SZYBKIE PODRÓŻE zbierają na DOM OPIEKI WYRĘCZAJĄCEJ Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci ID: tcx37h

SZYBKIE PODRÓŻE zbierają na DOM OPIEKI WYRĘCZAJĄCEJ Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci ID: tcx37h

5 956 zł z 10 000 zł

59%

5 956 zł

5 956 zł

z 10 000 zł

zakończona

zakończona

12.07.2020r

107

107

wspierających
59%
Wpłać na zrzutkę

Aktualności 14

  • SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 12

    Dzienny dystans: 39,5 km (Total: 442 km )

    Czas marszu: 8,5 h (Total: 120 h)

    Morale: Zwycięskie!

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 3833 zł

    o7d3689cf31c42cd.jpeg

    Gdyby szlak był dłuższy zdecydowanie robiłbym zerówkę w Gospodarstwie Za Torami w Bachórzu. Wszystko funkiel nówka, jest zasięg i przemiła Pani Gospodarz. Nic, tylko się regenerować. Szlak ma jednak tyle km ile ma i dzisiaj miałem zamiar przejść te ostatnie. Budzik zadzwonił o ustawowej 4:15, ale stwierdziłem, że tego ostatniego dnia zacznę dzień od gorącej herbatki i pizzerki w ramach celebracji. Summa summarum wyruszyłem dopiero o 6:00, ale nie musiałem już robić przerwy śniadaniowej, także czasowo byłem na plus. Poranek był adekwatny do dzisiejszego dnia, czyli wyjątkowy. Przez okno na piętrze ostatni raz spojrzałem na morze mgieł spowijające Dynów i ruszyłem w przeciwnym kierunku. Z gospodarstwa wychodzi się bezpośrednio na zabytkową stację wąskotorówki ze starodawnymi pociągami, co wywołało u mnie szeroki uśmiech. Pełen entuzjazmu podreptałem mijając po chwili dawny dwór Krasickich. Tuż przed skrętem szlaku, który z resztą przegapiłem przez brak oznaczeń, jakiś samochód mnie otrąbił i pasażer wystawił kciuk w górę. Chyba jakiś tubylec jest tutaj z nami.

    Opuszczając Bachórz szlak prowadzi w jakieś dziwne bezdroże, oczywiście na nieoznaczonym skrzyżowaniu. Skręcając zgodnie z mapą usłyszałem za sobą "Niech Pan tam nie idzie!". Okazało się, że zmyło mostek kilkaset metrów dalej i nie ma przejścia. Miki gospodarze wiejscy mnie ostrzegli za wczasu. Polecili iść równoległą drogą. Poszedłem. I tam tam bardziej nie było mostka... Ale ustalałem kopczyk z kamieni na środku rzeczki i przeskoczyłem suchą stopą. Tzn, to za dużo powiedziane. Stopa od rana nie była sucha, bo zapomniałem wziąć mokrych butów wczoraj wieczorem do suszenia, w nocy przyszła rosa i dzień zacząłem od włożenia nogi do zimnego baseniku.

    Szybko wróciłem na szlak, który wiódł tylko trochę błotnistą, ale dobra drogą leśną i rozhulałem się do pełnej prędkości. Niestety nie mogłem utrzymać jej stałe, bo szlak tutaj robi jakieś dziwne manewry skręcając co jakiś czas w łąki i przeskakując z jednej drogi na równoległą. W Laskówce wyskoczyły na mnie 3 bardzo agresywne kundle. Kocham psy i mam do nich dobrá rękę, ale od razu wyczułem, że z tymi jest coś nie tak. Dawno nie widziałem takiej zajadłości i wrogości u zwierzęcia. Gdy jeszcze nie wszedłem na ich terytorium, szybko zrzuciłem z ramion plecak i przełożyłem gaz pieprzowy do kieszeni spodenek. Poszedłem w paszczę lwa. Psy o skoczyły mnie każdy z innej strony, co było wyjątkowo niebezpieczne, ale udało się je z powrotem zbić w gromadę przy pomocy zamarkowanych ciosów kijami trekkingowymi. Szedłem tyłem nie spuszczając ich z oka, a one wściekłe szczekając i dławiąc się agresywnym gardłowym warczeniem skracały dystans. Największy miał krótką aksamitną karmelową sierść i widziałem jak jego mięśnie grają całe napięte. Gdy były już około półtora metra ode mnie karmelek naprężył się do skoku i od ataku na mnie uratował mnie jego niezbyt rozgarnięty koleszka. Wszedł przed atakującego kolegę i tamten rzucił się na niego zamiast na mnie. Cała trójka zaczęła się wściekłe kotłować gryząc i warcząc, a ja pospiesznie opuściłem ich rewir, zanim ogarnęły, że gryzą się między sobą.

    Dalej szlak robi się bardzo bardzo dziwny. Bo prowadzi drogami asfaltowymi lub ubitymi suchymi szutrówami. Jak nie Szlak Karpacki. Szybko zacząłem połykać kilometry zapychając po prostych i pustych szosach wiejskich. Po drodze była dolinka, przez którą przeszła powódź. Wszystko zmiecione. Brak krzaków, runa leśnego, drzewa powykładane jak zapałki. Wszystko przykryte skorupą twardego szarego mułu. Miejsce skutecznie uczące pokory do żywiołu. Dalej bez niespodzianek dzisiaj. Proste drogi leśne, szuter i całą masą asfaltu. W rozmowie z moimi kochanymi Rodzicami utworzył się pomysł, aby lokalny przedstawiciel handlowy PPG Deco Polska (sponsor akcji charytatywnej i mój pracodawca) podwiózł mnie z Białej na autobus do Wrocławia o 18:30. Jeśli zdążę do powiedzmy 17:45 skończyć szlak. Napędzany nową motywacją podkręciłem licznik.

    Szlak leci w 80% asfaltem przez wioski w stronę Rzeszowa. Zadylałem jak głupi i sprawdziwszy w samo południe pozostały dystans odkryłem, że to tylko 14 km. Uznałem, że zasługuje na krótką przerwę z dosuszaniem butów. Cały czas były mokre, co nadwyrężało stopy. Szczególnie lewa dawała mi się we znaki. Gdy ściągnąłem buty i skarpety okazało się, że ubłocony plaster na małym palcu spowodował odcisk i otarcie serdecznego. Nie jest dobrze, ale dolecę tak do mety. Wyszuszyłem układ napędowy na nagrzanym ganku zamkniętego kościoła i poszedłem dalej kuśtykając lekko.

    Gdy byłem już tuż tuż, na kilka km przed metą i myślałem, że szlak mnie już niczym nie zaskoczy, ten mnie jak na złość zaskoczył. Z asfaltu, którym się ciągnął kilka km nagle skręcił w łąkę. Oczywiście oznaczenia albo nie było, albo przeoczyłem. Jestem w stanie uwierzyć w to pierwsze. Wracsjac na szlak postanowiłem iść skrótem. Był to skrót z tych, które wychodzą dłużej niż normalna trasa. Polna droga szybko zarosła jeżynami i znikneła w zachaszczonym lesie. Na azymut przebiłem się do szlaku, ostatni raz drapiąc nogi, oblepiające skarpety w rzekach i łapiąc kleszcze. Dalej już ostatnie podejście przez Łany Tyczańskie i strome zejście asfaltem do Białej. A tam, zupełnie niespodziewanie wyrósł przede mną słup z niebieską kropką. To już? Ale jak to?

    Przeżyłem przez te 12 dni tyle przygód, że czuję się jakbym podróżował 3 miesiące, nie pamiętam już zupełnie pierwszych dni przygniecionych swieższymi wspomnieniami. A jednocześnie czuję jakieś takie zaskoczenie, że przygoda tak szybko się zakończyła. Nie zrozumcie mnie źle, chciałem, żeby już się zakończyła, ale nie mniej nie byłem na to gotowy. Czułem skołowanie, wzruszenie, radość, ulgę, zaskoczenie właśnie i zmęczenie. Była godzina 15:35. Każdemu, kto czekał ze wsparciem zbiórki charytatywnej, aż przejdę mówię - to jest ten moment!

    10 min później nasz przedstawiciel handlowy Arkady po mnie przyjechał i zabrał do swojego domu na pyszne kiełbaski z grilla, do autobusu jeszcze kawał czasu. Poznałem całą szczęśliwą rodzinkę, która mnie nakarmiła i zabawiła. Dziękuję bardzo! I zobaczyłem na żywo dwie reprodukcje obrazów Beksińskiego, obiecałem sobie już dawno, że będę miał i swoją! Najedzony pod korek zostałem odstawiony na autobus i pisze tą relację w drodze do Domu, gdzie czeka wygodne łóżko, wyłączony budzik i tulenie do snu.

    Jak odeśpię i się ogarnę, czyli jutro albo po jutrze, wrzucę podsumowanie mojego marszu z wszystkimi fajnymi statystykami i konkretami oraz rozstrzygnięciem konkursu z przed mojego wyjścia. Zobaczymy, kto zgadł ile będę szedł.

    Jak każdy szlak długodystansowy i ten wpłynął bardzo mocno na moją psychikę. Mam masę przemyśleń, pomysłów, jak poprawić swoje życie. Niektóre rewolucyjne, niektóre to odkurzanie staroci. Zajmę się ich wdrażaniem. W podsumowaniu uchylę może rąbka tajemnicy. Resztę urlopu anuluje i wykorzystam na inną wyprawę po sezonie. Teraz muszę zaleczyć kontuzje.

    Jedyne, czego żałuję, to że kropka była nielizalna. Na wysokości 2,5 metra za płotem...

    Jeśli jeszcze nie wspierałeś naszej akcji charytatywnej, to rzuć może chociaż po groszu, za każdy kilometr mojego potu, czyli dej Pan pińć złoty. Będę miał motywację do dalszego działania. Link jest na dole posta.

    Jeśli chcesz, abym wyruszał w takie trasy częściej niż raz w roku, zostań moim Patronem, to nie będę musiał czekać na urlop: https://patronite.pl/szybkiepodroze

    Do usłyszenia, jak będę potrafił myśleć, teraz zasypiam na siedząco. Dziękuję bardzo, że ze mną byliście. Dzięki Waszemu wsparciu się nie poddałem w trudnych chwilach.

    I jeszcze jedno dodam

    Bo to ważna rzecz

    Chciałbym podziękować wszystkim

    Sprawiającym, że

    Moje życie jest namiastką cudownego snu

    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia na Instagramie @szybkiepodroze.

