id: v2hgh5

... żeby Valkyria mogła dalej zdobywać świat / ... so that Valkyria can continue to conquer the world

... żeby Valkyria mogła dalej zdobywać świat / ... so that Valkyria can continue to conquer the world

Organizator przesłał dokumenty potwierdzające wiarygodność opisu zrzutki
2 400 zł 
z 25 000 zł
9%
54 dni do końca
17 
wspierających
Wpłać na zrzutkę
Zrzutka.pl nie pobiera prowizji od wpłat

Opis zrzutki

*English version below


Jestem Valkyria i jestem Kotem Norweskim Leśnym. Kocham życie. Kocham moją Pańcię. Mieszkam z nią w Szczecinie w starej kamienicy. Jak tylko ktoś z mojej rodziny wraca do domu, to ja już czekam na mizianie i świergotam, i mruczę do nich mówiąc jak bardzo ich wszystkich kocham. Mam niezrównany instynkt łowiecki… no i zdecydowałam się jednego gołębia upolować. Stał na parapecie. No to hop! Okazało się, że było tam jeszcze coś, ale się zbiło i zleciało razem ze mną. Ptak mi uciekł, a ja spadłam. Długo spadałam. Razem będzie 3 piętra. Bardzo mnie bolało. Nie wiedziałam, co się dzieje, bo nie było mojej Pani i nie mogła mi powiedzieć, o co chodzi. Słyszałam, jak upadłam na dupkę, że coś popękało, ale nie wiem co, bo jestem tylko kotkiem. Wiem tylko, że bardzo zabolało i po pewnym czasie przestało. Przestałam czuć cały mój tył, ogon, łapki. Byłam też w szoku.

Bałam się tak bardzo… nie wiedziałam o co chodzi, co się właściwie stało. Przecież ja tylko chciałam upolować gołębia, a teraz moje łapki nie chcą mnie słuchać!! Gdzie moja Pani?? Postanowiłam sama do niej pójść, ale moje łapki nie chciały mnie słuchać. Chciałam nimi poruszać, ale były jakby nie moje. Udało mi się jednak poczołgać na dół. Po schodach, bo spadłam na betonowe schody. Miałam pójść na górę, bo tam była moja Pani, ale dobre i na dół, byle Ją znaleźć.

Przyszła!! Moja ukochana Pani! Próbowałam do niej podejść, ale moje łapki leżały tylko i w ogóle nie chciały się ruszać. Może uda jej się zrobić tak, żebym czuła znowu swoje łapki i ogonek, i mogła biegać tak jak kiedyś, wspinać się, skakać, cieszyć się życiem!!

Pańcia wsadziła mnie w jakieś pudełko, nazwała to "szufladą od Pani ze sklepu" i pojechaliśmy do lekarza. Tam posprawdzali, co mi się w środku popsuło. Pańcia powiedziała, że to było RTG i USG. Narządy były w porządku. RTG wykazało liczne złamania bioder, miednicy oraz kości w obrębie odcinka krzyżowo-ogonowego. Tak po kociemu – moje tylne łapki i ogon zostały oderwane od kręgosłupa. Dlatego ich nie czułam.

Lekarze nie za bardzo się mną przejęli, bo stwierdzili, że jestem "tylko" kotem i mogę czekać miesiąc, dwa na operację, bez nastawienia kości. Jeden z panów w białym fartuchu machnął ręką i powiedział: „z tego kota to już nic nie będzie”. To chyba było o mnie. Wystraszyłam się. Co mi teraz zrobią? Słyszałam, że dają jakiś zastrzyk i się zasypia, i już się więcej nie budzi, nie bawi, nie biega, nie je, nie mizia, nie przytula... To musi być straszne już się więcej nie obudzić!!! Ja nie chcęęę!!!

Ja chcę żyć! Mam dopiero rok, jestem grzeczna, kocham życie!!

Moja Pani na szczęście uważa inaczej niż ten niedobry pan i powiedziała mi na ucho, że członków rodziny się nie usypia i że zrobi wszystko, aby mnie uratować! Że jestem jej skarbem i nie pozwoli na to, żeby ten pan dał mi ten straszny zastrzyk.

Moja ukochana Pani zadzwoniła od razu do jakiejś „kliniki w Grudziądzu, gdzie pracuje lekarz cudotwórca” i weterynarz powiedział, że nie wie, jak to zrobi, ale rano ma być ze mną w Grudziądzu.

Moja Pani poprosiła swojego brata, aby nas tam zawiózł. Mój brat – pies Nanuuq - musiał iść do psiego hotelu i był tam chyba ponad miesiąc przez całą tą sytuację.

Całe życie przewróciło się do góry nogami przez ten mój jeden skok. Gdybym wiedziała, to bym nie skoczyła, ale nie potrafię sobie wyobrazić konsekwencji swojego zachowania, więc nie mogę się winić.

No więc, kontynuując, pojechaliśmy do Grudziądza.

