Rower szosowy - jedna z ostatnich szans na rozpoczęcie przygotowań ID: zw8txj

0 zł z 3 000 zł

0%

0 zł

z 3 000 zł

zakończona

31.08.2019r

0

wspierających
0%
Wpłać na zrzutkę

Opis zrzutki

To moja jedyna szansa aby pomóc najbliższej rodzinie. Z Waszą pomocą mam szansę to zrobić.

Toczę bitwę o której w żadnych książkach nie napiszą.

Cześć - bardzo mnie to cieszy że udało Ci się trafić na "moją zrzutkę". Nazywam się Radek, mam 19 lat i wywodzę się z niezbyt udanego domu. Nie każdy przyszedł na ten świat w miejscu które zapewni mu dobry start i nie każdy przyszedł by walczyć na tym świecie tylko o siebie. Ale wierzę że jako człowiek mamy możliwość wpłynięcia na swój los, podjęcia walki i pokazania że mimo wszystkich przeciwieństw jesteśmy w stanie osiągnąć szczyt. Czasem potrzebujemy do tego pomocy. Chciałbym zaprosić Cię do zapoznania się z moją historią, jeśli tylko masz chwilę.

O mnie

Pochodzę z okolic Dolnego Śląska, z racji ciężkiej sytuacji rodzinnej nie mogłem nigdy trenować pod okiem doświadczonego trenera lub przynajmniej skorzystać z profesjonalnych do tego środków. Jazda na rowerze jest ze mną od zawsze, to moja dyscyplina. Nie odnajduję w sobie żadnego innego powołania, jak bardzo bym nie próbował. Kolarstwo nauczyło mnie pokory i dało siłę w chwilach gdy naprawdę tego potrzebowałem. Za dziecka... rower mi służył tylko po to aby szybciej się przemieszczać, ze sklepu do sklepu, od kolegi do kolegi. Nic specjalnego. Wczesne dzieciństwo spędziłem razem z moją mamą u babci.

Był to dom w którym nie stroniono od alkoholu. Nie znoszę go, smakuje dobrze ale obiecałem sobie że nigdy nie wezmę go do ust. Boję się że mógłbym sobie z nim nie poradzić i twierdzę że jest przyczyną wielu niepowodzeń w naszej rodzinie. Dla jednego zabrzmi to śmiesznie - raczej dla tych którzy nie mieli okazji odczuć na własnej skórze, dla drugiego natomiast bardzo przykro - dla tych którzy jednak byli w domach w których alkohol znacząco wpływał na niektóre dni... mało pamiętam z dzieciństwa.

Nie miałem ojca, nigdy nigdzie nie wyjechałem, najbardziej w pamięci siedzą mi wszystkie awantury w gmachu rodzinnym. To że chodząc do zerówki przepraszałem zapłakany ciocię i wujka którzy mieszkali razem z nami jeszcze wtedy za zachowanie mojej matki, to że pies pobiegł za radiowozem gdy musiała interweniować policja.

Piętno

Dla ludzi... byłem potworem. Całe swoje przeżycia, presje, nerwy i obawy wyładowywałem na słabszych od siebie. Jestem osobą dość empatyczną, dobrze wiedziałem że czynię źle. Potrafiłem płakać z tego powodu po tym, jak coś zrobiłem. Nie dlatego że bałem się konsekwencji - tylko dlatego że sprawiłem komuś niepotrzebny smutek. Nie rozumiem tego, zawsze próbowałem ze swoją złośliwością walczyć a jednak dawało mi to chorą satysfakcję która po uświadomieniu sobie błędu przynosiła smutek. Czyniłem wiele zła za dzieciaka innym, w imię czego? Mieli ojców, udane domy, uśmiechy na twarzy, śmieszne dla nich żarty a ja głupią ambicję ukrycia problemów które trzymałem we własnym zaciszu przed samym sobą. Na to nie ma usprawiedliwienia.

