja w Zaporożu? Jakie relacje słyszy pani od męża, rodziców?

    Front jest bardzo blisko. Jest głośno. Z miasta słychać wybuchy, wiadomo, gdzie są ukraińskie pozycje. Co jakiś czas spadają rakiety. Bardzo mamy nadzieję, że nasze miasto będzie stało, jak stoi. Dzięki Bogu, póki co miasto i nasz blok nadal są niezniszczone.

    Wyobrażam sobie, jak musi być ciężko tym, którzy stracili swoje domy. Gdy widzę te kobiety z dziećmi, które uciekły, nie mając tu nikogo, żadnego wsparcia… takich rodzin jest bardzo wiele. Staram się wierzyć w to, że będzie dobrze. Tak naprawdę, nic tutaj od nas nie zależy.


    Ostatnia Wielkanoc była na pewno dla pani inna niż wszystkie poprzednie. Jak wyglądała?

    Udało się kupić paskę – tradycyjną, ukraińską babkę. Ugotowaliśmy jajka. Pozdrawialiśmy się słowami: Chrystos woskres – woistynu woskres. Staraliśmy się, by było zgodnie z naszą tradycją. Jesteśmy chrześcijanami, świętowaliśmy tak, jak zawsze. Zadzwoniliśmy do bliskich w Ukrainie. Wspólnie się pomodliliśmy. Święta spędziliśmy jeszcze w domu u mojego brata, który mieszka pod Wrocławiem. Bardzo piękne miejsce, ładna przyroda. Nawet jelenie przychodzą.


    Ma pani jakieś plany na najbliższe miesiące?

    Nie mogę nic zaplanować. Moje dzieci są bezpieczne, to jest dla mnie w tym momencie najważniejsze.

    Jeśli sytuacja w Ukrainie się poprawi, to bardzo bym chciała jechać do Ukrainy. Męża nie wypuszczą z kraju. A niepełna rodzina… Chłopcy potrzebują ojca. Trzeba wspólnie ich wychowywać. Póki co w Zaporożu sytuacja jest bardzo trudna. Ale jeśli coś się zmieni, to pojedziemy.

    A jeśli nie, to będzie trzeba do września znaleźć szkołę dla syna, a ja będę musiała znaleźć pracę.

    Dzieciom jest łatwiej. One adaptują się bardzo dobrze. Tu niedaleko na przykład jest fajny plac zabaw, na który chodzę z chłopcami. Widzę, jak polskie i ukraińskie dzieci się razem bawią, jak uczą się nawzajem polskich i ukraińskich słów. Ale nam, dorosłym, jest trudniej. Ja na przykład, skończyłam dwa kierunki studiów. A nie będę mogła tutaj pracować w zgodzie ze swoim wykształceniem. Oczywiście, że jak dzieci pójdą do szkoły, przedszkola, pójdę do takiej pracy, jaka będzie. Mogę pracować wszędzie. Najważniejsze, żeby moi synowie byli bezpieczni.


    Mówiła pani, że stara się chronić synów. Ale one rozmawiają między sobą, mogą słyszeć straszne wojenne historie od innych ukraińskich dzieci.

    Tak, niestety, i oni też się boją. Starszy pyta mnie, czy wszystko będzie dobrze z tatą, z babcią, z dziadkiem. Zawsze im mówię, że tak, że wszystko będzie dobrze, a jak nie, to żeby się nie martwili, że tata i dziadkowie są dorośli, poradzą sobie, najwyżej przyjadą do nas, będziemy znowu razem. Starszy i tak się bardzo martwi. Widzę to. Ale staram się mu jak najwięcej oszczędzić. Mąż mi też zawsze powtarza: staraj się je odciągać, żeby jak najmniej słuchały, jak najmniej wiedziały.

    Ale i tak chłopcy przychodzą do mnie i mówią: mamo, do Ukrainy przyszli bandyci. Albo pytają: czemu oni na nas napadli? Słyszę, że w ich głowach powstają nowe pytania, uczą się nowych słów. Na przykład – my w Zaporożu mówimy po rosyjsku. A dzieci teraz pytają: czemu rozmawiamy po rosyjsku? Przecież to język naszych wrogów. Tłumaczę, że nasz region jest taki, południowo-wschodni, i u nas rodzice mówili po rosyjsku.


    A kiedy pytają: mamo, czemu na nas napadli? To co pani odpowiada?