Tam zmieniłam moje zdanie o panach i paniach w białych fartuchach. Byli dla mnie tacy dobrzy, ciepli, mili, bardzo ich polubiłam. Nie bałam się ich. Nie bałam się, że dadzą mi ten straszny zastrzyk. Pan doktor sprawdził czucie w moich tylnych łapkach – nie zareagowałam. Sprawdził w przednich – nie zareagowałam. Ja po prostu nie daje sygnału czy mnie boli czy nie. Bo ja cierpię w milczeniu. Tak już po prostu jest. Mój kuzyn Noah, który mieszka u siostry mojej Pańci też jest norweskim kotem leśnym i też nie daje znać, czy coś go boli, czy nie. Może tak już mamy? W związku z tym weterynarz powiedział, że nie wiadomo, czy mam czucie w tylnych łapkach, bo po prostu "nic nie mówię". Musieli sprawdzić, czy w ogóle jestem w stanie poddać się zabiegowi. Sprawdzali jeszcze raz narządy wewnętrzne, krew, robili tomografię (to wszystko opowiada mi Pańcia, bo dla mnie to za trudne słowa).

Na szczęście wyniki krwi i USG były dobre i można było mnie zoperować. Jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy, brzmiało groźnie.

Powiedzieli, że dadzą mi zastrzyk i usnę! Nieeee!!! Wystraszyłam się bardzo. Przecież ja chcę żyć!! Ale moja Pańcia powiedziała, że to inny zastrzyk i że znowu się obudzę i do niej wrócę. Uff. No dobra. Ufam mojej Pani bezgranicznie, więc się zgodziłam.

Po operacji powiedzieli mojej Pani, że część mojego prawego biodra została wbita głębiej w jamę brzuszną i uszkodziła lub naciągnęła nerw kulszowy, dlatego łapka jest bezwładna, nie mogę nią ruszać.

Do tego prawa tylna łapka jest zwichnięta i złamana. 

Nie mogłam też zrobić siusiu i kupki. Naciskali mnie więc na brzuszek, co nie było miłe, a na koniec wsadzili mi rurkę, co było jeszcze mniej przyjemne.

Zaplanowano 2 operacje. Pierwsza na prawą stronę, druga dwa dni później na lewą.

Pierwsza operacja była w środę 22.09.2021. Powiedzieli mi, że będę miała przykręcaną płytkę do kości, żeby je poskładać.

Po operacji weterynarz poinformował Pańcię, że trzeba było jeszcze wszczepić kawałek sztucznej kości, bo część mojej była tak roztrzaskana, że nie dało rady tego poskładać.

Potem miałam druga operacje na drugie biodro (drut stabilizujący jedno biodro z drugim) i okazało się, że jeszcze jedną operację będę miała, bo się dwie śruby wyłamały (z pierwszej operacji) - za bardzo połamane było to moje biodro.

Przez cały pobyt w klinice byłam sama, bez mojej Pańci. Bardzo za nią tęskniłam. Dlatego Pańcia zostawiła mi swoją bluzę… Mmmmmm jak cudownie!! Czuć jej zapach, zamknąć oczka i wyobrażać sobie, że Pańcia jest obok i mnie mizia i jest mi tak dobrze i błogo… Pomogło! Czułam się choć troszkę mniej samotna i przerażona. Pomimo tego, że lubiłam te wszystkie Panie i Panów, to byłam przerażona pobytem w klinice. Obce miejsce, zapachy, hałasy. Straszne przeżycie.

Po 3 operacjach moja Pańcia mogła w końcu po mnie przyjść i mnie zabrać do domku.

I tu dopiero zaczyna się ból, pot, łzy i walka.

Zaczęło mnie boleć.

Wróciliśmy do domku i od razu zaczęłam się czołgać do kuwety.

Chciałam zrobić siusiu i kupkę, ale bolało. Po 2 godziny siedziałam w kuwecie próbując przeć, Pańcia podtrzymywała mi dupkę przez te 2 godziny, żeby mi nie opadła, bo łapki nie pracowały przecież…

Przy którymś czołganiu zerwałam sobie opatrunek i wyrwałam jedną zszywkę zahaczając o koc. Bolało. Rozeszła mi się rana w tym miejscu. Sączyło się z niej i nie chciało się zrosnąć. Przez kilka dni smarowała mnie Pani różnymi preparatami, przepłukiwała rany i przestało się sączyć i można było założyć nowy szew. Antybiotyk też mi dali na to + kilka wizyt u weterynarza. Jeden wyrwany spinacz czy zszywka, czy jak to tam nazywają, a ile problemów…

Pańcia trzy razy dziennie zmieniała mi opatrunki i dezynfekowała. Rany, jak to bolało! Kuliłam się, trzęsłam, ale jak Pańcia była obok, to znosiłam to mężniej.