Późniejsze klasy poniekąd wymusiły na mnie zmianę swojego zachowania - była to czwarta, góra piąta klasa. Chłopak 11 lat powinien już być świadomy tego co robi i na szczęście byłem. Odseperowałem się od ludzi (najgorsze co można chyba zrobić w takiej sytuacji) i trzymałem w sobie wszystkie emocje. Było naprawdę ciężko, pewnego dnia po prostu nie wytrzymałem napięcia w domu. Postanowiłem siąść na rower i pojechać przed siebie jak najdalej nie zważając na nic.

Nerwy, zobojętnienie, poczucie bycia niepotrzebnym i w swoim rodzaju pustka która zagościła wewnątrz mnie pozwoliły się nie obawiać niczego, ani odległości ani konsekwencji. Kompletna rezygnacja, nie interesowało mnie nawet czy coś sobie wtedy zrobię czy też nie. ... Pierwsze kilometry nie były niczym nadzwyczajnym, wręcz przeciwnie. Czułem się tylko gorzej i jeszcze bardziej chciałem dać upust emocjom, ale z biegiem dystansu zapominałem o wszystkich problemach które czekały na mnie w domu, o wszystkich strachach i obawach które determinowały moje beznadziejne samopoczucie.

Był letni wieczór, słońce jeszcze wysoko choć wyraźnie zachodziło. Doceniałem każdy impuls mojej podróży - obustronny las, ciszę, mijane wioski. Przejeżdżałem nawet w okolicy mojego bogatego znajomego któremu zawsze życzyłem niepowodzeń i czekałem na jego potknięcia. Wtedy to nie było ważne kim jest i jak ma, będąc na ramie czułem że w żadnym stopniu mnie to nie obchodzi. Przejechałem tamtego dnia około 70km bez przerwy, na moje szczęście okolica zataczała koło a gdy już się porządnie wymęczyłem, odwidzało mi się "nie zwracać uwagi na wszystko". To był moment w którym odnalazłem stymulację dla siebie. Zawsze gdy bywało gorzej wychodziłem na rower, z biegiem miesięcy potrafiłem jeździć zdecydowanie więcej i szybciej. Głupi komentarz w moją stronę spowodował że zacząłem ćwiczyć to w bardziej świadomy sposób. Nie pamiętam co mi wtedy znajomy powiedział, ale była to aprobata. Tak to do siebie wziąłem że po prostu chciałem jeszcze bardziej się w tym poprawić

Obrót spraw

W między czasie zmarła moja prababcia, daleka, ale zapisała porządny spadek dla każdego członka naszej rodziny. Reszta rodziny poprosiła moją mamę o zaczerpnięcie paru pożyczek, nie potrafię powiedzieć na co, to nieistotne. Obiecywali że spłacą to wszystko gdy tylko sprzedadzą ziemie które spisane były dla nich w spadku. Moja matka się zgodziła, nabrała trzy różne lichwy a gdy nadszedł moment spłat tylko wujek zwrócił należne pieniądze. Długi wzrosły do naprawdę ogromnych rozmiarów, zaś zakład w którym moja mama pracowała podupadł. Straciła pracę. Zostaliśmy kompletnie na lodzie. W testamencie otrzymaliśmy również mieszkanie jeśli chodzi o naszą część rodziny. W końcu mogliśmy pójść na swoje. Nie było to proste, beznadziejna sytuacja finansowa przekreślała poniekąd też podjęcie pracy w oparciu o oficjalne zatrudnienie. Część wypłaty po zajęciach komornicznych kompletnie nie wystarczyłaby na wyżycie - opłaty i podstawowe potrzeby. Dlatego moja matka zaczęła pracować na czarno, dorywczo wszędzie gdzie tylko może. I tak to wygląda po dzień dzisiejszy. Zaczynałem wtedy chodzić do gimnazjum, radziłem sobie naprawdę świetnie - dwukrotnie czerwony pasek, wyniki najlepsze spośród trzecich klas gimnazjum w mojej szkole. Miałem nadzieje pójść do liceum a potem na studia medyczne.