    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h

    Czytaj więcej
  • SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 11

    Dzienny dystans: 38,5 km (Total: 402,5 km )

    Czas marszu: 11 h (Total: 111,5 h)

    Morale: Prawie Niezłomne

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 3333 zł


    u7584dcbd1880ec4.jpeg

    Pobyt u Piotra i Pawła był bardzo miły. Jako, że moi Gospodarze są drwalami gadaliśmy sącząc kalorie w płynie o lesie i ogólnie o życiu. Zaprosili innych drwali i była klimatyczna imprezka. Przyjąłem 400 kcal w płynie i mnie zamiotło, także grzecznie się położyłem, aby szybko zasnąć. Nazajutrz wstałem wcześnie i bez zdziwienia stwierdziłem, że pada. Miało padać, więc chyba wszystko grało. Umyłem zęby, owinąłem plastrem palca bez skóry i jako, że padało dzień zacząłem od śniadania pod dachem. Wjechał banan i bułka z jabłkiem. Pożegnałem się z Drwalami i poszedłem w deszcz. Wędrowało się całkiem ok szutrową leśną drogą, a deszcz był na tyle słaby, że buty nie przemokły mi od razu. O co nie łatwo, bo przez dziury na zgięciach już widzę swoje skarpetki z obu stron.


    Szlak zgotował mi na dzień dobry niespodziankę. Na mapie miałem odbić z szutru w mokry las na 2 km, aby wrócić za chwilę na tą samą drogę, ale oznaczenia na żywo pokazywały, żeby cały czas iść szutrem. To szedłem, aż doszedłem do wioski Huta Brzuska. Tam trochę zabłądziłem, bo przegapiłem skręt szlaku, na który akurat zawaliło się drzewo. Po powrocie na trasę skończyło się rumakowanie, a zaczęło podejście po wielkiej gęstej łące. Od kolan w dół wszystko pływało. Ale to nic, od dwóch dni spodziewałem się dzisiaj zmoknąć i byłem na to gotowy psychicznie. Widoczki z trawiastych wzgórz dopisywały. Poniżej moknął i parował las pokrywający niższe pagórki. Było niby szaro i buro, a jednak pięknie i wcale nie depresyjnie.


    Zszedłem do Sufczyny, gdzie przysiadłem na przystanku coś zjeść. Było bardzo zimno, a ja byłem mokry, zużywałem energię w ekspresowym tempie. Przeszedłem przez wioskę, w której cały czas usuwano skutki powodzi. Drogi się pozapadały lub były całe zamulone, ludziom pozabierało ogrodzenia i zniszczyło płody rolne. Pod lasem zaczęły się problemy. Poszedłem za oznaczeniami - ślepa uliczka koniec gry. Sprawdziłem GPS, oznaczenia wskazywały odwrotną stronę niż tą, gdzie wiódł szlak. Wróciłem się i zacząłem przebijać przez mokre chaszcze i trzcinowiska, które powinny być szlakiem. Po około 40 minutach zagubienia wśród deszczu i gęstych krzaków wyszedłem na szeroką ubitą drogę leśną, której nie było na mapie. Chyba jakiś nowy twór. Mniej więcej biegła z kierunkiem szlaku, więc nią podążyłem ile mogłem. W międzyczasie minęła mnie na niej karetka. Marsz umilałem sobie rozmowa z osobą, której uściskania już nie mogę się doczekać i w końcu z ubitej drogi przeskoczyłem na nie ubitą. Pomimo błota szło się dobrze, mogłem utrzymywać długo normalne tempo marszowe. Z lasu droga wyskoczyła na ogromną płaską łąkę, długa na ponad kilometr, na której środku czekał na mnie młody koziołek sarny. Zanim cyknąłem fotkę uciekł, skacząc co trzeci sus nienaturalnie wysoko. W pewnym momencie szlak powinien skręcić z łąki w las i wtedy zaczął się koszmar...


    Powiedziałem, że szlak powinien skręcić. I skręcił. Ale tylko na mapie... W rzeczywistości żadna ścieżka, trakt, czy drogą leśną nie istniała. Oznaczeń również można było szukać daremnie. Ale stwierdziłem, że jak mam przejść ten szlak, to nie ma co obchodzić takich kawałków. Miało być dziko, to jest. Ależ byłem głupi! Las okazał się być totalnie zapomniany. Pilarza w nim nie było z 10 lat. Powalone drzewa próchniały położone dość gęsto i utrudniające wędrówkę. Drogi zamieniły się słoneczne aleje zarośnięte tarniną i jeżynami. Kolejny i rozjeżdżone skrzyżowania tworzyły głębokie sadzawki z rzęsą wodną i sitowiem. Nie istniała w tym lesie ani jedna ścieżka. Wszystkie drogi techniczne były zarośnięte do granic możliwości. I ktoś sobie przez to palcem po mapie wyznaczył szlak. Bo znakarza również tutaj nie było, nie tylko od 10 lat, ale raczej nigdy. Gubiłem się jak tylko chowałem telefon z GPS przed deszczem. Nie było żadnych punktów ułatwiających utrzymanie się na lini szlaku. Nie szedł wzdłuż wąwozu, tylko przecinał go pod dziwnym kątem, nie szedł "drogami", tylko w losowych miejscach na nie wskakiwał, żeby zeskoczyć po 30 metrach. Musiałem iść z telefonem w jednej ręce i kijem siepiącym jeżyny w drugiej. Świetlista dąbrowa to to nie była. Jeden z najbardziej zachwaszczonych i zajeżynowanych lasów, jakie widziałem. Wrzucam na insta zdjęcie krzaków, to lajtowy odcinek trasy, którą musiałem przejść na wprost podążając wzdłuż szlaku. W gorszych nie było czasu i ochoty na zdjęcia. Buty dawno potopiłem w ukrytych sadzawkach. Gęste chaszcze mokre od lejącego się z góry deszczu smagały mnie ze wszystkich stron. Często chodzę bezdrożami, ale to było najgorsze leśne doświadczenie w życiu. Wczorajsze przebijanie się przez jeżyny się chowa. 2 km szedłem ponad godzinę.


    Z drugiej strony lasu na wygodnej podjazdówce oznaczenie magicznie się pojawiło. Znakarzowi widocznie nie chciało się wejść dalej. Lokalne PTTK powinno się wstydzić takiego pracownika.


    Gdy już werbalnie posmarowałem się maścią na ból dupy, możemy przejść do dalszej części opowieści.


    W Piątkowej na schodkach do zakrystii pięknego kościoła siedziałem prawie godzinę doprowadzając swoją psychikę do stanu używalności. Plusem było to, że jak w zegarku, zgodnie z prognozą, o 13:00 przestało padać. Zjadłem prawie wszystko co miałem, żeby poprawić sobie humor ciepłem w brzuszku i nie mając wyboru poszedłem dalej zmarznięty, zmęczony i trochę przybity. Dała mi w kość świadomość, że ktoś tak ignorancko podchodzi do wytyczenia szlaku. Przecież ludzie mają chodzić tą trasą i czerpać z tego przyjemność! Drogie PTTK, jak coś robić, to porządnie, albo wcale! Dalej był już standard. Łąka, błoto, łąka, błoto, chlupanie w butach, ślizganie się na mokrej glinie. Ale przynajmniej była droga! Dało się iść, a nie stać w miejscu siekając jeżyny, żeby było gdzie postawić krok. O 14:00 przyszedł deszczyk, ale tylko na mnie zetknął jednym okiem i poszedł w swoją stronę. Chyba nie wyglądałem na dobrego towarzysza taki poirytowany. Humor poprawił mi telefon do bliskiej osoby, jak już przestało padać.


    Podczas rozmowy czułem, że coraz bardziej piecze mnie palec z zerwanym odciskiem. Zrobiłem przerwę, ściągam buta i skarpetę, a tam rana pełna błota. Przesiąknęło przez skarpetkę i zostało w zagłębieniu skóry. Nic dziwnego, że piekło. Przepłukałem filtrowaną wodą, zdezynfekowałem husteczką ze spirytusem i zawinąłem w czysty plaster. Mam nadzieję, że jakiś tężec się nie przypałętał.


    Pełen ulgi osiągnąłem Dynów, całkiem sporą miejscowość pod Rzeszowem. Gdzieś tutaj planowałem nocleg. Poszedłem jeszcze na zakupy do Delikutasów Groszek, po kolację i rację na ostatni dzień wędrówki. Przy kasie gruba wredna baba się na mnie wepchała i robiąc krok dla zachowania równowagi nadepnąłem na pas biodrowy plecaka. Statyw do kamery złamał się z trzaskiem. Dobrze, że jutro ostatni dzień, wiele ujęć nie stracę. Potem zawitałem do jedynego hotelu w mieście. Nie przyjmą mnie. Agroturystyka pod miastem. Nie przyjmie. Domki letniskowe, full komplet. Zrezygnowany zadzwoniłem do "Gospodarstwa Za Torami" położonego na trasie 3 km dalej. Przy meeeega klimatycznej stacji wąskotorówki Bachórz ze starymi pociągami. Miła Właścicielka powiedziała, że jasne, żebym wpadał. Wpadłem 40 min później zauroczony tym miejscem i Gospodarzami. Umyłem się w bardzo schludnej łazience w końcu nie robiąc prania pod prysznicem. Już nie muszę! Teraz herbatka i obrastanie w tłuszczyk przed jutrem, bo chcę ostro cisnąć. Bardzo dziękuję Gospodarstwu Za Torami! Moje stany zapalne potrzebują teraz higieny i w namiocie byłoby ciężko. Szczerze polecam to miejsce, jeśli ktoś będzie podążał moimi śladami.

    https://za-torami-gospodarstwo-agroturystyczne.business.site/


    Gdybym robił dłuższy szlak, to bym wziął na jutro zerówkę. Prawie zasnąłem ze zmęczenia na tamtych schodkach do zakrystii. Ten szlak jest znacznie bardziej wymagający niż GSB, czy GSS. Muszę odpocząć. Ale na szczęście do mety zostało mi 38 km. DO METY ZOSTAŁO 38 KM! Słyszycie jak to cudownie brzmi?! Może jeszcze jutro w nocy Wrocław, jeśli dobrze pójdzie mi trasa...


    Wybaczcie mniej kwieciste, a bardziej konkretne opisy. Nie mam siły myśleć.


    Dzisiaj i wczoraj miałem dużo samoczynnych przemyśleń na temat rozwoju mojego dalszego życia, ale na podzielenie się nimi jeszcze przyjdzie czas.


    Jem i śpię. Jutro na 4:15 budzik!


    To anioły kiedyś zaśpiewały mi tą pieśń

    Po to bym jeszcze mocniej mógł zacisnąć pięść

    Bym zapomniał czym, jest niepewność i strach

    I zrozumiał, że życie, to tylko głupi żart


    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia na Instagramie @szybkiepodroze.