Moja Pani spała na podłodze tuż przy mojej klatce, bo jak czułam jej rękę przy sobie, to byłam spokojniejsza, mniej się bałam. Bo jak tylko poszła sobie gdzieś, na przykład na siusiu, to ja już próbowałam pójść za nią, aby być blisko. Problem w tym, że nie mogłam chodzić, aby nic sobie nie porozrywać i pozwolić moim łapkom się zrastać. No i żeby nie powyrywać sobie kolejnych zszywek…

Jak Pańcia jest przy mnie, to jestem w stanie dać z siebie więcej. Pozwalam lekarzom robić ze mną różne rzeczy. Trzęsę się i kulę ze strachu, ale wytrzymuję a później przytulam się do Pańci i zasypiam. Wszyscy mnie polubili. Puszczali mi nawet filmiki z ptaszkami dla kotów. Nawet nie wiedziałam, że takie filmiki istnieją 😊

10 dni po wypadku udało mi się zrobić po 1 kroku każdą łapką i upadłam. Ale to jest już chociaż 1 krok! To znaczy, że nerwy działają, ścięgna, mięśnie, kości… wszystko jest dobrze popodłączane!

Tylko ten ból… boli cały czas. Jak tylko ktoś mnie dotknie w tylną część ciała, to trzęsę się z bólu i strachu przed tym bólem. A Pani moja tak często musi mnie tam dotykać, żeby mnie pielęgnować!! Uff.

No cóż. Ona mnie nie dała uśpić, to ja pokażę, że mam wolę walki, w końcu imię zobowiązuje!

No i ten ogon. Powiedzieli, że jest złamany, oderwany od reszty kręgosłupa i nic z niego nie będzie. Moja Pani musiała bardzo uważać, żebym go nie podwijała ani nim nie ruszała. Moja Pani spała po 2 godziny w nocy, bo przez resztę czasu mnie pilnowała, poprawiała mi ten ogon, kontrolowała mnie. Powiedziała, że nie pozwoli, aby mi go ampulowati, amuptwoali… amputowali… rany, jakie trudne słowo!

Potrzebuję cały czas bardzo dużo czułości i towarzystwa. Przyciągam moimi łapkami rękę mojej Pańci i trzymam. Nie puszczam! Poluzowuję uścisk dopiero jak zaczyna mnie miziać, ale nie puszczam całkiem, żeby czasem nie zabrała.

Jak leżę, to zawsze muszę trzymać choćby jedną łapkę na nodze mojej Pańci, aby czuć się bezpiecznie. Pańcia musiała kupić cały stos podkładów higienicznych, bo nie czułam, jak robiłam siusiu i popuszczałam wszędzie. Do tego bandaże, plastry, gazy i tak dalej i tak dalej.

Pańcia zajmowała się mną 24 godziny na dobę. Śniadanie jadła czasem o 13 dopiero, bo od raniutka musiała mnie oporządzić, dać leki, smarować, zmieniać opatrunki, poprawiać mnie, jak leżałam, poprawić ogon, trzymać moją dupcię w kuwecie. W związku z tym w ogóle nie zostawało jej czasu na pracę.

No i ten ból.

Co tydzień chodziłyśmy do weterynarza na zmiany opatrunków i oględziny tej mojej złamanej i zwichniętej łapki, która bolała bardzo.

7 października udało mi się wyjść z klatki na 4 łapkach!

Oczywiście dupsko było za ciężkie, a nogi za słabe, więc plasłam dupskiem natychmiast po moim wyczynie, ale jaka ja byłam z siebie dumna!!

Co najmniej jak z upolowania i przyniesienia myszki do domu dla Pańci!

Tego samego dnia zaczęłam też w końcu robić sama kupkę, bez laktulozy czy oleju parafinowego ani bez lewatyw. Męczące to było bardzo dla wszystkich i dobrze, że już daję radę sama.

10 października miałam naprawdę zły dzień. Obsikałam się w legowisku, syczałam, burczałam, nie dałam się dotknąć. To chyba przez to, że tak bardzo mnie wtedy bolało! Ból ogarniał każdą komórkę mojego ciała, bolał mnie każdy ruch. Może to wyjście z klatki taki dało efekt? Kto wie? Kot wie? Nie, kot nie wie. Pańcia też nie wie. Ale pozwoliła mi leżeć i nikt mi nie przeszkadzał.

Pańcia bała się jednak, że mi się pogarsza i że coś niedobrego dzieje się ze mną, że nie uda nam się. Ja jednak się zawzięłam. Wymruczałam jej, że to tylko gorszy dzień, z większym bólem, ale że dam radę i to pokonamy. Pokazałam jej to oczkami, ale chyba nie zrozumiała, bo bardzo się martwiła. Moja ciocia – siostra mojej Pańci wiedziała, że to tylko zły dzień i że będzie dobrze i powiedziała to mojej Pańci, za co jestem jej bardzo wdzięczna. W ogóle jestem bardzo wdzięczna całej rodzinie mojej Pańci, bo podtrzymują ją na duchu, pomagają bardzo. Brat mojej Pańci jest po prostu wspaniały!

Wszyscy o mnie walczą, nie jak tamten zły pan doktor.

