Aktualności1

  • Chcesz opublikować moją zrzutkę w miejscu pracy lub gdzie indziej?

    Pobierz plik poniżej lub odezwij się do mnie


    Cmo1O8LRq3ksvIQo.jpg

Dodawaj aktualności i informuj wspierających o postępach akcji.

Dodawaj aktualności i informuj wspierających o postępach akcji.
To zwiększy wiarygodność Twojej zrzutki i zaangażowanie darczyńców.

Opis zrzutki

Nie proszę o cud. Proszę o czas, godność i odrobinę niezależności.


Mam 33 lata.


Od 26 lat choruję na chorobę Crohna. Dziś walczę również z nieuleczalnym nowotworem jelita cienkiego z naciekami na otrzewną. Jestem na stałym żywieniu pozajelitowym, nie mogę już normalnie jeść, przechodzę przewlekłą chemioterapię, a lekarze bardzo ostrożnie mówią o przyszłości.


Ta zbiórka nie powstała po to, żeby znaleźć cudowny lek. Gdyby taki istniał, już dawno bym go szukała.


Zbieram pieniądze na to, żeby jak najdłużej pozostać sobą.


Na prywatne konsultacje lekarskie. Na opiekę wtedy, gdy po chemii zabraknie mi sił, żeby samodzielnie zrobić zakupy, zmienić opatrunek czy podłączyć żywienie. Na transport do szpitala, kiedy będę zbyt słaba, by bezpiecznie jechać komunikacją. I na czas, kiedy choroba odbierze mi możliwość pracy.


Najbardziej boję się nie śmierci.


Boję się utraty niezależności.


Chciałabym jak najdłużej mieszkać we własnym domu, podejmować własne decyzje i nie obciążać moich bliskich bardziej, niż będzie to konieczne.


Jeżeli czytasz ten tekst, dziękuję, że poświęcasz mi kilka minut. Chciałabym opowiedzieć Ci, jak znalazłam się w tym miejscu.


---


Mam na imię Ania. Mieszkam we Wrocławiu razem z Freyą – moją adoptowaną psią przyjaciółką.


Jestem grafikiem. Lubię projektować rzeczy, które są jednocześnie estetyczne i użyteczne. Kocham spacery, gry i podróże. Zawsze chciałam po prostu żyć zwyczajnie.


Choroba miała jednak na mnie inny plan.


Miałam siedem lat, kiedy usłyszałam diagnozę – choroba Crohna.


Dziecko nie rozumie, czym jest przewlekła choroba. Nie myśli o tym, że zostanie z nim na całe życie. Po prostu chodzi do lekarzy, przyjmuje kolejne leki i wierzy dorosłym, kiedy mówią, że będzie dobrze.


Z wiekiem zaczęłam rozumieć coraz więcej.


Crohn to nie tylko ból brzucha. To choroba, w której własny układ odpornościowy atakuje organizm. U mnie przez lata niszczył przede wszystkim jelita, ale powodował również kolejne powikłania i stany zapalne.


W wieku szesnastu lat przeszłam pierwszą poważną operację.


Pamiętam, że moje rówieśniczki zastanawiały się wtedy, co założą do szkoły, gdzie pojadą na wakacje albo kto im się podoba.


Ja uczyłam się żyć ze stomią.


Kilka miesięcy później okazało się, że to nie koniec. Moje jelita nie były już w stanie odpowiednio odżywiać organizmu. Lekarze podjęli decyzję o żywieniu pozajelitowym.


Od tamtej chwili wszystko wyglądało inaczej.


Przez kolejne dziesięć lat żyłam jednocześnie ze stomią i żywieniem pozajelitowym.


Nie był to tylko problem medyczny.


To było życie podporządkowane chorobie.


Planowanie każdego wyjazdu. Każdego dnia. Każdej nocy.


Życie z rurką prowadzącą do dużych naczyń krwionośnych oznaczało również ogromne ryzyko zakażeń.


Trzykrotnie przeszłam sepsę odcewnikową.


Przy trzeciej lekarze nie byli pewni, czy uda się mnie uratować.


Pamiętam urywki tamtych chwil. Coraz słabszą świadomość. Płacz moich bliskich. Ich strach.


Ja po prostu chciałam jeszcze zostać.


Kilka lat później podczas leczenia biologicznego dostałam wstrząsu anafilaktycznego.


Kolejna metoda leczenia przestała być możliwa.


Tak wyglądało moje życie przez wiele lat.


Kiedy wydawało się, że wychodzę na prostą, choroba przypominała, że jeszcze nie skończyła.