    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h




    Czytaj więcej
  • SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 10

    Dzienny dystans: 36,5 km (Total: 364 km )

    Czas marszu: 9 h (Total: 100,5 h)

    Morale: Bojowe

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 3017 zł

    f32d77fbdb032b00.jpeg

    Pobyt w Agroturystyce Nad Wiarem był dla mnie stanowczo zbyt krótki. Zaczynam czuć zmęczenie i codzienne niedospanie. 5 h snu przy takich obciążeniach to stanowczo za mało. Ale mówi się trudno i wstaje o piątej. Maszerować zacząłem o 6:00 i dzień zapowiadał się bardzo przyjemnie. Podszedłem pod sklep w Huwnikach, bo kończy mi się jedzenie, ale był otwarty od 7:00. Zamiast jedzeniem zadowoliłem się rozgrzaniem kolan, bo lewe coś zaczęło boleć i poszedłem zdobywać wzgórze nad wioską. Cała ulica prowadząca do góry była obłożona workami z piaskiem. Podczas burzy musi zamieniać się w potok, który mieszkańcy starają się kontrolować na własną rękę.


    Szybko przeskoczyłem do Gruszowej po drugiej stronie górki i przy kapliczce zrobiłem sobie przerwę śniadaniową. Resztka mieszanki studenckiej, pierniki jedzone widelcem i resztka krówek mussli. Zostało mi półtorej czekolady i mała paczka kabanosów. Trzeba uzupełnić zapasy. Czym prędzej popędziłem dalej, ponieważ zapowiadają burzę na dzisiaj wieczór. Do Koniuszy szlak schodzi skoszoną łąką bez wydeptanej ścieżki i prowadzi w okolice malutkiej drewnianej cerkiewki. Niestety ktoś wszystko, łącznie ze szlakiem orzegrodził prywatnym płotem i nie mogłem się jej przyjrzeć z bliska. Obszedłem ogrodzenie przez teren pobliskiej budowy i poszedłem wdrapać się na następny pagórek. Tutaj szlak znowu wiedzie przez prywatny teren, ale mili właściciele mnie poinstruowali jak iść. Przez całe podejście, które było jedną wielką piękną łąką miałem towarzystwo. Gdy na szczycie odwróciłem się, żeby nagrać widoczek zobaczyłem, że pies z gospodarstwa na dole odprowadzał mnie całą drogę na szczyt. Porobiłem mu foteczki i po sesji pożegnaliśmy się.


    Droga granią była dosyć błotnista, ale nie było większego problemu z przejściem. W końcu wyszedłem na połączenie ze szlakiem czerwonym, który był szeroką, ubitą szutrową drogą. Wrzuciłem piąty bieg i bardzo szybko przywitałem tablicę mówiącą, abym Przemyślał swój marsz. Przemyśl ałem i poszedłem dalej szybkim krokiem. Przyczyną pośpiechu był ogromny rój zajadłych komarów, który dopadł mnie w wilgotnym lesie. Nigdy w życiu nie przeżyłem czegoś takiego. Zadumałem marszobiegiem, a i tak komary obsiadywały mnie po kilka. Zacząłem biec. Nie pomogło. Na łokciach i pod kolanami siadały po kilka i cięły bezlitośnie. Za jednym pacnięciem zabijałem po dwa, ale na ich miejsce przylatywały trzy następne. W końcu wyrwałem się z lasu w Prałkowcach, gdzie zrobiłem przerwę na odparowanie stóp i odetchnięcie od komarów i znowu zagłębiłem się w leże bestii. Dopadły mnie od razu po przekroczeniu linii lasu. Ponownie cięły i obsiadły mnie chmarą pomimo marszobiegu. Tak wkurzony i zdesperowany dotarłem do Dybawki Dolnej szukając sklepu ze środkami na komary. Nie było. W ogóle nie było sklepu. Wody w butelce też już nie było. Na szczęście przydybałem jeszcze w Dybawce tubylcę, który podarował mnie życiodajnym płynem. Napojony pognałem dalej. Tak, dalej spieszyłem się przez komary.


    Doleciałem do Krasiczyna około południa i tutaj zrobiłem sobie dłuższą przerwę. Od dwóch dni jadę na suchym prowincje, czyli w większości cukrze, także skorzystałem z otwartego baru i zamówiłem kotleta z frytkami. Zanim się usmażył zdążyłem wrócić z zakupów z jedzonkiem i szprajem na komary. Tylko 15% DEET, ale lepszych nie było. Zjadłem, zapytałem o pocztę i okazało się, że jest! Wypisałem ostatnie pocztówki i wysłałem wszystko razem z dwiema już niepotrzebnymi mapami. 200 g mniej w plecaku. Ruszyłem dalej podziwiając od tyłu piękny zamek, z bajkowymi wręcz blankami. Szlak wije się wzdłuż Sanu, ale fajnymi ścieżkami i bardzo szybko minąłem Śliwnicę. Tutaj trasa przypomina sobie, że jest najdzikszym szlakiem w Polsce. Pola pokrzyw i wielkolistnych bagiennych roślin ciągnące się wzdłuż Sanu sprawiają, że wędrówka jest mordęgą. Mimo wszystko dość sprawnie przebyłem się do wioski Olszany, gdzie szlak wywija cuda na kiju.


    Drogowskazy mówią skręcaj, skręciłem i zacząłem się przebijać błotnistą ścieżką zarośniętą pokrzywami. Mapa mówi, że szlak jest 100 m dalej, więc zacząłem tam iść przez jeszcze większe chaszcze, aż w końcu patrząc na gps na kropkę oznajmiającą, że jestem idealnie na szlaku, wylądowałem na środku bujnej łąki. Nie było żadnej ścieżki, więc torowałem z telefonem w ręce przez wysoką trawę. Muchy dobierały się do uszu i oczu, wkurzały spijając pot z czoła. Tak dotarłem do granicy lasu. Tutaj ścieżka istnieje tylko dlatego, że dziki zrobiły kilkusetmetrowe rykowisko ze starej drogi nie pozwalając jej zarosnąć. Doczłapałem przez krzaki na szczyt i czekało mnie już tylko zejście do Krzeczkowej. Ha! Tylko zejście z pagórka do wioski widocznej na dole. Łatwiej przeczytać, niż zrobić. Ścieżki nie było. Wszystko zarośnięte. Muchy natarczywie dobierają się do prawie każdego otworu ciała. W końcu wylądowałem w jarze wypełnionym plątaniną jeżyn grubych jak mój kciuk i pokrzyw wyższych ode mnie. Rąbałem na ślepo kijami trekkingowymi, żeby w ogóle zrobić jakąkolwiek możliwość bolesnego przejścia. Z nogami i ramionami poobdzieranymi do krwi dotarłem do Krzeczkowej, usiadłem w wiacie przy świetlicy wiejskiej i ściągnąłem z góry plecaka gałązkę pokrzyw, która się w niego zaplątała. Siedziałem i patrzyłem w ziemię 40 min. dochodząc do siebie. Poszedłem do Sołtysa, aby umożliwił mi nocleg w świetlicy, bo idzie koszmarna burza. Ma padać do jutra do 13:00. Po noclegu w terenie, nawet pod wiatą, będę miał wszystko wilgotne. Sołtys powiedział, że żeby otworzyć świetlicę musi mieć zgodę z gminy i nie ma opcji. Ale mogę spać pod wiatą, a umyć się w rzece. Nie mam nic przeciwko temu drugiemu, ale napotkani mieszkańcy mi to szczerze odradzili. Podobno nie wszyscy w wiosce mają zamknięte szamba. Wracam pod świetlicę, a tu drzwi otwarte! Koszą trawę. Niestety nie było opcji, żeby po sobie nie zamknęli drzwi na klucz.


    Ponieważ z moim morale było słabo, stwierdziłem, że popytam po ludziach, czy mnie ktoś nie przyjmie. I tak siedzę sobie w pięknie wykończonym ogromnym domu, pisząc relację i pijąc herbatkę po kąpieli. Przyjęli mnie dwaj bracia, Piotr i Paweł, mówiąc, że jeśli jestem dobrym człowiekiem, mogę zostać. Zostałem. Bardzo im dziękuję za ratunek, bo jest ciężko. Po kąpieli ściągnąłem opatrunek z małego palca u stopy (wczoraj na zejściu z Kalwarii zrobiłem sobie pierwszy odcisk) i mogłem tego nie robić. Plaster zszedł ze skórą i mam ładná ciapkę czerwonego mięsa odsłoniętą. Jutro rano zakleję jak podeschnie i oby do Rzeszowa wytrzymało.


    Pomyliłem się wczoraj przy wyznaczaniu dystansu do mety i okazuje się, że teraz zostało mi 74 km. Jeśli teren pozwoli to obrócę w dwa dni, ale cykam się, że ta część gór jest zarośnięta jak stary żul. Ale co by nie mówić, widoki są bajeczne. Co drugi stok to gigantyczna łąka, lasów jest mniejszość. Trochę jak jakaś Toskania. Każda góra jest punktem widokowym z którejś strony.


    Dzisiaj nie spotkałem ani jednego turysty.


    Dziękuję bardzo za wszystkie wpłaty na naszą zrzutkę!


    Lecz ludzi dobrej woli jest więcej

    i mocno wierzę w to

    że ten świat

    nie zginie nigdy dzięki nim.


    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia będzie na Instagramie @szybkiepodroze jeśli złapię dobry zasięg.


    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h

    Czytaj więcej
  • Czytaj więcej
  • SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 9

    Dzienny dystans: 43,5 km (Total: 327,5 km )

    Czas marszu: 11 h (Total: 91,5 h)

    Morale: Wkurzone

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 2360 zł

    bcedec3f10ee702d.jpeg

    Noc u sióstr w Caritasie minęła szybko, zbyt szybko. Pospał bym sobie dłużej niż do 4:45, ale trzeba było ruszać na szlak. Zwinąłem barłóg i o umówionej godzinie Siostra Anna przyszła mnie wypuścić. Przyszła z talerzem kanapek na bogato i herbatą. Zostałem szybko wsunąć tak cudowne śniadanie, a w tym czasie moja Gospodyni zniknęła, by za chwilę pojawić się z wielką kanapą na drogę, chyba z 300 g wałówy. Zanim skończyłem śniadanie Siostra zastosowała taktykę "Do trzech razy sztuka" i pojawiła się z domowym waflem przekładanym nutellą, żebym miał coś słodkiego na rozruch. Złota Kobieta! Za całe okazane dobro bardzo dziękuję. Ostatni raz spojrzałem na cytat zawieszony na drzwiach świetlicy i wyszedłem. Tak się składa, że mają tu moje motto życiowe, które stosuję od kilku lat z wielkim powodzeniem.


    Uprzejmość jest cennym kluczem,

    który otwiera wszystkie drzwi.