23. października odwiedziła mnie moja siostra. Mieszka u brata mojej ukochanej Pańci. Często się spotykałyśmy przed moim skokiem. No i tęskniłam za nią. Jak przyszła, to bardzo chciałam się z nią bawić, ale nie mogłam za bardzo, bo nogi nie pozwalały, więc pacnęłam ją łapką po głowie kilka razy. Stwierdziła, że chyba zapomniałam, jak należy się bawić i że ona w takim razie po prostu położy się niedaleko mnie i pobędzie ze mną na odległość większą od długości moich przednich łapek. Haha, ale dowcipne! Ja chcę się bawić, biegać, skakać, szaleć!! Tak jak kiedyś!!

It’s alive!!! Mój ogon żyje!! 24 października spróbowałam lekko poruszyć mięśniami ogona i udało się!!! Ale radość!!

25. października zrobiłam po raz pierwszy całkiem kontrolowane, samodzielne siusiu do kuwety. Zdjęli mi też jakiś szew i opatrunek z tej złamanej łapki.

Powolutku się wszystko goiło. Ale…

Bardzo chciałam sobie zrobić pedicure, ale chyba ciut za mocno sobie gryzłam te pazurki w tylnych łapkach, ponieważ okazało się, że wygryzłam sobie aż mi nerwy wyszły na wierzch, a niektóre wraz z nerwami wygryzłam, że nie miało się już co wysuwać. Bo ja nie czuję końcówek łapek w ogóle. No a o pazurki dbać trzeba, więc dbałam bardzo. Za bardzo. Nie chciałam źle! Tylko pedicure chciałam!

Więc Pańcia musiała mi zawijać te łapki i pilnować, żeby żadnego pedicure mi do głowy nie przyszło uczynić.

5. listopada udało mi się samej doczłapać do kuwety! Już nie czołgać, tylko doczłapać! Widzicie różnicę? Ja widzę ogromną!

15. listopada pojechaliśmy na wizytę kontrolną w Grudziądzu. Znowu kilka godzin podróży, bilety, czas. Wszystko się powoli zrasta, nic się nie przemieściło. Zalecona rehabilitacja, bo podwijam paluszki i niedowład jeszcze częściowy został i brak czucia głębokiego + przeprost i rotacja lewej łapki + zanik mięśni. Ale dużo tego!! A już myślałam, że jest dobrze…

Pan dobry doktor powiedział: "z łapkami jeszcze zobaczymy, jak będzie. Ja bym absolutnie ich jeszcze nie skreślał (chodzi o te części, które nie chcą ze mną współpracować i są nadal bez mocy).” Pańcia ma mnie dopajać na siłę, bo trochę odwodniona jestem. Nie chcę pić wody, nie odczuwam pragnienia takiego na wodę. Moja sprytna Pańcia wpadła więc na pomysł dawania mi rosołu. No to to zupełnie inna śpiewka!! Wsuwam tak, że aż mi się ogon i uszy trzęsą! Czasem dostaję też zupki lub galaretki. Mniam! Straciłam ponad 1kg, bo wazę teraz w szelkach 4,2kg. Mam co 2 tyg. chodzić przed moją Pańcią i pozować, ona ma nagrywać filmik i wysyłać lekarzowi, żeby widział, jak chodzę.

Mam też zacząć rehabilitację. Kolejne trudne słowo. Zobaczymy, co to jest. Lekarz powiedział, że ogólnie jest ze mną dobrze i nawet mnie przytulali, jak się dowiedzieli, że od razu po powrocie do domku z operacji „pognałam” do kuwety i że teraz już sama robię siusiu i kupkę.

Ale żeby za dobrze nie było, trzeba sobie zawsze coś pogorszyć…

Zaczęły mi się robić rany na wierzchniej części paluszków od tarcia o dywan przy próbie chodzenia. Po prostu zdzieram sobie skórę.

18 listopada zaczęłam tą obiecaną rehabilitację. Codziennie od poniedziałku do piątku (pole magnetyczne, prądy EMS + ćwiczenia i laser). Bardzo się stresuję przy tym laserze i aż się trzęsę ze strachu.

Pańcia kupiła mi jakieś megadrogie suplementy (chyba ponad 200zł kosztowały) na rekonwalescencję przy zaniku mięśni i niedowładach.

22. listopada Pańcia zamówiła mi ortezy (strasznie drogie to było – ponad 630 zł) na te moje tylne łapki. Nie wiedziałam, co to jest, a to się okazało, że to takie kocie buty na obcasach 😉 Tylko coś nie wyszło z lewą nogą, bo się za bardzo wykręca, rotuje, a ja nie daję rady wystarczająco tej łapki podnosić, aby to zniwelować.

Kombinujemy więc teraz z podciągiem. Wzięłyśmy do domu na próbę taki zaczepiany na jeden palec. Działa tylko przez kilka minut, bo potem przez tą rotację łapki wszystko się przekręca i znowu jest przeprost. Może to dlatego, że to było trochę za duże dla mnie, ale innego nie mieli. 08. grudnia Pańcia zamówiła więc mi inny podciąg, tym razem z bucikiem-jest sztywniejszy i nie powinno się tak łatwo przekręcać to wszystko (kolejne 150zl). Odbiór w przyszłym tyg. Mam nadzieję, że się sprawdzi, bo coraz bardziej przeprostowuje mi się ten staw skokowy.