Nowy etap:

W jej życiu pojawił się mężczyzna. Dużo by o nim pisać, najważniejszym jest że nie stronił od alkoholu i owocem ich związku jest mój brat. Niejednokrotnie ten bałwan był przyczyną awantur w naszym domu. Nieraz musiałem go odciągać siłą od mojej matki by nie skończyło się na czymś więcej niż na naruszonych zębach. Straszny okres. Mieliśmy wtedy małego dzieciaczka pod dachem a ta dwójka nie potrafiła się zachować. Kilka razy nasyłał na nas policje, pamiętam jakby to było dziś - zamykałem wszystkie okna, gasiłem światła, wyciszałem regulatory na maksa aby tylko udać że nikogo nas nie ma i żeby moja mama nie miała żadnych przykrych konsekwencji swojego lekkomyślnego zachowania. (jego zresztą również) Cholernie bałem się że stracę braciszka albo że trafię do miejsca w którym nikt nie chciałby się znaleźć. To było bardzo trudne, mieć oczy wszędzie, zadbać o to by młodszy spał, upozorować nieobecność w przypadku kiedy mamy zabuzowaną babkę która bulwersuje się że światło jest w przedpokoju zgaszone albo disco polo za cicho gra.

Ale udało mi się przez to jakoś przeprawić, wyniki z egzaminów pozwalały mi dostać do jednych z lepszych liceów - a konkretnie trzeciego/drugiego pod względem wymagań w naszym mieście. Wybrałem coś mniej wymagającego i poszedłem do przeciętnego, ważne dla mnie było aby móc w dalszym ciągu intensywnie trenować. Podjąłem również pracę na weekendy - jeździłem po całym województwie i roznosiłem ulotki. Dało mi to możliwość odłożenia grosiwa na lepszy rower, bo od początku kariery dwa dobitnie zajechałem i potrzebowałem czegoś mocniejszego. Co tydzień odkładałem sobie połowę z tego co uzbierałem, drugą część dawałem matce.

"Drobny wypadek"

Na jednym z treningów zajechany góral nie wytrzymał obciążenia. Kierownica złamała się w pół a ja upadłem niefortunnie uderzając ścięgnem o podłoże. Przez trzy miesiące ledwo chodziłem za nim w końcu moja matka zabrała mnie do ortopedy. Ten stwierdził stan zapalny oraz naderwanie achillesa. Zaczęły się terapie, noszenie ortez, podawanie PRP, naświetlenia, chłodzenia... całe leczenie wyniosło nas 4000zł co było kwotą niewyobrażalną. Nasza sytuacja znacząco się pogorszyła w chwili gdy poszedłem do szkoły średniej - przez ten czas moja matka nie mogła znaleźć niczego na czarno, zalegaliśmy z mieszkaniem. W drugiej klasie liceum gdy tylko nadarzyła się okazja zrezygnowałem z nauki i poszedłem do pracy. Tak po prostu, wychodząc z domu na tramwaj do szkoły, zamiast do szkoły poszedłem do zakładu pracy w mojej okolicy. Mina księgowej była nieopisana, poprosiła mnie o dowód bo nie wierzyła że jestem pełnoletni. Niechętnie skierowała mnie na badania ale udało się, trafiłem tam.

Moja pierwsza praca:

Praca była fizyczna, a kierownictwu zależało na tym aby każdy pracownik posiadał określone uprawnienia. Ja jako typowy świeżak nic nie miałem a co za tym szło, musiałem wykonywać pracę innych a oni moją. To było zdecydowanie cięższe, zamiast operować maszyną czy wózkiem widłowym musiałem przenosić ciężkie przedmioty których waga niejednokrotnie przekraczała ustalone normy. Pierwszego dnia ręce tak mi napuchły a plecy tak zaczęły ciągnąć że nie byłem w stanie zgiąć palców ani pochylić się do przodu. Były dni gdzie potrafiłem przespać 13 godzin. - gdzie tu mowa o zaocznym uczeniu się czy trenowaniu. Musiałem tam zostać, nie mogłem zrezygnować, zagrałem wszystko na jedną kartę - nie po to zrezygnowałem z liceum by nie dostać tego stanowiska.

