id: ffws6e

Pokaż nam, że możemy przeżyć #SzansaDlaSkubiejSpółki

Pokaż nam, że możemy przeżyć #SzansaDlaSkubiejSpółki

Nasi użytkownicy założyli 1 187 231 zrzutek i zebrali 1 248 363 624 zł

A ty na co dziś zbierasz?

Opis zrzutki

Zrzutka na leczenie i inne podstawowe potrzeby (żywność, mydło, proszek do prania, spłata zobowiązań mieszkaniowych i kredytowych) dla Skubiej Spółki - ciężko chorej pary, Kasi i Bogusia oraz ich psiaka, Skubiego.


Dom

Problemy to nasz chleb powszedni, gdyż pochodzimy z biednych rodzin, gdzie pełno jest chorób i pracy za grosze, czasem patologii. W takim środowisku wyrośliśmy.

Kiedy zakochaliśmy się w sobie kilka lat temu, wchodziliśmy w dorosłe życie. Pełni nadziei pomyśleliśmy wtedy, że razem wyjdziemy na prostą i będziemy żyć lepiej.

Stało się zupełnie odwrotnie.


Rozpacz rośnie

Niestety natychmiast mieliśmy brutalne zderzenie z rzeczywistością na rynku pracy - jedna strata pracy to pech, lecz każda kolejna coraz bardziej uświadamiała nam, że samodzielne życie takiej pary jak my nie będzie łatwe... A może nawet nie będzie możliwe.

Jedyne czego chcieliśmy to móc żyć razem i dzielić miłością, więc zamieszkaliśmy sami (u rodziny nie było miejsca, relacje z nimi również wyglądają różnie), zdeterminowani by zwyczajnie żyć ze sobą i pracować w jakiejkolwiek pracy, byle stałej i wypłacającej tą najniższą krajową. Z czasem moglibyśmy zacząć myśleć może o czymś więcej.

Jednak nie ma mowy "o czymś więcej", gdy brak szans nawet na to - nasze choroby sprawiają, że na ten moment nie jesteśmy w stanie utrzymać pracy, coraz trudniej też ze znajdywaniem kolejnych. Mimo młodości i największego zaangażowania z naszej strony, nikt nie daje nam szansy.


Apogeum rozpaczy

Ubogie rodziny niewiele mogły nam pomóc, chociaż starają się jak mogą - to im w tej chwili zawdzięczamy każdy kęs, tabletkę i ratę, dach nad głową. Jednakże i ich zasoby się skończyły, a my... Umieramy.

W desperacji przy kolejnym pogorszeniu zdrowia, gdy jeszcze miałam jakąś zdolność kredytową wzięliśmy na siebie kilka zobowiązań. Miałam nadzieję, że dzięki temu uda nam się wyjść z części problemów zdrowotnych i zacząć normalnie pracować, jednak















Mieliśmy nadzieję, że razem wyjdziemy na prostą – ja, 23 lata i mój Narzeczony, lat 25. Niepełnosprawni zazwyczaj mieszkają z rodzicami całe życie, ale my chcieliśmy czegoś więcej. Być ze sobą, cieszyć się życiem, może założyć rodzinę. Zbiórka, którą widzicie jest efektem mojej desperacji, bo już nie mamy pojęcia co robić... Spróbuję zacząć jakoś żeby to miało ręce i nogi.

Oboje jesteśmy niepełnosprawni – ja załatwiam właśnie formalności, żeby dostać orzeczenie o niepełnosprawności, a mój Narzeczony (Bogusław) orzeczenie posiada. Kiedyś miał też zasiłki pielęgnacyjne itp. lecz teraz mu nie przysługują :(


Tak w skrócie, ja... Depresję mam odkąd pamiętam. Mam też mnóstwo fobii i lęków. W mojej historii choroby przeczytacie o tym więcej, bo nie chcę przynudzać. Generalnie pierwsze myśli samobójcze sama u siebie zauważyłam mając 8 lat. Sama zorientowałam się na temat swojej choroby, bo rodzice ze względu na stereotypy nie pozwolili mi iść do specjalisty. Ostatecznie u psychologa udało mi się wylądować zaraz przed osiemnastką. Rok potem zaczęłam się też psychiatrycznie leczyć. Co jakiś czas zmieniam leki, ale nie przynoszą dużych rezultatów, nic zresztą dziwnego przy natłoku problemów. Miałam kilku psychologów, jednak na NFZ nie były to opieki stałe i nie dały dużo, a na psychoterapię muszę czekać 3 lata. Niedawno zaczęłam prywatnie psychoterapię, ale musiałam przerwać – jesteśmy doszczętnie spłukani. W sumie, jak zwykle.