    Poranek był mglisty, ale słońce próbowało z umiarkowanym powodzeniem przeniknąć przez mgłę. To znaczyło, że nie ma nad nami chmur, a tylko jestem w morzu mgieł. Czym prędzej wyszedłem na Kamienną Lawortę płosząc po drodze stado jeleni pasących się w zroszonej trawie pod ogrodami działkowymi. Przy wyciągu otworzyło mi się po prawej ręce cudowne morze mgieł, w którym przed chwilą byłem i nie mogłem się powstrzymać przed nadwyrężeniem migawki w telefonie z tego powodu. Była tam również tablica z niepokojącym tekstem o drzewoterapii. Cytując: "Kiedy już wiesz, które drzewo jest dla Ciebie najlepsze, nawiąż z nim kontakt. Obejdź je dookoła i wyczuj, z której strony najlepiej się do niego zbliżyć - odszukaj "drzwi"". Jak dla mnie to brzmi jak zdanie z pamiętnika dendrofila. Na zejściu miałem gruntowne mycie podwozia w wysokiej trawie ociekającej od rosy i buty szybo zaczęły pływać.


    W Dźwiniaczu Dolnym popatrzyłem jak ludzie ze stadniny objeżdżają konie po okolicznych górach i wyciągnąłem skarpety. Nie wiem jaki był sens tego ostatniego, ponieważ tuż za wsią znowu nabrały wody po brzegi i chlupiąc zacząłem schodzić do kotliny Leszczowatych. Po drodze spłoszyłem dwa kruki pałaszujące małe dzikie czereśnie. Odleciały kracząc na mnie głośno z dezaprobatą. Na dole ponowne odsączania skarpet i dosuszanie prania, które przez krótką noc nie zdążyło wyschnąć. Słoneczko już dawało po garach, bo była 9:00, także ubrania szybko wylądowały w plecaku. Na gumkach do troczenia wisiały już tylko skarpety, te potrzebowały jeszcze sobie chwilę dojść. Na podejściu na grzbiet Chwaniów uważałem już bardzo, żeby ponownie nie moczyć butów. Z umiarkowanym rezultatem się to udawało i doszedłem do rezerwatu przyrody o tej samej nazwie. Ścieżka przez rezerwat była pełna jeżyn, pokrzyw i błota, ale bardzo ciekawa. Las wyglądał na stary i spracowany.


    Schodząc z rezerwatu postawiłem nogę na czymś co wyglądało jak wyschnięta łacha piachu i zapadłem się w błoto poniżej. Niestety drugi but poszedł w ślady za pierwszym w desperackim wierzgnięciu ratunkowym i ponownie w obu mi chlupało. Postanowiłem wysuszyć je na fantastycznie ozdobionym przystanku w Jureczkowej, gdzie spędziłem dłuższą chwilę. Klepiąc relację chciałem coś sprawdzić i okazało się, że mój kochany nowy telefon usunął mi zdjęcia z kilku albumów. Foldery były, ale puste. Foldery z bardzo ważnymi zdjęciami i filmami, na które pracowałem latami. Część miałem na kopii zapasowej, część nie. Poczytałem w internecie i okazało się, że Xiaomi zdarza się czasem usunąć trochę plików bez możliwości odzyskania. Na kopię zapasową w chmurze mi ich nie wysłało. Wpadłem w szał. Przez błąd oprogramowania straciłem całą masę pracy, wspomnień, ważnych plików. Momentalnie wszystkiego mi się odechciało. Ja chcę już do domu naprawiać błędy oprogramowania i zajmować się swoimi sprawami. Wstałem i poszedłem dalej wściekły. Plusem sytuacji był fakt, że buty dostały dodatkowe pół godziny na słońcu i wyschły na wiór. Od momentu całkowitego zalania wodą do suchości łącznie w 2h... Już wiecie dlaczego nie noszę butów z membraną.


    Wychodząc ponad Jureczkową spotkałem się z wędrowcem Michałem,który też idzie Szlak Karpacki, tylko w przeciwną stronę. Wyruszył 4 dni temu. Pogawędziliśmy dość sporo, wylałem na niego ból dupy z powodu telefonu, obgadaliśmy kwestie przebiegu szlaku, zaopatrzenia. Dostałem kawał suszonego własnoręcznie mięsa! Michał, nie obraź się, ale degustację zrobię już po szlaku, boję się jak zareaguje mój żołądek. Foteczka z Michałem na insta. Rozmowa z fajnym górołazem mi trochę pomogła psychicznie, co jeszcze poprawiłem przez telefon z zaufaną osobą. A wracając do szlaku...


    Od Jureczkowej jest zaskakujący - przez kilka godzin zero błota i krzaków! Nawet jeżyn nie ma! Tylko asfalt w lesie i twardy suchy szuter. Tego jeszcze nie grali. Za radą Michała przefiltrowałem sobie wodę w jedynym możliwym miejscu (strasznie tu sucho) rozpędziłem się do prędkości przelotowej, którą udało się długo utrzymywać. Przed Paportnem usiadłem na poboczu szutrowej drogi coś zjeść. Padło na pierniczki, tylko całe się rozpływały w tym ukropie. Więc pierwszy raz w życiu zjadłem pierniczki widelcem. Podczas wieczerzy odwiedziła mnie straż graniczna z Huwnik. Wylegitymowałem się, pogadaliśmy. Dałem im wlepkę Szybkich Podróży, oni mi swoją wizytówkę, żebym dzwonił jak nie znajdę noclegu w Huwnikach. Bardzo fajni ludzie. Uprzejmość otwiera na prawdę wiele drzwi.


    Dalej monotonnie, szerokie leśne drogi. Ubite i bez błota. Jedynym urozmaiceniem było (W końcu!) spotkanie żmii zygzakowatej na tym szlaku. Tegoroczne maleństwo wygrzewała się na drodze. Miała że 25 cm i średnicę nie większą niż palec. Niestety zatrzymując się kopnąłem kamień w jej stronę i zanim uwieczniłem dla potomnych - uciekła w trawę. Ale zygzak był wyraźny. Kalwarię Pacławską dorwałem około 19:00. Kupiłem parę krówek i brakujące pocztówki i pognałem na dół do Huwnik szukać noclegu. Agroturystyka polecona przez Graniczników była zamknięta, ale był numer. To dzwonię. I wtedy się stało...


    Od 4 dni jak miecz Pański wisiał nade mną zasięg ukraiński, którego unikałem jak mogłem. Chodziłem z trybem samolotowym. Włączając sieć zawsze sprawdzałem z jaką jestem połączony. Tym razem też sprawdziłem. Była Polska. Obczaiłem mapę, zadzwoniłem do Agroturystyki i bah! Jak śmierdzącą rybą w ryj przychodzi SMS "Korzystasz z zagranicznego internetu. Aby nie narażać Cię na wysokie opłaty ustawiliśmy limit w wysokości 266 zł." Myślicie, że za 266 zł jest dużo danych na Ukrainie? To w końcu w Polsce abonament na internet bez limitu po kablu na całe pół roku.


    7 MB. 266 zł kosztuje siedem MEGA B. Tyle waży jedno zdjęcie. Ciekawe ile kosztowało mnie sprawdzenie mapy i otrzymanie kilku wiadomości na Messengerze... Ponad stówka pewnie poszła. Telefon sam zmienił sieć w ciągu 2 minut od sprawdzenia, że mam Polską. Najgorsze jest to, że cały czas się udawało unikać takich sytuacji i jutro już będę się oddalał od granicy. Widocznie się zczaił i wykorzystał ostatnią możliwą okazję.


    Osłodą dnia było bardzo gorące przyjęcie mnie w Agroturystyce "Nad Wiarem" w Huwniku. Jest czyściutko, Właścicielka niesamowicie miła, aż mi głupio, szalenie przyjemne miejsce na nocleg w okolicy. Pani zabroniła odpracowywać noclegu, więc odwdzięczę się chociaż reklamą https://noclegi-nad-wiarem.business.site/


    Do mety zostało 100 km. Daję sobie maksymalnie 3 dni. Co jak co, ale po dzisiaj mam wszystkiego dość. Ale to nie wina szlaku, dzisiaj był najbardziej lajtowy ze wszystkich dni. To wina "cywilizacji", którą noszę w kieszeni...


    Bo im tylko o to chodzi,

    abyś sam sobie szkodził

    Abyś sam nie mógł myśleć,

    abyś sam nie mógł chodzić.


    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia będzie na Instagramie @szybkiepodroze, jak się wykąpię.


    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h



    Czytaj więcej
  • SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 8

    Dzienny dystans: 44,5 km (Total: 284 km )

    Czas marszu: 12 h (Total: 80,5 h)

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 2335 zł

    Morale: Całkiem całkiem

    y90cdafefe47dddd.jpeg

    Sen w pensjonacie U Lestka przyniósł upragnioną regenerację. Palec dalej jest krwawy i siny, ale nie boli już przy każdym ruchu tak jak wczoraj. Buty prawie wyschły, także nie było źle. Powydłubywałem też kamyczki powbijane we wkładki, co znacząco poprawiło komfort marszu. Ruszyłem o 6:00. Pogoda była średnia, mżyło, było zimno, czasami mżawka przechodziła w lekki deszczyk. Wszystko było zamglone, ociekające od wody. Po asfalcie w Dwerniku tym razem oprócz ślimaków śmigały czarne duże czarne (chyba) traszki. Miła odmiana w stosunku do pijawek. Już na samym starcie zabłądziłem skręcając źle na krzyżówce i zupełnie niepotrzebnie zrobiłem sobie spacerek wzdłuż Sanu. Po powrocie na szlak zacząłem mozolnie wspinać się na Otryt. Z mały wynika, że ostatnią relatywnie wysoką górę na trasie. Dalej już tylko niziołki i pogórza.


    Podejście było błotniste, mokre, ślizgałem się na rozmiękczone nocnymi deszczami glinie i obrastałem w brązową panierkę. Mimo wszystko był niesamowity klimat. Wszedłem w nisko wiszące chmury, las zrobił się mroczny i tajemniczy. Z gęstego opary wyłaniały się kolejne drzewa, a wszędzie dookoła było słychać stłumione pacnięcia kropel spływających z liści. Chatę Socjologa osiągnąłem szybko i sprawnie, robiąc sobie pod wiatą przystanek na śniadanie. Pod wiatą były fotele w stylu "wczesny gierek", lampa naftowa i kawałki manekina w postaci dłoni i stopy wykopanej w ziemię. Mam nadzieję, że manekina. Bardzo osobliwe miejsce... Gdy zacząłem marznąć zerwałem się do dalszej wędrówki. Okolice Chatki są dosyć mocno zagospodarowane. Z mgły wyłaniały się huśtawki, siekiery powbijane w żywe drzewa i worek bokserski wiszący na konarze... Niestety klimat psuł okropny fetor roznoszący się z pobliskiego wychodka.


    Wędrówka granią Otrytu była bardzo przyjemna. Mgła, zimny wiatr, wilgoć rosząca wszystko i straszne błoto były niczym wobec głupawki, która mnie ogarnęła. Żwawo kicałem przez kałuże śpiewając "Jak słodko zostać świrem" z szerokim uśmiechem na ustach. Przed zejściem do Polany szlak odbija od przebiegu robiąc 2 km odejście z powodu prac leśnych. Niestety nowa trasa jest cała zarośniętą i podmokła, także bardzo szybko w butach zaczęło chlupać. Na Przełęczy pod Hulskiem spotkałem Panów wypalających węgiel drzewny. To dopiero hardkory. Wyciągnąłem skarpety, żeby aż tak nie chlupało i pocisnałem do Polany.