Zarabiałem tyle samo co każdy pracując trzy razy więcej - zawsze na koniec miesiąca czułem się oszukany dostając na konto 2400-2500zł. Bolało strasznie, psychicznie i fizycznie. Po wyrobieniu uprawnień sytuacja niewiele się poprawiła. Byłem tam po prostu osłem do robienia za kogoś. Bo przecież za wolno działasz maszyną, za wolną jeździsz wózkiem - a gdzie ja niby miałem nabrać w tym doświadczenia. Wytrzymałem tam rok a byłem traktowany jak najgorszy nieświadomy tego śmietnik który wręcz cieszy się z tego że pracuje za kogoś. Ludziska nauczyli się wykorzystywać mnie i uważali mnie za durnia który nie zdaje sobie z tego sprawy. Codziennie wstawałem z tą świadomością i na okrągło po pracy wyklinałem w duszy do przełożonych, że tak to nie będzie wyglądać.

Niemniej kupiłem wiele rzeczy do domu - grzałkę do wody, potrzebniejsze meble. To było fajne uczucie gdy mogłem zrobić matce prezent za ćwierć tego co zarobiłem - kupić perfumy o których zawsze marzyła. Nigdy nie powiedziałbym, że jest to pieniądz stracony mimo, że był to wydatek nieadekwatny do tego co zarobiłem. Byłem pewien że zwolnię się z tego miejsca i tak też zrobiłem, wykrzyczałem wszystko co myślę wychodząc z zakładu i poszedłem sobie na L4. Poza tym zakład miał być modyfikowany, nie wiedziałem nawet czy będę pracował bo z szacunku do pracownika przecież nikt tego nie powie, nie zależało mi już więcej na tym miejscu. Byłem zmęczony psychicznie i fizycznie a to co się dowiedziałem o sobie od innych to głowa mała.

Powrót na tor:

Skończyłem z pracą, liczyłem że znajdę coś podobnego i tym razem nie dam sobie nakichać w dmuchawę. Okazało się to być trudniejsze niż myślałem, poważnie ogranicza mnie tutaj papier - wykształcenie. W tym roku wracam do szkoły, jest to dla mnie istotne. Poszukiwałem przez pewien okres zatrudnienia które pozwoli mi rozwijać się poza godzinami - łatwy dojazd, luźna atmosfera, luźne obowiązki. Na poszukiwaniach póki co niestety stoję. Najważniejszym jest jednak mój powrót do treningów. Wróciłem mądrzejszy, bardziej skupiony i zaznajomiony. Z pełną profilaktyką i planem którym nie powstydziłby się profesjonalista.

Jestem wypalony tym życiem, zawsze starałem się być samodzielny i rozwiązywać wszystkie problemy na własną rękę, ale stoję nad rzeczami których sam nie przeskoczę. Potrzebuję pomocy, jest to mój ostatni strzał który mogę oddać. Później nie będę miał szans na odpowiednie przygotowania. Po prostu muszę zrobić co do mnie należy. Wiecie, nie liczę na wielki sukces, niewiadomo jaki pieniądz i sławę. Chce mi się po prostu wyć że mój młodszy braciszek nie może dostać zabawek które chciałby mieć, które mi pokazuje i objaśnia na swój dziecinny sposób z pełną precyzją i entuzjazmem. Nie miałem lepiej od niego, ale to nie znaczy że ma mieć tak samo. (logika mojej matki w kłótniach "ja lepiej nie miałam") Taki z niego wesołek. Boli mnie to że nie może wyjechać z moją mamą na żadne wakacje, gdzieś dalej niż do pobliskiego sklepu po słodycze. Boli mnie to że jest bardzo zamknięty w sobie, ma swój świat w komputerze i paru zabawkach. Chcę aby moja mama w końcu przestała się martwić, mogła pójść do kosmetyczki, do lekarza. Kupić sobie ubrania które jej się podobają. Liczę na to że w pewnym momencie będziemy mogli pojechać na rynek, spędzić czas razem, do centrum handlowego, na zakupy. Gdziekolwiek. Że nie będzie musiała martwić się o opłaty i zadłużenia. Doszło do mnie że czas nie ubłagalnie leci do przodu, mój brat ma tylko jedno dzieciństwo, moja matka ma tylko raz 43 lata... chcę aby ich życie było jak najlepsze. Łatwo to oceniać. Dalsza rodzina tylko komentuje - dlaczego nie pracujesz, dlaczego zrezygnowałeś ze szkoły [...] Słyszę plotki na swój temat, kompletne niuanse wynikające z pochopnej oceny i nieuzasadnionej opinii. Niejedna osoba moralizuje mnie, że jak Ty to sobie wyobrażasz [...] To strasznie ujmujące. Głównie mówi to wujek który zarabia po 15000 na miesiąc z własnej firmy, choć pracy nie ma lekkiej, ale którego zarobki pozwalają mu przynajmniej na kupno samochodu, realizację planów i tak dalej. Za to łatwo im wciskać pracę w moje ramiona w której spędzę 160 godzin w miesiącu w zamian za 1700zł. Rozumiem że wiele osób tak ma, natomiast sądzę że ze swoją predyspozycją i szansą, czas ten mogę zdecydowanie lepiej wykorzystać w znacznie wyższym celu gdy tylko dostanę taką możliwość.