Oboje pochodzimy z mega biednych rodzin. Oprócz tego rodzina Narzeczonego jest patologiczna (jego ojciec okradł go ze spadku i chciał swego czasu zabić, ale to długa historia). Oboje byliśmy prześladowani w szkole, ponieważ poza biedactwem jesteśmy WWO (wysoko wrażliwymi osobami), więc odstawać od innych bardziej jest dość trudno. Narzeczony był ofiarą przemocy domowej, podobnie jak jego regularnie gwałcona mama. W szkole też doświadczał mnóstwo przemocy psychicznej i fizycznej, u mnie w większości była ona psychiczna. W mojej rodzinie też niezbyt wesoło, można powiedzieć, że całe dzieciństwo pełne kłótni (rodzice obecnie się rozwodzą). No i kontaktu z patologicznymi znajomymi rodziców.


Nasi rodzice nie rozumieli nas, często nadal nie rozumieją. Nie mogą nam też za bardzo pomóc, chociaż część z nich się stara. Dzięki nim jakoś jeszcze w ogóle żyjemy, bo dzielą się z nami jedzeniem.


Narzeczony również ma choroby psychiczne, jeszcze cięższe niż ja. Ma za sobą 3 nieudane próby samobójcze. A co najgorsze, jeszcze jako dziecko dostał bardzo mocne leki, które nie do końca pasowały do jego schorzeń, a rodzina zmusiła go do brania ich o wiele lat za długo. Zdewastowały mu one zdrowie. Lekarze do dziś nie chcą mu ich odstawić, głównie przez to, że jego organizm źle wtedy reaguje i zagraża to jego życiu. Organizm się uzależnił.


Przez te leki Boguś ma problemy z nerkami (podejrzenie przesączania kłębuszkowego nerek), pęcherzem (relaksacja pęcherza z powodu leków psychiatrycznych, nadreaktywność pęcherza, przewlekłe nawracające zapalenie prostaty - nie przerost prostaty), sercem (tachykardia, nadciśnienie), płucami (astma oskrzelowa). Neurologicznie również leki pogarszają jeszcze sprawę, zamiast pomagać. Ma też chorobę oczu (zez w prawym oku) i powiększony pierścień jądra prawego (co poskutkuje niedługo przepukliną). Mnóstwo diagnoz, co chwilę zmiana zdania lekarzy, ogrom nie dających nic leków. Drogich leków.

A leków na serce (betablokery) i płuca (wziewne na astmę) nie powinno się w sumie łączyć, bo stwarza to zagrożenie dla zdrowia i życia.


Dwa lata temu wyprowadziliśmy się od rodziców i zamieszkaliśmy razem. Po kilku przykrych historiach związanych z lokum, przyjaciel mojego taty użyczył nam mieszkania, dzięki czemu mamy swój kąt i płacimy tylko opłaty typu czynsz i media. Po poprzednich problemach z wynajmami byliśmy już wyczyszczeni z kasy, są też ogromne problemy z pracą, ale pomyśleliśmy, że może mamy szansę na szczęśliwe życie. A gdzie tam.


Stan zdrowia Narzeczonego pogarsza się sukcesywnie i uniemożliwia mu pracę. W ciągu tych dwóch lat podejmował 13 prac, wcześniej było ich podobnie dużo. Ze względu na jego konieczność częstego chodzenia do toalety, brania czasem wolnego na dłuższe badania i pewne problemy z koordynacją ruchową nikt na dłuższą metę go nie chce, chociaż on sam bardzo chce pracować i wysyła codziennie setki CV, dzwoni, chodzi. Na toaletę mogłyby pomóc pieluchomajtki, ale są drogie i nie stać nas na nie. Jedyna firma, która kiedykolwiek dała mu szansę i pracodawca był świetny, miała problemy finansowe. On nie ma już sił dłużej błagać o pracę. Swoją drogą, jeśli znacie jakąś pracę, gdzie mogliby go wziąć (w Łodzi) to zapodajcie proszę w komentarzach ;-;