    Szczerze mówiąc… ja sama nie wiem. Jeszcze wcześniej, gdy tak długo rosyjskie wojska stały na naszej granicy, moi rodzice, którzy są na emeryturze i oglądają całymi dniami telewizję, mówili o tym, emocjonowali się, pytali mnie, co o ty sądzę. A ja im odpowiadałam: o czym wy do mnie mówicie. Tu praca, tam dzieci, szkoła, treningi, życie… Nie było kiedy tego analizować, zastanawiać się. Nikt się nie spodziewał, że dojdzie do tego, do wojny na pełną skalę.

    Czemu oni na nas napadli? Nawet nie chcę o tym myśleć. Nie rozumiem tego. Ja nigdy polityką się nie zajmowałam. Po prostu żyłam. Wszyscy po prostu sobie żyliśmy, i dobrze się nam żyło w Ukrainie. Nikogo z nas nie trzeba było, jak to oni mówią, ratować. Nie chcę się zastanawiać nad tym, co Rosjanie mają w głowach. Mnie jest tylko żal naszych dzieci, że stały się dziećmi wojny.


    Wybuch wojny na pełną skalę był dla pani szokiem?

    Tak. Oczywiście, wszystko zaczęło się w 2014 r., zresztą niedaleko nas, biedni ludzie z Donbasu już wtedy przeżywali to wszystko. Od nas do Doniecka jest niecałe 250 km. Ale my nie odczuwaliśmy wojny bezpośrednio. Współczuliśmy im bardzo. Ale nigdy nikt nie zrozumie czegoś, jeśli sam tego nie przeżył. Mogliśmy współczuć, ale nie dało się zrozumieć ogromu tej tragedii, dopóki sami tego nie doświadczyliśmy,


    W Zaporożu byli uchodźcy z Doniecka i Ługańska?

    Tak, oczywiście.


    Sądziła pani, że kiedyś mogłaby się znaleźć na ich miejscu?

    Absolutnie nie.


    Tęskni pani za mężem?

    Bardzo. Jesteśmy razem już długo, pobraliśmy się w 2010 r., rok później urodził się nasz pierwszy syn. Nigdy nie rozdzielaliśmy się na dłużej niż na 5 dni.

    Jest mi bardzo ciężko. Ciężko jest dzieciom, widzę, jak bardzo za nim tęsknią. Wiem też, że i jemu jest ciężko. Ale mówił, że mimo wszystko będzie mu lżej wiedząc, że jesteśmy bezpieczni. Dlatego wyjechałam.


    Jakie ma pani marzenia?

    Jakie marzenia? Żyć tak, jak przed 24 lutego. Żyliśmy prosto i wie pani, ludzie często myślą, że czegoś im nie wystarcza, czegoś brakuje, zawsze się czegoś szuka… A ja zrozumiałam, że do tego dnia mieliśmy bardzo szczęśliwe życie. Nic nam nie brakowało. Więcej nie chcę niczego. Tylko żyć, spokojnie spać. To moje marzenie. Żeby był pokój.


    j44f37d822ec1f94.jpeg

    Czytaj więcej
  • Nasz transport z pomocą dla seniorów dojechał już do pierwszych domów seniora na Ukrainie!

    Dziękujemy naszej koleżance z pracy Anastasia Puchalskaya za inicjatywę oraz pomoc w organizacji tej inicjatywy 🙂

    u000ab098d5a1a46.jpeg

    x77143700d5d8cb4.jpeg

    h56c0f58ab4fe14f.jpeg

    Czytaj więcej
  • Nasz program zyskuje rozgłos w internecie! Cieszymy się, ze media zainteresowały się naszą pomocą. Jednocześnie dziękujemy za wszystkie dotychczasowe wpłaty. Do celu jednak nam jeszcze daleko. Na chwilę obecną mamy zgłoszonych już 17 kierowców, których rodziny potrzebują pomocy. Fundacja AKEDA weryfikuje te zgłoszenia i już niedługo będziemy mogli realnie pomóc pierwszej rodzinie.

    Nasz transport pomocy materialnej dla Seniorów przekroczył już granicę z Ukrainą - poniżej parę zdjęć z załadunku. Teraz przed nim najtrudniejsza trasa do domów seniorów. Trzymajcie kciuki, będziemy Was informować na bieżąco!

    fb6ee7e3890b36e6.png

    eb81062555330b97.png

    cd0a42757fdb25f9.png

    f6f1225aaebb193b.jpeg

    o77609f5db2209a9.jpegn2f63d0e15bb3757.jpeg

    Czytaj więcej
Ta zrzutka nie ma jeszcze aktualności.

Ta zrzutka nie ma jeszcze aktualności.

Opis zrzutki

Cały zespół Done! Wspiera Ukrainę!