Krótki wniosek...

Niczego sobie nie wybierałem. Dzisiaj każdy na mnie szczeka ale by mi pomóc, lub przynajmniej zachować się w porządku dwa lata temu, to nie było w pobliżu nikogo. Być może zrobiłem źle, popełniłem gdzieś błąd lub mogłem rozegrać wiele sytuacji inaczej. Ale nie zależy mi na ich opinii i słowach, gdzie był bogaty wujek gdy ja potrzebowałem 300zł na książki? Gdzie była ciotka z Irlandii gdy moja matka szukała każdej złotówki by opłacić mi lekarzy? Dlaczego ktokolwiek z nich i reszty ma dyktować mi co powinienem zrobić skoro żaden z nich nie żył w takiej sytuacji w której ja się znajduję i w której znajduje się moja rodzina? Ja nie potrzebuję niczego, wystarczy mi ścieżka i rower.

Od zawsze tylko tyle. Wiem że mam robotę do zrobienia. Proszę każdego chętnego o wsparcie mojej osoby. Każdy, nawet najmniejszy datek to nieopisany wyraz podziękowań z mojej strony... bo to coś więcej niż tylko kawałek celu, to również pokazanie mi że ktoś zauważył moją historię, zrozumiał ją i nie ocenił mnie w tak powierzchowny sposób w jaki robili to ludzie którzy uważają że mnie znają i cokolwiek o mnie wiedzą.

Nie mam w swoich życiu przyjaciół, własnych ambicji ani zachcianek. Mam jedynie cel. Chcę stworzyć lepszy dom dla mojej mamy i mojego brata. Pokazać ludziom którzy wcześniej na mnie patrzyli, jak bardzo się mylili i jak bardzo mało o mnie wiedzą. Nie będę już żadnym wielkim doktorem, prezesem ani nie zrobię tego czyniąc się w zwyczajnej pracy - próbowałem, ale z tej nie stać mnie było na nawet rower. Ale jeśli dacie mi szansę na stoczenie mojej walki, zrobię wszystko co w mojej mocy by osiągnąć w tym jak najwięcej. Nie wiem ile, nie liczę na wygrywanie największych imprez sportowych - samo wystąpienie w tego typu eventach oraz ukończenie ich będzie dla mnie moim własnym osiągnięciem. Ale kto wie?

Niezmiernie ciężko było mi napisać ten post, takie otwarcie się jest jednak na swój sposób wymagające, z drugiej strony bardzo oczyszcza i pomaga przypomnieć sobie swoją drogę. Jeśli chcesz ze mną porozmawiać odezwij się w komentarzu. To moja ostatnia szansa by zacząć przygotowania.

Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za czas

Wpłacający

nikt jeszcze nie wpłacił, możesz być pierwszy!

Nikt jeszcze nie wpłacił, możesz być pierwszy!

Wpłać

Komentarze

 
2500 znaków
Zrzutka - Brak zdjęć

Nikt jeszcze nie dodał komentarza, możesz być pierwszy!

Nasi użytkownicy założyli

439 940 zrzutek


A ty na co dziś zbierasz?