Mimo wszystko nie chciałam się poddać.


Skończyłam studia na kierunku Grafika. Pamiętam dzień obrony. Zaraz po niej pojechałam do Akademii Sztuk Pięknych składać dokumenty na studia magisterskie. W plecaku, zamiast świętować, nosiłam zapas leków przeciwbiegunkowych.


To chyba najlepiej pokazuje, jak wyglądało moje życie.


Z zewnątrz wszystko wydawało się normalne.


Ja po prostu nauczyłam się funkcjonować z chorobą.


Kilka miesięcy później wydarzyło się coś, o czym przez lata nawet nie odważyłam się marzyć.


Po dziesięciu latach lekarze powiedzieli, że mogę pożegnać się zarówno ze stomią, jak i z żywieniem pozajelitowym.


Bałam się tej operacji.


Nie było pewności, czy jelita po tylu latach podejmą pracę.


Udało się.


To był jeden z najszczęśliwszych momentów mojego życia.


Przeprowadziłam się do Wrocławia.


Znalazłam pracę.


Zaczęłam urządzać mieszkanie.


Po raz pierwszy od bardzo dawna miałam poczucie, że moje życie nie kręci się wyłącznie wokół szpitali.


Nie wszystko jednak da się zostawić za sobą.


Po latach walki z chorobą przyszła depresja.


Nie zauważyłam nawet momentu, w którym przestałam czuć cokolwiek. Najgorszy nie był smutek. Najgorsza była obojętność.


To przyjaciółka zauważyła, że dzieje się ze mną coś złego.


Dzięki niej trafiłam na psychoterapię.


W tym czasie w moim życiu pojawiła się również Freya.


Adoptowany kundelek ze schroniska.


Mówię, że zawarłyśmy umowę.


Ja dałam jej dom.


Ona każdego dnia przypomina mi, że warto wstać z łóżka.


Nie wiedziałam wtedy, że najtrudniejsza walka dopiero przede mną.


Lekarze zaczęli podejrzewać u mnie pierwotne niedobory odporności. Ta diagnoza tłumaczyła wiele wcześniejszych zakażeń i komplikacji. Do dziś regularnie podaję sobie immunoglobuliny, żeby mój organizm miał choć trochę większe szanse w walce z kolejnymi infekcjami.


A potem przyszedł 2024 rok.


Silny ból.


Wymioty.


Osłabienie.


Podejrzenie niedrożności jelit.


Wszyscy liczyliśmy, że uda się opanować sytuację lekami i żywieniem pozajelitowym.


Po miesiącu było już wiadomo, że konieczna jest kolejna operacja.


To była moja trzecia operacja jelit.


Kiedy obudziłam się po zabiegu, usłyszałam, że znaleziono guz blokujący światło jelita.


Przez chwilę wszyscy jeszcze mieliśmy nadzieję.


Może to powikłanie Crohna.


Może ropień.


Może polip.


Kilka dni później przyszły wyniki badania histopatologicznego.


Gruczolakorak jelita cienkiego.


Nowotwór złośliwy.


Z naciekaniem na otrzewną.


Pamiętam, że siedziałam i słuchałam lekarza.


A później pomyślałam tylko:


"Dobrze. To walczymy dalej."


Bo przecież przez całe życie robiłam właśnie to.


I wtedy zaczęła się kolejna walka.


W 2025 roku przeszłam czwartą, bardzo rozległą operację. Usunięto nacieki nowotworowe z otrzewnej. Wykonano HIPEC – chemioterapię dootrzewnową. W trakcie operacji usunięto również macicę i jajniki.


To była jedna z tych operacji, po których człowiek budzi się i nie wie jeszcze, jak bardzo zmieniło się jego ciało.


W moim przypadku zmieniło się bardzo.


W całym moim życiu usunięto już: woreczek żółciowy, znaczną część jelita grubego i cienkiego, otrzewną, macicę i jajniki. A mimo tego nadal byłam tutaj.


Kilka dni po operacji doszło do krwawienia. Trafiłam na OIOM w trybie natychmiastowym. Przez pewien czas nie było pewności, czy przeżyję kolejne godziny.


Ból pooperacyjny był ogromny. Taki, który odbiera myślenie. Nie da się go porównać do niczego, co znałam wcześniej.


Po raz pierwszy w życiu pomyślałam wtedy, że może nie dam rady.


Nie w sensie rezygnacji.


W sensie fizycznego granicy, której ciało już nie przejdzie.


Z pomocą przyszła poradnia leczenia bólu i opieka paliatywna. Dzięki odpowiedniemu leczeniu mogłam wrócić do jakiejkolwiek codzienności.