W piątek 26.listopada na rehabilitacji już się zbuntowałam i nie chciałam więcej współpracować i nasikałam na kocyk podczas robienia pola magnetycznego. Od tego dnia nie robiłam kupy i posikiwałam w różnych miejscach po całym mieszkaniu. Miałam RTG zrobione w poniedziałek 29.11., ale nie było zatoru kału, tak jak wcześniej. Następnego dnia znowu do weta, bo zaczęłam sikać na różowo. Zrobiona morfologia + profil nerkowy, kroplówka na odwodnienie i "przepłukanie" nerek + antybiotyk + nospa. Morfologia ok i nerki też. Następnego dnia znowu kroplówka + nospa+ antybiotyk działający 2 tyg., a do domu przeciwzapalny lek. Podejrzenie zapalenia pęcherza spowodowanego prawdopodobnie stresem (możliwe, że od zabiegów rehabilitacyjnych). Do dziś jeszcze się to nie unormowało. Czyli, jak to mówią ludzie, jak nie urok to…

Rehabilitacja od drugiego tygodnia 3x w tyg. Teraz robimy już trzeci tydzień. Nie wiadomo, ile będzie jeszcze potrzeba wizyt.

Przez to chodzenie na podwiniętych paluszkach mam ranę ok.1x1,5cm. Aż dziurka mi się zrobiła w skórze i wycieka surowica ze środka. Na razie nic nie pomaga. Jak zawija mi to Pańcia, to jest mokre, jak odwija - to zdzieram bardziej przy chodzeniu. Kupiła Pańcia wczoraj specjalny opatrunek 3D, który się rozpuści na ranie w ciągu 1-3 tyg. Na to wysokochłonny opatrunek piankowy (zmieniany codziennie) i bandaż. Mam nadzieję, że pomoże.

No to na ten moment muszę już zakończyć moją opowieść. Tak to jest, że jedna sekunda i głupia decyzja prowadzi do zawalenia się czyjegoś całego świata i wszystko zmienia się jak za pstryknięciem pazurami. Moja Pańcia nie pachniała za bardzo pieniążkami a teraz, to już w ogóle jest w czarnej… kociej.

Nie chciałam narobić takiego bałaganu ani siebie skrzywdzić. Chciałam tylko zapolować na tego gołębia. Nie miałam świadomości, że potrafię zbić szybę w locie i że tak wysoko mieszkamy. A teraz tyle cierpienia i tyle wydatków. Pańcia już ledwo dyszy, więc bardzo proszę w jej imieniu o wsparcie. Wiem, że są ludzie dobrzy, jak ten mój pan doktor (ten dobry), który postanowił mnie ratować i wiem, że wśród Was też są dobrzy ludzie, którzy pomogą mojej Pańci trochę odsapnąć od stresu o mnie i powodowanego przez te wszystkie niespodziewane wydatki.

Do tej pory pożyczyła od dobrych ludzi już ponad 25 tysięcy, a to jeszcze nie koniec naszej drogi. A przecież trzeba to jeszcze mieć z czego oddać!

Tak więc bardzo dziękuję za uwagę i dotarcie aż do końca mojej opowieści i proszę – pomóżcie mojej Pańci i mi, abym znowu mogła skakać, biegać, szaleć i cieszyć się życiem.

Dziękuję!! ❤


Valkyria

(DIUNE Notabene*PL)


====================================================


I am Valkyria and I am the Norwegian Forest Cat. I love life. I love my Mommy. I live with her in Szczecin in an old tenement house. As soon as someone in my family comes home, I am already waiting for the pat and am chirping and purring to them saying how much I love them all. I have an unmatched hunting instinct ... and I decided to hunt one pigeon. It was standing on the windowsill. Let's go! It turned out that there was something else there, but it broke and it came out with me. The bird escaped and I fell. I was falling for a long time. There will be 3 floors in total. It really hurt me. I did not know what was happening because my Mommy was not there and she could not tell me what was going on. I heard, when I fall on my bump, that something cracked, but I don't know what because I'm just a kitten. All I know is that it hurt a lot and stopped after a while. I stopped feeling all my back, tail, paws. I was also shocked.

 

I was so scared… I didn't know what was going on, what actually happened. I just wanted to hunt a pigeon and now my paws won't listen to me!! Where is my Mommy?? I decided to go to her by myself, but my paws did not want to listen to me. I wanted to move them, but they were like not mine. However, I managed to crawl downstairs. Down the stairs because I fell onto the concrete stairs. I was supposed to go upstairs, because my Mommy was there, but even downstairs was good enough, just to find her.

 

She came!! My beloved Mommy! I tried to approach her, but my paws were just lying there and they wouldn't move at all. Maybe she will manage to make me feel my paws and tail again and I'll be able to run like I used to, climb, jump, enjoy life!!

