Czerwony Mak na froncie dobra
Czerwony Mak na froncie dobra
Aktualności1
-
24 lutego.
Cztery lata pełnoskalowej wojny.
Cztery lata od dnia, w którym świat wielu ludzi zatrzymał się w jednej sekundzie.
Pamiętamy tamten poranek. Niedowierzanie. Telefon za telefonem. Wiadomości, które brzmiały nierealnie. A potem już tylko działanie. Transporty. Zbiórki. Telefony w nocy. Koordynacja, która zastępowała sen. Adrenalina, która zagłuszała strach.
Bycie wolontariuszem w czasie wojny to nie są tylko zdjęcia z magazynu i uśmiechy przy przekazywaniu darów.
To telefony, których boisz się odebrać, wiadomości z frontu, które zostają w głowie na zawsze, bezsilność, gdy nie da się pomóc wszystkim, zmęczenie, które wchodzi w kości, poczucie winy, kiedy po raz pierwszy mówisz: „nie dam rady”.
Przez cztery lata wielu z nas nauczyło się funkcjonować w trybie kryzysowym. Ale człowiek nie jest stworzony do życia w permanentnym alarmie. Serce nie jest z kamienia. Ciało ma swoje granice. Psychika też.
Najtrudniejsze w pomaganiu nie jest działanie.
Najtrudniejsze jest uznać, że nie jesteś w stanie zrobić wszystkiego i czasem trzeba zrezygnować z części projektów, odpuścić jeden wyjazd, jedną zbiórkę...
Wybrać sen zamiast kolejnej nocy przy telefonie.
To nie jest obojętność ani zdrada sprawy.
To jest próba przetrwania.
Wolontariat w czasie wojny uczy pokory. Uczy, że pomoc to maraton, nie sprint. Że jeśli wypalisz się całkowicie, nie pomożesz już nikomu. Że dbanie o siebie nie jest luksusem, jest obowiązkiem, jeśli chcesz działać dalej.
Dziś myślimy o tych, którzy stracili domy, bliskich.
O tych, którzy nadal żyją w huku alarmów.
I myślimy też o wolontariuszach. O ludziach, którzy przez cztery lata nieśli na plecach cudzy strach, cudzą traumę, cudzą nadzieję.
Jeśli jesteś jednym z nich,
masz prawo być zmęczony, masz prawo mieć dość. Masz prawo powiedzieć: „teraz muszę złapać oddech”.
Bo pomaganie nie polega na tym, by się poświęcić aż do zniknięcia.
Pomaganie polega na tym, by zostać. Nawet jeśli czasem trzeba zrobić krok w tył, żeby móc zrobić dwa kolejne do przodu.
Cztery lata wojny.
Cztery lata solidarności.
Cztery lata bólu i dobra, które próbowało ten ból równoważyć.
I mimo zmęczenia, wciąż wierzymy, że dobro, ktore dajemy, ma sens.
Tylko musi być mądre.

Dodawaj aktualności i informuj wspierających o postępach akcji.
To zwiększy wiarygodność Twojej zrzutki i zaangażowanie darczyńców.
Opis zrzutki
Nie każdy front ma linię ognia.
Czasem zaczyna się tam, gdzie kończy się dom, bezpieczeństwo i codzienność.
Czerwony Mak od początku wojny jeździ tam, gdzie wciąż jest głośno od wybuchów, a cicho od nadziei. Do Ukrainy. Nie po to, by opowiadać historie, ale by realnie pomagać – dowozić to, czego najbardziej brakuje: leki, opatrunki, sprzęt medyczny, agregaty, żywność, rzeczy najprostsze, a dziś ratujące życie.
Każdy wyjazd to konkretni ludzie.
Starsza pani, która od miesięcy śpi w piwnicy.
Dziecko, które zna dźwięk alarmu lepiej niż szkolny dzwonek.
Rodzina, która została, bo nie miała dokąd uciec.
Wojna trwa dłużej, niż ktokolwiek przypuszczał.
A potrzeby nie maleją — one się zmieniają, narastają, komplikują.
Dlatego ta zbiórka to nie „gest dobrej woli”.
To ciągłość pomocy. To paliwo na kolejne kilometry, środki na kolejne paczki, bezpieczeństwo dla tych, którzy nie mogą już liczyć na nic innego.
Nie obiecujemy, że zmienimy świat.
Ale wiemy, że każda złotówka zmienia czyjś dzień.
A czasem — czyjeś jutro.
Dziękujemy, że jesteś z nami.
Bo dopóki ktoś pomaga, dopóty wojna nie ma ostatniego słowa.
Licytacja - Ceramika.