Ja pracowałam jeszcze zanim skończyłam liceum (mamy nie było już stać na kartę miejską, tzw. migawkę, na moje przejazdy autobusem/tramwajem do i ze szkoły). Matura poszła mi dobrze, ale nie zdałam matematyki. Ani raz, ani drugi, ani trzeci. Nigdy jej nie ogarniałam, a moja pierwsza wychowawczyni zgotowała mi na punkcie tej dziedziny traumę. Moich rodziców nie było stać na korepetycje a bez nich nie dawałam rady. Jeśli chcę kiedykolwiek ją zdać i iść dalej potrzebuję korków – oczywiście nie mam na nie kasy. Przepracowałam w jednym miejscu prawie 4 lata, ale przeżyłam w końcu załamanie nerwowe, które ta robota pogłębiła i się z nią pożegnałam. Znalazłam od razu inną pracę, jednak musiałam często pomagać Bogusiowi w godzinach pracy i nie chcieli mnie. Znalazłam więc pracę zdalną, ale przez moje kolejne ataki nerwowe znów mi podziękowano. Aktualnie załatwiamy oboje kolejną zdalną, ale nie wiemy jeszcze czy to wyjdzie.


Nie mamy na opłaty, lekarzy, leki, nawet jedzenie i środki czystości, więc rodzice podrzucają nam co mogą. Opłaty staramy się opłacać ze skromnych, urywanych pensji, ale wygląda to źle, a nikt nie będzie mógł przecież utrzymywać nam mieszkania. Powrót do rodziców zniszczyłby nas psychicznie. Mamy też psiaka, Skubiego, którego wzięliśmy od moich rodziców, gdyż nie opiekowali się nim zbyt dobrze, a potrzebował on pomocy weterynarza. Miał usuwane nadziąślaki, bo nie mógł już w ogóle jeść i kastrację (problemy z prostatą uniemożliwiające wypróżnienie, a jest ona u psów nieoperowalna, trzeba było odciąć źródło hormonów). To też sporo kosztowało, a powinien znowu się udać do weta, my nie mamy już na to środków. Możecie powyżej zobaczyć mordę naszego piecha. Ma dopiero 7 lat, więc nie jest w sumie tak stary. Jest członkiem naszej rodziny i naszym słoneczkiem, jedynym aspektem życia, który nam je rozświetla.


Kochamy bardzo jego i siebie nawzajem, ale poza rodzicami nie mamy nikogo, a oni niewiele mogą zrobić. A tak bardzo chcielibyśmy stanąć na nogi. Niestety wszystkim wkoło rządzi pieniądz.

Już teraz jedziemy na zadłużeniu z czasów, kiedy miałam jeszcze jakąś zdolność kredytową, bo czasy bezrobocia trzeba było jakoś przeżyć.


Mieliśmy marzenia i pasje: uwielbiam języki (uczę się 6 różnych) i chciałam być tłumaczem, a także pisać książki fantastyczne (prowadzę bloga, na którym publikuję wstępne prace). Mój Narzeczony ma mnóstwo zainteresowań jak np. historia, strategia, kulturoznawstwo i religioznawstwo. Wszystkiego uczymy się sami, ale nie możemy za bardzo bez matury iść z tym dalej, a Bogusia również pokonała matma. Boguś ma tytuł technika administracji ale de facto nic mu on nie pomaga w znalezieniu pracy.


Byliśmy nawet zdeterminowani poszukać pracy za granicą, by się odkuć, mieliśmy jechać teraz w maju. Był plan wziąć zapas leków, po pierwszej tygodniówce spróbować załatwić jakieś pieluchomajtki i może dalibyśmy radę. Ale oczywiście okazało się, że oprócz moich chorób psychicznych, insulinooporności i kilku mniej poważnych lub jeszcze nie zdiagnozowanych schorzeń muszę pilnie udać się na zabieg usunięcia zmiany nowotworowej. Prawdopodobnie nie jest złośliwa, ale to kolejna rzecz, która opóźnia nasze próby wywalczenia sobie szczęśliwego życia.

Wszystkie te porażki naprawdę nas dobijają. Nie mamy już na nic siły, mnie nie chce się nawet jeść. Przede wszystkim marzymy, by przestać cierpieć. Czy możemy kiedykolwiek na to liczyć?

Ta zrzutka nie ma jeszcze opisu.

Ta zrzutka nie ma jeszcze opisu.

Lokalizacja

Pierwsza na świecie Karta Wpłatnicza. Przyjmuj wpłaty gdziekolwiek jesteś.
Pierwsza na świecie Karta Wpłatnicza. Przyjmuj wpłaty gdziekolwiek jesteś.
Dowiedz się więcej

Jeszcze nikt nie założył skarbonki na tej zrzutce. Twoja może być pierwsza!

Wpłaty 1

 
Dane ukryte
ukryta

Komentarze

 
2500 znaków
Zrzutka - Brak zdjęć

Nikt jeszcze nie dodał komentarza, możesz być pierwszy!