    Mam zaznaczone na mapie, że jest tam poczta, więc myślałem, że wyślę pocztówki, ale niestety poczty od kilku lat nie ma. Jest za to sklep. Obkupiłem się w drożdżówki w kształcie serc i usiadłem pod remizą pałaszując łakocie i susząc buty i skarpety. Słoneczko jak na zawołanie przygrzało i 40 min później już ją grzałek dalej szlakiem. Trasa zahacza o odnogę Jeziora Solińskiego, gdzie niespodziewanie zaatakowały mnie tysiące wściekłych komarów. Ustrzymywałem tempo rzędu 4,5-5 km/h, czyli bardzo szybki marsz, a te skubańce i tak mnie obsiadywały po kilka i cięły bezlitośnie. Tego jeszcze nie było. Ponieważ zatrzymanie się równałoby się ze zjedzeniem żywcem, ładne tempo udało się utrzymać przez większość podejścia na Łabiska. Po drodze spotkałem kolesia z siekierą, który szedł odwiedzić ojca w sąsiedniej wsi. Dopiero teraz widzę jak niepokojąco to brzmi. Mówił, że normalnie chodzi przez las, ale dostał info, że w lesie w którym byliśmy zaobserwowano dzisiaj kilka niedźwiedzi i lepiej nie schodzić ze szlaku. Faktycznie widziałem trochę śladów na przestrzeni kilku km. Samego misia niestety nie. Pod Labiskami droga była niesamowicie rozrosną zrywką drzewa, błoto było rozmoczone i miejscami miało około pół metra głębokości. Starałem się wyszukiwać jak najbardziej spieczone przez słońce miejsca, ale kilka razy błotną skorupka nie wytrzymała i utopiłem buty w lepiej mazi. W Teleśnicy Owszarowej usiadłem na drugie śniadanie na pięknym ganku przy sklepie i po poklepaniu relacji przy bananie i lodziku ruszyłem na drugą stronę grani Żukowa. Zasłyszałem przy okazji, jak Pan kupujący flaszkę użył w jednym zdaniu dwa razy sformułowania "psia jucha". Całkiem oryginalny zamiennik na popularny wulgaryzm przecinkowy.


    Szlak przez przełęcz był dosyć zarośnięty, ale to i lepiej. Przynajmniej umyłem trochę buty ze skorupy błota, jaką zdążyły obrosnąć. Na zejściu do Równi wielka zgraja motokrossowców przepędziła mnie ze szlaku. Musiałem uskoczyć, aby nie zostać staranowany, bo podjeżdżali pod górę na pełnej prędkości, żeby nie tracić rozpędu. Przejechało ich około 8, demolując kompletnie szlak i obrzucając wszystko błotem spod boksujących kół. Nie mam nic do motocykli, sam jestem szczęśliwym posiadaczem, ale jazda po szlakach pieszych to skrajna ignorancja. Nie pochwalam. W Równi posiedziałem chwilę na placu zabaw kończąc paczkę ciastek i zacząłem ostatnie podejście na Gromadzyń dzielący mnie od Ustrzyk Dolnych. Na wejściu spotkałem małego podlotka, może ktoś rozpozna gatunek na Instagramie. W pobliżu darła się jego mama, więc nie dotykałem i powspinałem się dalej. Na ostatnich metrach zejścia do Ustrzyk zdążyłem jeszcze utopić buty w rzeczce płynącej pod trawą i rozpocząłem eksplorację miasta.


    Sklep, zakupy za 8 zł, szukanie poczty do wysłania pocztówek. Otwarta do 15:00, która jest? 19:00. Trochę za późno. Jak tak dalej pójdzie to kartki wyślę na mecie w Rzeszowie, albo i z Wrocławia... W każdym razie wypisane są i idą ze mną ten szlak nabierając mocy. Ale jest szyld "Nocuj z Pocztą". Dzwonię. Nie odbierają. Lecę do Księdza na plebanię. Nie ma proboszcza i wikariusze nie chcą podejmować decyzji, polecili za to Caritas nad miasteczkiem prowadzony przez Siostry Zakonne. Udałem się w tamtą stronę po drodze odbijając się od drzwi czterech pensjonatów i hoteli. Sobota w wakacje, pełne obłożenie. Jutro się pewnie zluzuje. Dotarłem do mojej ostatniej deski ratunku i jest! Siostra Anna mnie przyjęła i usadowiła na wersalce w świetlicy. Na dodatek dobrego dała mi pysznej zupki warzywnej i zrobiła mi kanapki! W sklepie wcześniej chodził za mną jogurt, ale nie kupiłem, żeby się nie rozwalił w plecaku. A tu Siostra Anna razem z kanapkami przyniosła mi jogurt, to chyba siła wyższa zadziałała! Warto wspierać Caritas, bo jak widać pracują tu dobrzy ludzie o wielkich sercach. Już się bardzo późno zrobiło. Ogarniam się ekspresowo, mycie, pranie i regeneracja! 142 km do mety... Podobno przez najgorsze chaszcze... Zobaczymy!


    Ja się nie dam, ja się nie dam

    Będę inny niż wy wszyscy

    Pędzę, gonię i uciekam

    Ślina mi na pysku błyszczy


    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia na Instagramie @szybkiepodroze.


    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h


    Czytaj więcej
  • SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 7

    Dzienny dystans: 32 km (Total: 239,5 km )

    Czas marszu: 9 h (Total: 68,5 h)

    Morale: Opuchnięte

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 2185 zł

    b998eed16b91ed17.jpeg

    Wczorajszy wieczór w Domu Rekolekcyjnym w Ustrzykach Górnych byłby idealny... Najedzony, umyty, leżałem w łóżku z dostępem do prądu i internetu nadrabiając zaległości w komentarzach. Jeszcze nie miałem takiego miejsca na szlaku, żeby był i prąd i internet. Wstałem przymknąć okna żeby mi komarów nie naleciało i wtedy to się wydarzyło... Pizgnąłem palcem serdecznym u stopy w kant ławy z takim impetem, że poleciałem na podłogę waląc się na drewniane krzesło. Skóra przy paznokciu pękła, a palec bolał znacznie bardziej niż po normalnym stłuczeniu. Nieuwaga kosztuje.

    Choć krótko, spałem bardzo dobrze i wypocząłem. Rano palec bolał tak samo jak wczoraj, a to zły znak. Po odsłonięciu śpiwora okazało się, że palec jest siny. Nie dobrze. Nie jest złamany, ale coś tam się stało. Wstałem, ogarnąłem się mozolnie i marsz zacząłem relatywnie późno, bo o 6:30. Poranek był chłodny i mokry po całonocnym deszczu. Ale nie było specjalnie zimno. Okoliczne szczyty otaczały się coraz szczelniejszą warstwą białego opary, a ja wędrowałem drogą z Ustrzyk do Wołosatem. Po mokrym asfalcie chodziły nie tylko ślimaki, ale i wielkie czarne pijawki. Ślimaki przenosiłem na pobocze, pijawki muszą mi wybaczyć. Wołosate osiągnąłem szybko i usiadłem przy parkingu na śniadanie. W ramach odciążania wleciała konserwa turystyczna, którą dostałem wczoraj z dwiema bułkami. 300 g mięsa, a właściwie 279 g, bo mielonka zawiera 93% mięsa zapełniło mój żołądek daleko poza granicę dobrego samopoczucia i ruszyłem pod Tarnicę. Na mapie przewyższeń wejście na Bukowe Berdo z Ustrzyk to najwięcej przewyższeń do zrobienia na raz na całym szlaku. Do Przełęczy pod Tarnicą droga mi minęła szybko łatwo i przyjemniej niż się spodziewałem. Wyszedłem na przełęcz i mnie przytkało...

    Pusto... Masyw Bukowego Berda pięknie oświetlony słońcem przeciskając się między chmurami, dookoła wszystko paruje i pływa w małych szybko przesuwających się obłoczkach... Cudownie piękne widoki w najbardziej ruchliwym miejscu w Bieszczadach i jestem tutaj sam. Była już 10:00 i zupełnie nie wiem dlaczego nie było ludzi. Powinni być. Taki dar od szlaku, cały czas świeci pustkami. Nagrałem trzy słowa o plecaku od Decathlon Wrocław, siadłem do pisania relacji i poczułem na własnej skórze powiedzenie "Miłość jak sraczka, przychodzi znienacka". Niestety przyszło to drugie. Tzn. udało mi się trzymać ją jako tako w ryzach, ale czaiła się tuż za pierwszym zakrętem okrężnicy. Wciągnąłem 5 tabletek węgla i pocisnąłem na przełęcz GOPRowską bardzo szybkim marszem, bo sraczka i Połonina nie idą w parze.

    Na Bukowe Berdo wbiłem szybciutko, strasząc po drodze kilkanaście jaszczurek grzejących się na drewnianych belkach szlaku i pozachwycałem się widoczkami. Tu mnie jeszcze nie było, a miejsce jest zdecydowanie warte odwiedzenia. Cisnąć dalej Połoniną co chwilę się krzywiłem z bólu. Szlak jest bardzo kamienisty i nierówny, palec się cały czas wyginął pulsując bólem. Na grani był bardzo mały ruch, myślę, że większość ludzi zrezygnowało z wypraw że względu na zapowiadane opady i burze. Patrzyłem z góry jak Ustrzyki toną w Ulewie, ale u mnie na razie było sucho. Niestety wiatr wiał od Ustrzyk... Deszcz szedł na mnie, a trasa szła po skosie dalej, jak się pospieszę to zejdę z drogi opadom. W pośpiechu zszedłem poniżej linii lasu, gdzie przy wiacie mogłem w końcu udać się na stronę coś zakopać. Wracając przestraszyłem dwie Panie, które myślały, że niedźwiedź idzie. Usiadłem coś zjeść, zaczęło grzmieć i lekko padać. A ja się zastanawiałem, czy schodzić do Widełek, czy czekać w wiacie pełnej niedzielnych turystów, gdzie rozgorzała impreza. Na stole marynowane grzybki, bochenek chleba z dodatkami, psyknęły piwa, gdzieś przewinęła się żubrówka. Wstałem i poszedłem dalej. Idealnie w tym momencie deszcz ustał aprobując mojej decyzji.