 

My Mommy put me in a box, called it "a drawer from the lady from the store" and we went to the doctor. There they checked what was wrong inside me. My Mommy said it was an X-ray and an ultrasound. The organs were fine. X-ray showed numerous fractures of the hips, pelvis and bones in the sacro-caudal segment. Cat's way - my hind legs and tail have been torn off my spine. That's why I didn't feel them.

 

Doctors didn't care much about me, because they said that I was "only" a cat and I could wait a month or two for an operation, without bones being adjusted. One of the men in a white coat waved his hand and said: "there will be nothing any more from this cat." I guess it was about me. I got scared. What will they do to me now? I heard that they give an injection and you fall asleep, and no longer wake up, play, run, eat, pet, hug... It must be terrible not to wake up anymore!!! I don't want to!!!

 

I want to live! I'm only one year old, I'm good, I love life!!

 

Fortunately, my Mommy thinks differently than this evil gentleman and told me in my ear that you do not kill your family members and that she will do anything to save me! That I am her treasure and that she will not let this man give me this terrible injection.

 

My beloved Mommy immediately called some "clinic in Grudziądz, where the miracle doctor works," and the vet said that he did not know how she is gonna do it, but she has to be with me in Grudziądz next morning.

 

My Mommy asked her brother to take us there. My brother - the dog Nanuuq - had to go to the dog hotel, and he was there for about a month because of the whole situation.

 

My whole life has been turned upside down by my one jump. If I had known, I wouldn't have jumped, but I can't imagine the consequences of my behaviour, so I can't blame myself.

 

So, continuing, we went to Grudziądz.

 

There I changed my opinion about men and women in white coats. They were so good to me, warm, nice, I liked them very much. I was not afraid of them. I was not afraid that they would give me this terrible injection. The doctor checked the feeling in my hind legs - I didn't react. He checked in the front - I didn't react. I just don't signal whether I'm in pain or not. Because I am suffering in silence. It's just the way it is. My cousin Noah, who lives with my Mommy's sister, is also a Norwegian forest cat and he doesn't let you know if he is in pain or not. Maybe we are just like that? So the vet said I didn't know if I had a feeling in my hind legs because I just "don't say anything." They had to check if I was able to undergo the surgery at all. They checked the internal organs and blood again, they did a tomography (Mommy tells me everything, because it's too difficult for me).

 

Fortunately, the blood and ultrasound results were good and I could be operated on. I didn't know what that meant yet, it sounded scary.

 

They said they would give me an injection and I would fall asleep! Nooooo!!! I was very scared. But I want to live!! But my Mommy said it was a different injection and that I would wake up again and come back to her. Ufff. Alright. I trust my Mommy immensely, so I agreed.

 

After the operation, they told my Mommy that a part of my right hip had been pushed deeper into the abdominal cavity and damaged or stretched the sciatic nerve, therefore the leg was limp, I could not move it.

 

In addition, the right hind leg is dislocated and broken.

I also couldn't pee and poop. So they pressured on my tummy which was not nice and finally put a tube on me which was even less nice.

2 operations were scheduled. First for the right side, the second two days later for the left side.

The first operation was on Wednesday, September 22, 2021. They told me I would have a screwed bone plate to put them together.

After the operation, the vet informed Mommy that a piece of artificial bone still had to be implanted, because part of mine was so shattered that it was impossible to put it together.

Then I had a second operation on the other hip (wire stabilizing one hip with the other) and it turned out that I would have one more operation because two screws broke (from the first operation) - my hip was too broken.

Throughout my stay at the clinic, I was alone, without my Mommy. I missed her so much. That's why She left me her sweatshirt ... Mmmmmm how wonderful!! Feel her smell, close my eyes and imagine that my Mommy is next to me and I feel so good and blissful ... It helped! I felt a little less lonely and scared. Despite the fact that I liked all these ladies and gentlemen, I was terrified of staying in the clinic. A strange place, smells, noises. A terrible experience.

After 3 operations, my Mommy was finally able to come for me and take me home.

And that's where the pain, sweat, tears and struggle begin.

It started to hurt me.

We went back home and I immediately started crawling into the litter box.

I wanted to pee and poop, but it hurt. After 2 hours I was sitting in the litter box trying to push, Mommy was supporting my bump for these 2 hours so that it would not fall down, because my paws did not work ...

During some crawling, I tore off my dressing and tore out one of the staples by hooking it on the blanket. It hurt. A wound broke in this place. It was seeping out of it and didn't want to heal. For a few days Mommy smeared me with various preparations, rinsed the wounds and it stopped oozing and it was possible to put a new suture. They also gave me an antibiotic + a few visits to the vet. One torn wound clip or a staple, or whatever they call it, and how many problems ...

My Mommy changed my dressings and disinfected me three times a day. Man, how hurt! I was cringing, shaking, but when She was next to me, I endured it harder.

My Mommy slept on the floor right next to my cage, because when I felt her hand against me, I was calmer, I was less afraid. Because as soon as she went somewhere, for example to pee, I was already trying to follow her, to be close. The problem was, I couldn't walk so as not to tear anything and let my paws grow together. And so as not to tear more staples ...