Przewoźnicy każdego dnia dbają o to by nasze półki sklepowe były dobrze zaopatrzone. Czy wiecie, że 1/3 czyli ponad 100 000 kierowców jest pochodzenia Ukraińskiego?


Ich rzeczywistość po 24 lutego uległa zmianie. Oczekujemy, że dostarczą nam chleb, buty czy nowego smartfona do sklepu, podczas gdy ich dzieci chowają się w metrze. Wyobraźmy sobie jak musi wyglądać praca 3000 km od domu, w samochodzie, podczas gdy żona wysyła sms że Rosjanom zostało 20km do miasta.


Dlatego w Done! Deliveries uważamy, że mamy moralny obowiązek wspierać tę grupę społeczną.

Jesteśmy firmą spedycyjną, chcemy pomagać w środowisku przewoźników i kierowców. Wierzymy, że każda złotówka, którą przeznaczymy na pomoc będzie miała realny wpływ.  Dzięki środkom własnym Done! ponad 60 000zł oraz środkom, które chcemy pozyskać od partnerów 11 Kwietnia rozpoczynamy projekt społeczny oparty o rozwiązania eksperckie. W kwestii efektywnego pomagania wierzymy specjalistom dlatego projekt tworzymy wspólnie z Krakowską Fundacją „AKEDA”. Organizatorem pomocy dla Ukraińców w centrum dla Uchodźców przy ulicy Berka Joselewicza 21 w Krakowie oraz flagowego projektu Africa music school – instrumenty zamiast broni https://akeda.org/instrumenty-zamiast-broni/

Wiemy, że potrzeby rodzin uciekających z obszarów dotkniętych wojną są różne. Dlatego stawiamy na rozwiązania szyte na miarę. Nasza pomoc ma być konkretna, dostosowana do potrzeb a co najważniejsze, ma doprowadzić do usamodzielnienia się rodzin potrzebujących.


Wierzymy, że dzięki naszej pomocy na miejscu, możliwość usamodzielnienia się dla uchodźców będzie realna i szybsza. Dzięki współpracy z Fundacja AKEDA, jesteśmy wstanie celnie zdiagnozować potrzeb rodziny i w mądry sposób odpowiedzieć na nie.

Przykładowe działania pomocowe, które oferujemy rodzinom:k96edb1e1ac3355e.png

1. Pomoc pierwszego kontaktu SOS: zapewnienie wyżywienia, noclegu środków higienicznych,

2. Pomoc w zakresie medycznym m.in. Wykupienie leków, konsultacje lekarskie

3. Pomoc w zakresie prawnym: wyrobienie dokumentów, opieka prawna

4. Pomoc ku usamodzielnieniu: kursy specjalistyczne, pomoc w znalezieniu pracy, znalezieniu miejsc w szkołach- żłobkach


rd432ca41c67d495.png

Szczegóły projektu oraz historie rodzin, którym pomogliśmy, znajdują się na stronie projektu https://pomagamy.donedeliveries.com/

Na powyższej stronie można zgłaszać również osoby potrzebujące pomocy, które są bezpośrednio związane z branżą transportową.


Nasz projekt jest przemyślany - potrzeby uchodźców są weryfikowane, a udzielane wsparcie jest wsparciem efektywnym – ma doprowadzić do usamodzielnienia się tych ludzi w Polsce.


ide0f0745e180296.pngPomoc potrzebna jeszcze szczególnie teraz – jak zauważamy entuzjazm pomocy opada. A problem (mimo że spowszedniał) – nie zniknął, a nasila się.


i74ee54b38e3caf9.png

Pierwsza na świecie Karta Wpłatnicza. Przyjmuj wpłaty gdziekolwiek jesteś.
Pierwsza na świecie Karta Wpłatnicza. Przyjmuj wpłaty gdziekolwiek jesteś.
Dowiedz się więcej

Wpłaty 24

 
Dane ukryte
100 zł
TW
Tom-Bud Tomasz Wojciechowski
1 000 zł
 
Dane ukryte
70 zł
 
Dane ukryte
ukryta
 
60 000 zł
 
Dane ukryte
500 zł
 
Dane ukryte
20 zł
 
Dane ukryte
20 zł
 
Dane ukryte
ukryta
KA
Karolina
50 zł
Zobacz więcej

Komentarze 1

 
2500 znaków

Lokalizacja

Stefana Batorego 35, 34-120

Andrychów, Poland

Zobacz na mapie
map pin

Nasi użytkownicy założyli

865 446 zrzutek

i zebrali

766 600 281 zł

A ty na co dziś zbierasz?