    Zejście do Widełek było błotniste, ale nie tragiczne, tylko jednego buta utopiłem. Widziałem w dolinie polski nadajnik telefonii komórkowej, więc o dzwoniłem bliskich, nabrałem wody do późniejszej filtracji na jakimś przystanku i spotkałem Pana Zaskrońca. Trakt do szosy w Widełkach był szeroki, wydeptany, całkiem wygodny. Po drugiej stronie drogi czułem się, jakbym wpadł w inną czasoprzestrzeń. Na początku w ogóle nie mogłem znaleźć szlaku... Później okazało się, że mi się wcale nie przewidziało, bo szlaku praktycznie nie było. Tzn. były oznaczenia, ścieżki brak. Wszyscy walili niebieskim na Bukowe Berdo, a w drugą stronę już nikt. Zaczęło się przedzieranie przez trawy, pokrzywy i mam nadzieję nie barszcz sosnowskiego, od oznaczenia do oznaczenia, bez żadnej wyraźnej ścieżki. Czasami się mgliście pojawiała, żeby zaraz znowu rozpłynąć się w bujnej roślinności okupującej podmokły teren. Przy okazji utopiłem już oba buty, bo nie było opcji ominąć rozległych rozlewisk. Kilkaset metrów dalej szlak nagle się pojawiał jako dobrze wydeptaną ścieżka. Chyba turyści podchodzą do tego miejsca drogą leśną, nie według oznaczeń. Ale ja muszę trzymać się szlaku, nie ma lipy!

    Podczas podejścia na Magurę Stuposiańską zaczęło trochę padać, ale jakoś nie mocno. Za to gęste krzaki próbujące zawłaszczyć sobie szlak zrobiły się całkiem mokre i od ich czułego macania, ja również. Jeszcze zanim osiągnąłem Magurę wiedziałem, że jest źle. W oddali widziałem ciemnogranatowe chmury, pod którymi było praktycznie czarno i wiało z ich kierunku. A ja szedłem im na spotkanie, chcąc jak najszybciej dopaść jakieś schronienie w Dwerniku. Z czasem ptaki zaczęły cichnąć, las zrobił się inny, martwy. Wiatr się zatrzymał, liście znieruchomiały. Zacząłem czuć, że nie zdążę, przyspieszyłem kroku do marszobiegu. Basowe pomruki burzy były coraz wyraźniejsze. Gdy nagle wiatr się zerwał, a temperatura spadła gwałtownie o kilka stopni wiedziałem, że zaraz mnie dopadnie. Spodziewałem się, że jak się zacznie, to się zacznie na całego, na szczęście zawsze mam ubranie przeciwdeszczowe na samej górze plecaka. Gdy pierwsza kropla, niczym zwiadowca, pacnęła w moją rękę, dając innym znak do ataku, natychmiast się ubrałem w przeciwdeszczowy komplet. 30 sekund później biegłem już szaleńczo w strugach wody tak gęstych, jak by oblewano mnie milionem konewek. Kapelusz impregnowany środkiem do butów, który na normalnym deszczu przecieka dopiero po 2 h tutaj nie stanowił żadnej bariery. Natychmiast zmoczyło mi głowę i zacząłem się zastanawiać, czy komplet 10 000 km słupa wody wystarczy, żeby ochronić mój telefon. Woda lała się nieprzerwanym strumieniem z nieba, a ja biegłem szaleńczo jak najniżej, próbując wyprzedzić falę tworzącą się w korycie szlaku. Błotnistą woda gnała w dół bardzo obficie, a ja biegłem w jej kaskadach już nawet nie łudząc się, że jakoś wyjdę z tego deszczu suchą stopą. 20 minut szaleńczej walki z żywiołem później dotarłem do wiaty na początku Dwernika. 20 minut! Tyle dzieliło mnie w skali dnia pomiędzy suchością, a dokumentnym zalaniem. Przeczekałem w wiacie, aż najgorsza fala się skończy i po dodatkowym kwadransie ruszyłem szukać miejsca, gdzie dotrwam do rana. Byłem szalenie przemarznięty, dygotałem. W pierwszej Agroturystyce na szlaku nie było gospodarza, za to w kolejnej czekał na mnie już na podjeździe. W deszczu! Tak poznałem Gospodarza pensjonatu U Lestka. Bardzo konkretnego, ale otwartego człowieka o wielkim sercu. Przygarnął mnie, zakwaterował, kuchnia, gorący prysznic i przemoczone buty do rozgrzanej kotłowni. Pensjonat jest bardzo zadbany, a ja mam w pokoju na ścianie Bieszczadzkiego Anioła, który jest cały zielony. Bardzo polecam to miejsce na nocleg na szlaku lub urlop w Bieszczadach/okolicy Jeziora Solińskiego. Nie powiem, ale mnie tu dosłownie uratowali.

    Mam złe wieści, sinizna na palcu promieniuje już na stopę, a na samym palcu utworzył się nabrzmiały krwiak. Nie wygląda to dobrze i chyba będę musiał to porządnie wyleczyć, jak tylko skończę marsz. Może zrobić prześwietlenie, żeby zobaczyć, czy kość nie pękła. Wszystkim stopofilom wrzuciłem zdjęcie stanu palca na Instagrama.

    Jak już jesteśmy przy tym temacie: Skróciłem urlop o tydzień, aby wykorzystać go w bardziej przemyślany sposób w innym terminie. Teraz jak Alpy nie wypaliły to sam nie wiedziałem co będę na nim robił. Najpierw się dowiem, a później wezmę urlop. Obiecuję, że będzie to coś fajnego.

    Po drugie. Czuję jak szlak mnie zmienia. I nie chodzi tylko o to, że przestałem czuć plecak na plecach, mam "czucie" w kijkach i ogólnie moje ciało się zahartowało jak nigdy. Zmieniam się też psychicznie, jak podczas każdej mojej długiej wędrówki. Jestem tylko ja, ścieżka i moje myśli. Nie ma elektronicznego, czy socjalnego szumu. Nie ma nic. Jest dużo myśli. Sprawy dotąd zagłuszane wypływają powoli na sam wierzch świadomości i samoczynnie układają się w całość. Czuję, że rozgryzam problemy, z którymi borykam się od wielu lat. Cieszę się, że tu jestem i mam taką możliwość.

    Choć stoję bez broni

    Wy nie macie szans

    najmniejszych

    Bo przy mnie ciągle jest

    Najgrubszy anioł stróż

    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia na Instagramie @szybkiepodroze.

    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h

    Czytaj więcej
  • SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 6

    Dzienny dystans: 45 km (Total: 207,5 km )

    Czas marszu: 12,5 h (Total: 59,5 h)

    Morale: Zmęczone, ale cudowne

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 2125 zł

    ud12462504f87c18.jpeg

    Doszły mnie słuchy, że mam w relacjach dużo literówek. Tuż przed wyprawą zmieniłem klawiaturę w telefonie na wygodniejszą do pisania tasiemców i jeszcze się uczy słówek poprawiając dobre na złe. Wybaczcie i dajcie jej czas.

    Wczorajszy marszobieg do Przystanek Balnica udał się zgodnie z planem. Około 19:00 zostałem zakwaterowany w ogromnej sali z 16 materacami i ogromnym pięknym stołem zrobionym ze starego pnia z korzeniami. Dziękuję Gospodarzom! Kupiłem od przemiłej gospodyni talerz pierogów oraz pocztówki dla Patronów ze zdjęciami wykonanymi przez właściciela pensjonatu. Będzie list z duszą, nie produkowany hurtowo. Po rozłożeniu posłania na podłodze i kąpieli zacząłem wypisywać pocztówki, ale po trzeciej padłem na twarz i zasnąłem twardym snem.

    Następnego dnia pierwszy krok na szlaku postawiłem o 5:37 i na dzień dobry dostałem wciry. Szlak wiedzie zboczem góry poprzecinanym głębokimi jarami, także co chwilę zsuwałem się do głębokiego rowy wypełnionego błotem, żeby się z niego wygrzebać i tak w kółko. Na szczęście po pół godzinie wszystko się uspokaja i ścieżka wskakuję na graniczną grań, wijąc się bez końca po grzbietach gór. Trakt jest wąski, na jednego człowieka, ale nie zarośnięty, w większości wyłożony ściółką, bardzo rzadko błotnisty. Co jakiś czas w oknach między drzewami wyłaniały się bezkresne zielone fale Bieszczad. Szło się dobrze, pomimo ciągłych stromych zejść i wejść. Ścieżka była cudowna, ale na tyle monotonna, że nie ma czego opisywać. Na szczęście monotonne piękno dalej jest piękne i zachwyca.

    Po zejściu do Przełęczy pod Roztokami rozpoczęło się bardzo wyczerpujące, bo strome, wejście na Okrąglik. Na szczycie był całkiem spory ruch, ponieważ Szlak Karpacki krzyżuje się tutaj z GSB, więc miał mi kto zrobić foteczkę. Pierwsze nie selfie na wyprawie. Dziękuję trzem gentlemanom. Wybiła 11:00 i była to dla mnie pora bardzo ważna, ponieważ między 11:00, a 14:00 miałem dawać wywiad na stronę internetową Radio GRA 95,1 FM Wrocław. Wyciągam telefon, ukraiński zasięg, 5zł/min... No nic. Może na następnej górze będzie polski. Ruszyłem dalej i szlak zaczął jeszcze mocniej falować. Wejście, zejście, wejście, zejście, a za nim, cóż za niespodzianka, kolejne wejście. Zaczęło mi mocno brakować wody, ponieważ od 3 dni nie padało i wszystko spłynęło już z grani na dół. Wspinałem się dopijając resztki płynu z Balnicy, racjonując go na małe łyczki i jak na złość nikt nie szedł z na przeciwka, żeby poratować. Gdy głowa już zaczynała boleć na kolejnym podejściu, jest! Źródełko! Tzn. okazała buda dla psa z wodą w środku, a zamiast psa mieszkały w niej dziwnie blade pijawki... Jeśli one w niej żyją, to pewnie trująca nie jest. Nafiltrowałem całą butelkę opinając się jeszcze na zapas i ruszyłem na kolejne wejścia i zejścia. Tym razem były jednak inne.