When my Mommy is with me, I am able to give more of myself. I let doctors do all kinds of things with me. I shake and crawl with fear, but I hold out and then hug my Mommy and fall asleep. Everyone liked me. They even played videos of birds for cats. I didn't even know that such movies existed 😊

10 days after the accident, I managed to do 1 step with each paw and fell. But this is at least one step! It means that the nerves are working, tendons, muscles, bones… everything is well connected!

Only this pain… it hurts all the time. As soon as someone touches my back, I tremble with pain and fear of the pain. And my Mommy has to touch me so often to nurture me!! Uff.

Oh well. She did not let them kill me, I will show that I have the will to fight, in the end my name obliges!

And that tail. They said it was broken, detached from the rest of the spine, and it would not work again. My Mommy had to be very careful that I didn't tuck it or move it. My Mommy slept for 2 hours a night, because she looked after me for the rest of the time, corrected my tail, controlled me. She said she would not let me amputate it.

I need a lot of tenderness and companionship all the time. I pull my Mommy's hand with my paws and hold it. I'm not letting go! I only loosen my grip when she starts to pet me, but I don't let it go completely, so that she doesn't take it away.

When I lie down, I always have to keep at least one paw on my Mommy's leg to feel safe. Mommy had to buy a whole pile of hygienic pads because I didn't feel like I was peeing and i peed everywhere. Plus bandages, plasters, gauze and so on and so on.

Mommy took care of me 24 hours a day. Sometimes she ate breakfast first at 1pm, because from the very morning she had to clean me up, give me medications, put some lubricants on, change dressings, correct me when I lay down, correct my tail, keep my bottom in the litter box. As a result, she had no time to work at all.

And the pain.

Every week we went to the vet to change the dressings and inspect my broken and dislocated paw, which hurt a lot.

On October 7th, I managed to get out of the cage on 4 legs!

Obviously the bottom was too heavy and the legs were too weak, so I slapped my bump immediately after my performance, but how proud I was!!

At least like hunting and bringing a mouse home for my Mommy!

On the same day, I finally started making a poop by myself, with no lactose or paraffin oil, and no enemas. It was very tiring for everyone and it's good that I can do it by myself.

October 10th I was having a really bad day. I pissed in the lair, hissed, grunted, did not let myself be touched. I think it was because it hurt so much then! Pain engulfed every cell in my body, every movement ached. Maybe the exit from the cage had such an effect? Who knows? Does the cat know? No, the cat doesn't know. Mommy doesn't know either. But she let me lie down and no one disturbed me.

My Mommy was afraid, however, that I was getting worse and that something bad was happening to me, that we would not succeed. But I was stubborn. I murmured to her that it was only a worse day, with more pain, but that I would be able to do it and we would overcome it. I showed her with my eyes, but I don't think she understood because she was very worried. My aunt - my Mommy's sister knew that it was only a bad day and that it would be fine and she told my Mommy this, for which I am very grateful to her. In general, I am very grateful to the entire family of my Mommy, because they keep her uplifted and help her a lot. My Mommy's brother is simply wonderful!

Everybody's fighting for me, not like that bad mister doctor.

On October 23, my sister visited me. He lives with my beloved Mommy's brother. We met a lot before my jump. And I missed her. When she came, I really wanted to play with her, but I couldn't too much, because my legs wouldn't let me, so I smacked her head with my paw a few times. She stated that I must have forgotten how to play and that she would just lie down near me and be with me at a distance greater than the length of my front paws. Haha, really funny! I want to play, run, jump, go crazy!! Like it used to be!!

It’s alive!!! My tail is alive!! On October 24th, I tried to move my tail muscles a little and it worked!!! What a joy!!

On October 25th, for the first time I did a completely controlled, independent pee in the litter box. They also took some suture and bandage off that broken paw.

It was slowly healing. But…

I really wanted to make myself a pedicure, but I was biting those claws in my hind legs a bit too much, because it turned out that I bit my nerves until my nerves came out, and I chewed with my nerves that there was nothing to stick out. Because I don't feel the tips of my paws at all. Well, you have to take care of the claws, so I took great care. Too great, I guess... I didn't mean to be wrong! I just wanted a pedicure!

So my Mommy had to wrap my paws up and make sure that I did not think of any pedicure.

On November 5, I managed to get to the litter box by myself! Didn't crawl anymore, just tried to go! Can you see the difference? I can see huge!

On November 15, we went for a control visit in Grudziądz. Again, a few hours of travel, tickets, time. Everything is slowly growing together, nothing has moved. Rehabilitation is recommended, because I roll my fingers and there is still partial paresis and no deep feeling + hyperextension and rotation of the left paw + muscle atrophy. A lot, in my opinion!! And I already thought it was good ...