Później rozpoczęła się chemioterapia.


Nie była regularna.


Moje wyniki krwi bardzo wolno się odbudowywały, więc leczenie często było przesuwane. Czasem co dwa tygodnie, czasem raz w miesiącu. Życie zaczęło się dzielić na okresy „po chemii” i „przed kolejną”.


W międzyczasie zaczęły pojawiać się kolejne problemy z jelitami.


Małe niedrożności, które na chwilę blokowały wszystko, a potem same się cofały.


Do listopada 2025 roku.


Wtedy usłyszałam, że mam niedrożność nieoperacyjną.


To znaczy taką, której nie da się bezpiecznie usunąć.


Ryzyko operacji jest zbyt duże.


Lekarze powiedzieli mi wprost, że próba usunięcia niedrożności może skończyć się poważnym krwawieniem albo koniecznością wyłonienia stomii w bardzo trudnym miejscu – pod żołądkiem.


To oznaczałoby w tej sytuacji życie, w którym treść pokarmowa i płyny bardzo szybko trafiają do worka, bez kontroli, bez stabilności, bez realnej możliwości normalnego funkcjonowania.


Od tego momentu przestałam jeść.


Całkowicie.


Dziś jestem utrzymywana wyłącznie na żywieniu pozajelitowym.


W tym samym czasie nowotwór wrócił.


Obecnie jestem w trakcie przewlekłej chemioterapii. Rokowania są ostrożne. Leczenie nie ma już charakteru „wyleczenia za wszelką cenę”, tylko utrzymania mnie w możliwie najlepszym stanie tak długo, jak to będzie możliwe.


I właśnie w tym miejscu zaczyna się ta zbiórka.


Nie chodzi w niej o walkę o cud.


Chodzi o codzienność, która w tej chorobie stała się trudniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.


Są dni, kiedy po chemii nie jestem w stanie wstać z łóżka.


Są dni, kiedy samo podłączenie żywienia jest wyzwaniem.


Są momenty, kiedy potrzebuję, żeby ktoś po prostu był obok – nie medycznie, nie „systemowo”, tylko po ludzku.


Dlatego zbieram środki na:


– prywatne konsultacje lekarskie i szybki dostęp do specjalistów,

– opiekę w dniach, kiedy nie jestem w stanie funkcjonować samodzielnie,

– pomoc w podstawowych czynnościach: opatrunki, żywienie, leki,

– transport na leczenie onkologiczne, kiedy nie mam siły lub bezpieczeństwa, żeby jechać sama,

– oraz na moment, w którym choroba uniemożliwi mi pracę.


To nie jest zbiórka na „ratowanie życia”.


To zbiórka na to, żeby to życie mogło nadal mieć jakąkolwiek jakość.


Żeby mogło być moje.


Najbardziej boję się momentu, w którym choroba odbierze mi wszystko, co jeszcze pozwala mi decydować o sobie.


Dlatego proszę o pomoc właśnie teraz – kiedy jeszcze mam świadomość, kiedy jeszcze mogę podejmować decyzje i kiedy jeszcze mogę być w swoim domu, z Freyą obok.


Nie wiem, ile czasu mi zostało.


Ale wiem, jak chciałabym go przeżyć.


Spokojnie. W godności. Bez bycia ciężarem bardziej, niż to konieczne.


Jeśli możesz przekazać mi chociaż kilka złotych - będę bardzo wdzięczna.


To nie jest tylko wsparcie finansowe.


To realna możliwość, żebym mogła dalej żyć po swojemu tak długo, jak to będzie możliwe.


Korzyści płynące ze wsparcia cyklicznego:
Organizator otrzymuje 100% Twoich środków - nie pobieramy prowizji
Zachowujesz pełną kontrolę - w każdej chwili możesz bez zobowiązań przerwać wsparcie
Organizator może w pełni skupić się na swojej twórczości/działalności
Otrzymujesz stały dostęp do postów oraz specjalne wyróżnienie
Nie musisz pamiętać o kolejnych wpłatach
To prostsze niż Ci się wydaje :)

Lokalizacja

Recurring Blik
Wypróbuj Płatności powtarzalne BLIK i wspieraj regularnie zrzutki w kilku kliknięciach
Recurring Blik Image
Wypróbuj Płatności powtarzalne BLIK i wspieraj regularnie zrzutki w kilku kliknięciach
Recurring Blik

Komentarze 11

 
2500 znaków
Dbamy o bezpieczeństwo. W razie wątpliwości zgłoś tę zrzutkę przez