    Las ustąpił przepastnym polom borówek i odsłonił się cudowny widok na calutkie Bieszczady, jak na Połoninie. Jak na dłoni widać było Połoninę Wetlińską, teraz pewnie oblężoną, w oddali Tarnicę, całą Słowacją stronę Bieszczad, a na tym wszystkim tańczyły cienie przesuwających się chmur. Tylko zamiast szerokiego wydeptanego traktu wiodła tędy wąska zarośniętą ścieżka na jednego człowieka. Cóż za magiczne miejsce! Tylko te ostre zmiany przewyższeń męczące... Na zejściu z Dziurkowca spróbowałem po raz 10 dzisiaj złapać polski zasięg. Jest! Jedna kreska 2G, ale zawsze! Numer strasznie długo łączył, ale 10 min przed końcem umówionego terminu połączył i udało się chwileczkę pogadać z Panią Redaktor z Radia GRA. Filujcie jutro ich główną stronę! Dalej już tylko kolejne wejścia i zejścia. Gdy dotarłem na Czoło czoło było całe spocone, a pod Borsukiem spotkałem dużego najedzonego zaskrońca. Niestety trochę się mnie cykał i nie zapozował ładnie. Chwilę dalej pogadałem z cudowną kompletną rodzinką górołazów i zapytałem, czy nie mają nadwyżkowego jedzenia do odsprzedania. W mojej torbie z jedzeniem zostały 2 kabanosy i garść orzechów. Nie było gdzie uzupełnić zapasów w głuchym lesie. Dostałem w ramach wsparcia marszu 2 bułki, konserwę turystyczną i wielką paczkę ciastek. Kolejne Anioły Szlaku na mojej drodze! Sprzedali mi na odchodne lokalizację źródełka do uzupełnienia wody i poszliśmy w swoją stronę. Rozpocząłem jedno z dwóch dużych podejść na Szlaku Karpackim, na Wielką Rawę (1304 m n.p.m.) i choć niby nie jest imponujące, to zgadnijcie co jest po drodze... Tasak, wejścia i zejścia. Uzyskaną wysokość wytrąca się po drodze mocno 4 razy, zanim zacznie się ostateczne podejście. Po drodze jest trójstyku granic PL/SK/UA, już trzeci odwiedziny przeze mnie trójstyk Polski.

    Po wdrapaniu się na Wielką Rawę mnie dosłownie zatkało... Panorama 360 stopni na góry ciągnące się po horyzont. Połoniny z Tarnicą na wyciągnięcie ręki. Ustrzyki i Wołosate w dole. Wszystko ubarwione spektaklem świetlnym stworzonym przez promienie zachodzącego słońca przebijającego się między chmurami. Jeden z lepszych widoków górskich jakie widziałem w całym życiu... Niestety nie mogłem zostać ani minuty dłużej niż to konieczne, bo słońce podświetlał o też pięknie strugi deszczu padającego z chmur idących prosto na mnie. W tym momencie na szczycie byłem tylko ja i jakaś młoda Kobieta. Prawie intymne spotkanie z górami w miejscu, które założę się, że jest oblegane. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby po takie widoki nie ustawiały się kolejki... Zacząłem zbieg do Ustrzyk, który według mapy powinien zająć mi 2h. Na trasie całe błoto było odizolowane nowymi wysokimi pomostami z desek, ciągnącymi się po ponad 100 metrów każdy. Witamy w komercyjnych Bieszczadach, gdzie błoto nie pobrudzi Ci trampków.

    Godzinę później robiłem już zakupy w znanym sklepie na zakręcie w Ustrzykach. Obładowany czekoladami, bułkami, bananami i zupką w proszku ruszyłem do mojego ulubionego miejsca noclegowego w Ustrzykach Górnych. Domu rekolekcyjnego przy kościele. Wyczekałem na księdza, aż skończy mszę, w międzyczasie dywagując o górach z drugim księdzem i klepiąc relację w telefonie. Gdy ksiądz Szef przyszedł i przedłożyłem sprawę, powiedział, że akcja mu się podoba, ale nie podoba się mój tatuaż:

    - To tylko misiek i góry.

    - Tatuaże niektórzy mistycy biorą za znaki szatana. Od tego jest na przykład koszulka.

    - Na koszulce mam inne fajne rzeczy.

    - (Popatrzył się na wielki napis "Lubię Szczytować", odwrócił się bez słowa zrezygnowany i machnął ręką żebym szedł za nim.)

    Finalnie zgodził się dać mi kawałek podłogi, który okazał się chyba największym kawałkiem podłogi w obiekcie! 200 m2 tylko dla siebie. Po kwaterowaniu Gosposia przez ogromne G oprowadziła mnie po gmachu (mieli remont i jest inaczej niż zapamiętałem). Pokazując gdzie są największe i najlepsze prysznice rzuciła z głupia frant, czy nie chcę herbaty... 3 minuty później pałaszowałem ogromny talerz pysznej grochówki. Gdy Gosposia go stawiała na stole, szepnęła mi do ucha tonem używanym przy rozmowach o ucieczce z więzienia "jeszcze Ci gołąbka chociaż jednego załatwię". Zanim skończyłem zupę stał przede mną na oko półkilogramowy bydlak, chyba z dwóch torebek ryżu. Jak normalnie odwijam w domu gołąbki z kapusty, to tego zjadłem prawie z talerzem, o kapuście nie mówiąc. Potrzebuję energii... Umyłem po sobie gary i dopijając herbatkę kończę tą relację. Za oknem leje deszcz i grzmi, a ja uciekam pod ciepły letni deszcz z prysznica.

    A i nie mogę powiedzieć kto, bo wpłata jest anonimowa, ale ktoś z Domu Rekolekcyjnego, kto bardzo lubił chodzić po górach przekazał mi 100 zł na zrzutkę. Wpłacę razem ze swoimi pieniędzmi jak dojdę.

    Przeszedłem dzisiaj 45 km. Mój rekord dniówki na szlaku długodystansowym. Do tego ponad 2200 m podejść. Gdy dochodziłem do Ustrzyk czułem się jak spocona ruda mysz z depresją, ale wydarzenia z Domu Rekolekcyjnego dały mi nowe życie. Kocham i polecam to miejsce.

    W każdym moim zwycięstwie

    jest pot i krew poświęceń.

    Chcę ubrudzić ręce,

    by wybudować szczęście

    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia na Instagramie @szybkiepodroze.

    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h

    Czytaj więcej
  • SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 5

    Dzienny dystans: 40 km (Total: 162,5 km )

    Czas marszu: 11,5 h (Total: 47 h)

    Morale: Wspaniałe

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 2075 zł

    eafed7e81810bcac.jpeg

    Wczorajsza walka o wrzucenie relacji to był jakiś koszmar. Zostawiłem klamoty w pustej bazie namiotowej Jasiel i pognałem na najbliższą górę szukać zasięgu. Bez plecaka kicałem lekko i sprężyście, jak by ktoś wlał mi do baku paliwo lotnicze. Po niecałym kilometrze podejścia pokazał się zasięg, wynoszący 0 kresek, ale był. Desperacko miotałem się po lesie próbując go utrzymać i wrzucić posta. Pasek postępu ładował się mozolnie do jakichś 70%, aby czym prędzej zniknąć i zacząć od nowa. I tak 5 razy pod rząd! Nawet wlazłem na drzewo, żeby walczyć o Waszą lekturę. Gdy magicznie udało się w kończy udostępnić post i króciutko o dzwonić bliskich, zabiegałem w dół mając wielce ambiwalentne uczucia. Samo kliknięcie z powodzeniem guziczka "udostępnij" zajęło mi 40 minut, słońce już zachodziło, a ja miałem maaasę rzeczy do zrobienia.


    Zbiegłem do bazy namiotowej i wykorzystując chwilowo rozgrzane ciało zrzuciłem z siebie przepocone ubranie i władowałem się do lodowatego strumienia. Po szybkiej kąpieli "bez głowy" jeszcze szybciej się wytarłem, aby się nie przeziębić. Już było po zachodzie i temperatura szybko spadała. Na miejsce noclegu wybrałem komórkę 2x2 m, używaną jako składzik. W środku były narzędzia do rąbania i cięcia drewna, krzesło, ławeczka oraz podpałki. Szybko go uprzątnąłem zamiatając gałęziami choinki i rozłożyłem posłanie. Następnie rozpaliłem ogień i przygotowałem żurek na kabanosie, który łapczywie zjadłem już w łóżku. Gdy kroiłem kabanosa przyszedł do mnie lis, tak na 10 m. Pokręciło się między pustymi wiatami i poszedł w swoją stronę, kabanosa nie dostał. Chciałem posiedzieć przy ognisku, bo wieczór był piękny, ale obsiadło mnie tysiące dziwnych muszek pchających się do oczu i nosa. Gdy już szedłem spać po podwieszeniu jedzenia poza zasięgiem zwierząt i umyciu ząbków zauważyłem, że szykuje się piękna noc. Na zachodzie widniała jeszcze jasna łuna od słońca, a gwiazdy już mocno świeciły... W nocy musiało być magicznie... Jak tylko przyłożyłem głowę do poduszki wypchanej brudną koszulką i kurtką puchową odleciałem w objęciach Morfeusza.


    Wstałem o 5:00 całkiem wyspany, ogarnąłem się, umyłem naczynia po żurku i o 6:00 zacząłem maszerować. Poranek był pochmurny i chłodny. Pierwsze 200 metrów szlaku przywitało mnie gęstą trawą, która obficie obdarowała moje buty i skarpetki, ale już się przyzwyczaiłem, że tam na dole mam mokro. Gdy wyszedłem na granicę, ku mojemu szczeremu zdumieniu zauważyłem dwa duże namioty, zapewne z solidną ekipą w środku. Dlaczego nie zeszli 15 min do bazy nie wiem, ale nie narzekam, że miałem sam całą dla siebie.


    Jakiś kilometr później pierwszy raz w życiu zobaczyłem tropy niedźwiedzia na szlaku. Prowadziły po samym szlaku przez około kilometr i odciski łap były Ogromne! Mam na nogach buty w rozmiarze 46 i 2/3, a i tak okazały się być węższe niż łapa niedźwiedzia. Jakie to musi być potężne zwierzę... Odruchowo zacząłem śpiewać przyśpiewki kibica, żeby się niechcący na właściciela śladów nie nadziać, bo były świeże. Na kolejnym siodełku wpadłem na 3 młode górołazki jedzące śniadanie przy szopce wielkości budy dla psa. Ale musiało im tam być ciasno. Przyłapała mnie na śpiewaniu jakichś głupot, więc speszony tylko je pozdrowiłem i pognałem dalej.


    Na którymś szycie z kolei zastałem bardzo ciekawą konstrukcję, w postaci dwuwarstwowej wojskowej stalowej wieży obserwacyjnej postawionej przez Niemców w czasie II Wojny Światowej. Na górę prowadziła drabinka z prętów podobna do tych ze słupów wysokiego napięcia, ale nie sięgała samej platformy. W trzech czwartych drogi trzeba było przejść z niej na drugą drabinkę wiszącą w powietrzu i dopiero wdrapać się na pokład. Zadziwiająca i bardzo niebezpieczna konstrukcja. A widoczki... Ooo proszę Państwa, cóż to była uczta dla oka i duszy... Dawno nie widziałem koron drzew z tak bliska. Wszystko zarosło od czasu wojny.