The good doctor said: "with the paws, we will see what it will be like, he would not give up on them at all (these are the parts that do not want to cooperate with me and are still without power)." My Mommy is supposed to push in me water, because I'm a little dehydrated. I don't want to drink water, I don't feel thirsty for water. My clever Mommy came up with the idea of ​​giving me broth. Well, that's a completely different thing! I drink so my tail and ears shake! Sometimes I also get soups or jelly. Yummy! I lost over 1 kg, because now I weight like 4.2 kg with harness. I have to walk in front of my Mommy every 2 weeks and pose, she is supposed to record a video and send it to the doctor to see me walk.

I am also going to start rehabilitation. Another difficult word. We'll see what it is. The doctor said that I was generally fine and they even hugged me when they found out that right after returning home from the operation I "rushed" to the litter box and that now I was peeing and pooping all by myself.

But in order not to be too good, you always have to make something worse ...

I started to get wounds on the top of my fingers from rubbing against the carpet when I tried to walk. I'm just skinning my skin.

On November 18, I started this promised rehabilitation. Daily from Monday to Friday (magnetic field, EMS currents + exercise and laser). I am very stressed with this laser and I am shaking with fear.

My Mommy bought me some mega-expensive supplements for convalescence in the case of muscle atrophy and paresis.

On November 22nd, my Mommy ordered me orthosis (it was terribly expensive) for my back feet. I did not know what it was, and it turned out that it was such cat shoes with heels 😉 Only something did not work out with the left leg, because it twists too much, it rotates, and I do not manage to raise this paw enough to compensate for it.

So we are now combining with the substring. We took home for a test one that is hooked on one claw. It only works for a few minutes, because then the rotation of the paw makes everything twist and there is hyperextension again. Maybe it's because it was a little too big for me, but they didn't have a smaller one. On December 8, my Mommy ordered me another brace, this time with a shoe - it is stiffer and you shouldn't twist it all so easily (another expensive one). Delivery next week. I hope it will work, because this ankle joint is growing more and more.

On Friday, November 26, I already rebelled and didn't want to cooperate anymore and pissed on the blanket while doing the magnetic field. From that day on, I didn't poo and peed in different places all over the apartment. I had an x-ray on Monday 29/11, but there was no fecal embolism like before. The next day, I went to vet again because I started to pee pink. Made morphology + kidney profile, drip for dehydration and kidney "rinsing" + antibiotic + drugs. Morphology ok and kidneys too. The next day, another drip + nasal spray + antibiotic that lasts 2 weeks, and an anti-inflammatory drug home. Suspicion of cystitis probably caused by stress (possibly from rehabilitation treatments). It has not normalized to this day.

Rehabilitation from the second week 3 times a week. Now we are doing the third week. It is not known how many more visits will be needed.

As a result of walking on curled toes, I have a wound of about 1 x 1.5 cm. Until I made a hole in my skin and the serum was oozing from inside. Nothing helps yet. When my Mommy wraps it for me, it is wet, when she unwinds - I tear it more when I walk. She bought a special 3D bandage yesterday, which will dissolve on the wound within 1-3 weeks. For this, a highly absorbent foam dressing (changed daily) and a bandage. Hope it helps.

Well, at this point I have to finish my story. So it is that one second and a stupid decision leads to the collapse of someone's whole world and everything changes like a snap of claws. My Mommy didn't smell too much of money, and now she's is in a deep...

I didn't want to make such a mess or hurt myself. I just wanted to hunt that pigeon. I was not aware that I can break a window in flight and that we live so high up. And now so much suffering and so much expenses. My Mommy is barely panting, so I am asking for support on her behalf. I know that there are good people, like my doctor (the good one) who decided to save me, and I know that there are also good people among you who will help my Mommy to get away from the stress for me and all these unexpected expenses.

So far, she has borrowed over 25,000 Polish zloty (over 6,124 dollars) from good people, and this is not the end of our road. And she still needs to have something to give this money back!

So thank you very much for your attention and reaching the end of my story, and please help my Mommy and me so that I can jump, run, go crazy and enjoy life again.

Thank you!! ❤


Valkyria

(DIUNE Notabene*PL)

Pierwsza na świecie karta do przyjmowania wpłat. Karta Wpłatnicza.
Pierwsza na świecie karta do przyjmowania wpłat. Karta Wpłatnicza.
Dowiedz się więcej

Wpłacający 17

KI
Katarzyna Iwańska-Krok
300 zł
M
Magda
34 zł
 
Dane ukryte
ukryta
JJ
Julia
5 zł
DI
Dominika i Paweł
50 zł
AA
Agnieszka Ala
ukryta
A
Anonim
100 zł
 
Dane ukryte
50 zł
A
Anna
100 zł
 
Dane ukryte
ukryta
Zobacz więcej

Nikt nie założył jeszcze skarbonki do tej zrzutki lub żadna z założonych skarbonek nie zebrała środków.

Komentarze

 
2500 znaków
Zrzutka - Brak zdjęć

Nikt jeszcze nie dodał komentarza, możesz być pierwszy!

Lokalizacja

Plac Zwycięstwa 70, 70-953

Szczecin, Poland

Zobacz na mapie
map pin

Nasi użytkownicy założyli

798 460 zrzutek

i zebrali

617 560 330 zł

A ty na co dziś zbierasz?