    Poniżej szczytu leśnicy prowadzili wycinkę na bardzo dużym obszarze w kilka ekip. Odór spalin był obezwładniający i bardzo nie pasował do tego miejsca... W międzyczasie chmury się przetarły i zrobił się piękny, ale przyjemny dzień, ponieważ wiał chłodny wiaterek. W końcu złapałem zasięg i sprawdziłem, że przeszedłem wczoraj 42 km. Zadziwiające, że nie mam żadnych zakwasów i nic mnie nie boli... No ale składać na to reklamacji nie mam zamiaru. Jak tylko tak pomyślałem, lewy but zaczął obcierać wścięgno Achillesa. Jak nie odpuściło po poprawieniu ułożenia postanowiłem tego nie lekceważyć i zamieniłem skarpety na dwuwarstwowe. Pomogło trochę, ale idealnie nie jest. Kwota na zrzutce na Dom Opieki Wręczającej też się ładnie ruszyła. Bardzo dziękuję że wszystkie dotychczasowe wpłaty, dodają mi animuszu, jak widzę, że mój marsz daje wymierne efekty.


    Zszedłem do drogi granicznej i po jej drugiej stronie pobłądziłem lekko idąc za długo błotnistą drogą do zrywki drewna. Szlak szybko uciekł z niej w lewo i musiałem się cofać. Po odnalezieniu ścieżki zacząłem zagłębiać się w coraz bardziej dziki las. Jego słowacka strona jest Parkiem Narodowym i doskonale ich rozumiem. Ścieżka wije się wśród ogromnych, przerośniętych wręcz drzew, z których co trzecie mogłoby być pomnikiem przyrody. Las jest wilgotny, błotnisty, ciemnawy, ale wypełniony wielogatunkowym trelem ptaków. Bardzo intensywnie, wręcz ostro pachniało grzybami, jak by ktoś je gotował tuż obok. Pomyślałem, że to musi być idealny matecznik dla niedźwiedzi i zacząłem śpiewać. Tak dotarłem do Siwakowskiej Doliny, dzikiej, bujnej, prawie dziewiczej. Mówię prawie, bo uległem pokusie i dotknąłem w niej swoim drągalem punku G. Wychodząc z lasu wpadłem na panią w średnim wieku odcedzającą kartoteki w najlepsze. Skończyła dopiero jak byłem jakieś 15 m od niej i zerwała się nagle. Jej dwóch kompanów wędrówki miało bekę, jak wychodziła obok jakiegoś brodacza z krzaków podciągając leginsy. Tutaj szlak ma od niedawna nowy przebieg, omija Nowy Łupków, pełen cywilizacji i wiedzie przez Stary Łupków, gdzie jest tylko stara stacja kolejowa i jeszcze starszy cmentarz. Tym samym straciłem okazję na uzupełnienie zapasów na trasie i miałem wkraczać w Bieszczady na oparach. Z pomocą przyszła Chatka na Końcu Świata w Starym Łupkowie, która jest prywatnym schroniskiem na prawdę na końcu świata.


    Podszedłem pod chatę i zauważyłem Gospodynię nabierającą wody ze studni. Zaoferowałem pomoc, a Ona przyniosła z milion wiader do napełnienie (tak naprawdę około 10). Gdy spuszczałem wiadro do studni ostatni raz, aby nabrać wody do ochlapania się, zaproponowała prysznic solarny i bardzo mi przypadła do gustu ta propozycja. Na pytanie, czy można tutaj zamówić coś do jedzenia odpowiedziała, że niestety nie... ale jeśli jestem bardzo głodny to zrobi mi jajecznicę! Zaproponowałem, że w zamian zostanę Jej niewolnikiem, ale do rodusznie nie skorzystała z okazji. Pół godziny później najedzony pod korek i umyty z głową w tylko trochę zimnej wodzie byłem gotowy do dalszego marszu z uśmiechem na ustach. Kolejny Anioł Szlaku zrobił mi dzień. Szalenie Wam polecam Chatę na Końcu Świata w Łukowie, jak głosi napis "Ostatnie takie schronisko w Bieszczadach". Dziękuję za gościnę!


    Pełen energii ruszyłem dalej, gdzie po stromym podejściu, aby wrócić na granicę klapnąłem pisząc tą część relacji. Przy okazji wyciągnąłem z nóg 3 kleszcze. Rajd granią graniczną to był już wyścig "byle dalej za dnia", aż usiadłem na Kycerskim Groniu i zorientowałem się, że w Balnicy oddalonej o 1,5 h jest leśniczówka. Była godzina 17:20. Zadzwoniłem, miła Pani powiedziała, że miejsce jest, ale zasięgu nie ma. To dopisuję szybko tą relację i lecę do Balnicy! Potrzebuję naładować elektronikę i nocleg w cywilizowanych warunkach bardzo się przyda. Wyniki dzisiejszego dnia wpisałem, jakbym już był w Balnicy.


    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia na Instagramie @szybkiepodroze.


    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h

    Czytaj więcej
  • SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 4

    Dzienny dystans: 42 km (Total: 122,5 km )

    Czas marszu: 11,5 h (Total: 35,5 h)

    Morale: Skupione

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 2050 zł

    kaedc50a76eea1d9.jpeg

    Wczorajszy pobyt w Jaśle wywołał u mnie bardzo silne emocje. 3 dni temu była tam klęska żywiołowa w postaci powodzi błyskawicznej. Podczas niewyobrażalnego oberwania chmury potoczek mający metr szerokości wystąpił z korytka na kilka metrów do góry. Zabytkowe domy stojące przy nim od ponad 100 lat poskładało się jak zapałki, zmyło auta, plony rolne, wszystko zostało zniszczone. Byłem tam, widziałem całe ogromne hałdy sprzętu do utylizacji, meble, telewizory, lodówki, ludzie potrafili cały dobytek życia. Dom moich gospodarzy w postaci Przemka z żoną Anitą i całą wesołą Familią na szczęście nie został zalany, ale wszystkie plony, samochody i sprzęt ogrodowy zostały zniszczone przez grad o średnicy 5 cm. Studnia zalana mułem, linie energetyczne pozrywane... Dlaczego o tym mówię?

    Moi Gospodarze od 4 dni nie mają prądu i wody, cały dobytek, który nie był pod dachem przestał istnieć. Mając to wszystko na głowie Przemek przyjechał po mnie 50 km, załatwił ciepły prysznic i pranie, pomimo że sam mył się zimną wodą w misce. Pomimo wielotysięcznych strat oporządził mnie z Żoną tak, że mogę spokojnie robić za obwoźny sklep spożywczy. Totalnie skupili się na pomocy drugiej osobie, nie patrząc na swoje niewygody. Długo będą moją inspiracją w trudnych momentach... Układając te słowa w głowie podczas dzisiejszego marszu w nosie mnie zakręciło, a obraz stał się na moment niewyraźny. Dziękuję bardzo wszystkim wspaniałym ludziom, z którymi miałem wczoraj kontakt. Mam prośbę do czytelników. Jeśli planowałeś/Aś dzisiaj wpłatę na naszą zrzutkę, przekaż proszę te pieniądze na fundację pomocy powodzianom. Jeśli mieszkasz w pobliżu terenów zalanych podwieźć może osobom potrzebującym środki czystości i jedzenie.

    Przemek podrzucił mnie z rańca na szlak do Huty Polańskiej i zacząłem dosyć przyjemne podejście do granicy słowackiej, aby zacząć dalszą wędrówkę. Po drodze zauważyłem, że na lewym piszczelu mam kleszcza, chyba od wczoraj i przy wiatce na przełęczy dokonałem chirurgicznego usunięcia krwiopijcy. Mam nadzieję, że niczego mi nie sprzedał. Dalej gnałem od słupka do słupka granicznego napędzany pysznymi kanapkami, które dostałem na drogę. Las był cichy, bardziej niż zwykle. Poranek był chłodny, a po stanie szlaku widziałem, że musiało tutaj w nocy nieźle lać, także ptaki jeszcze siedziały gdzieś pochowane.

    Ścieżka wiła się po grzbietach gór mocno falując, wąska, ale nie zarośnięta. Taka w sam raz na jednego turystę. Tak naprawdę szlak nie wyróżniał się niczym szczególnym przez dłuższy kawałek. Zamiast widoków królowały dzisiaj zapachy. Przez większość czasu pachniało grzybami i mokrym drewnem, w dolinkach ciepłym błotem i tatarakiem. Dopędziłem tak do Barwinka, gdzie na stacji benzynowej uzupełniłem zapasy wody i hot-dogów. Chciałem jeszcze loda, ale nie mieli... To poszedłem dalej. Gdy odbijałem w las z głównej drogi zaczął na mnie trąbić samochód. Myśląc, że to któryś z Was, odmachałem i poszedłem dalej. Z samochodu wyskoczyła babeczka i się pyta:

    - Gdzie tu można w góry sobie pójść z córką?

    - Zaraz sprawdzimy. (Wyciągam mapę).

    - A tam gdzie pan idzie to jakaś fajna trasa?

    - Do Rzeszowa.

    Paniom doradziłem i zaczął się problem. Szlak był zmieniony przez ciężki sprzęt w błotną miazgę, w której można by utonąć. Dalej kluczył niesamowicie przez jakieś chaszcze czymś co bardzo nieudolnie próbowało udawać zarośniętą ścieżkę, by wyjść na asfaltową drogę do muzeum historii i militariów nad Barwinkiem. Niestety muzeum wraz z towarzyszącą wieżą widokową było w remoncie i nie pozwiedzałem.

    Wyżej szlak był pokryty cienką, acz równą szlachtą błota. Oblepiało buty i powodowało niemiłosierną ślizgawicę pod stopami. Sądząc po śladach, nie tylko ja miałem z tym problem. Wyżej błoto zamieniło się w muliste sadzawki tak rozległe, że musiałem obchodzić je lasem. Bardzo źle mi się po tym szło, miliłem w miejscu i kluczyłem na przełaj, a czas się dłużył jak na lekcji matematyki. Wyszedłem w końcu na przepastne górskie łąki nad Czeremchą, po których szybko przesuwały się cienie chmur. W dużej kałuży młody zaskroniec polował na kijanki i nawet nieźle mu to wychodziło. Patrzyłem chwilę jak urzeczony kręcąc to z daleka, a gdy podszedłem zrobić zdjęcie zaskroniec schował się pod sitowie. Wyczekałem go, bo 10 min później wychylił łepek pod aparat, aby zaczerpnąć powietrza. Łąki przecięte były dość szeroką rzeczką, ale ułożyłem na jej środku wysepkę z kamieni i przeskoczyłem suchą stopą na drugi brzeg. Wchodząc w las o mało nie dostałem zawału, gdy mysz polna z depresją wskoczyła mi z kępki trawy prosto pod buta. Musiałem zmylić krok, żeby jej nie rozdeptać. Zahaczając o wioseczkę Lipowiec dowiedziałem się, że Nordkapp jest 3190 km stąd. Pozwólcie, że nie zmierzę krokami... Minąłem wymowny znak "Uwaga Niedźwiedzie!" i zacząłem zagłębiać się w Rezerwat Kamień nad Jaśliskami.

    Dosłownie w momencie gdy w głowie układałem sobie zdanie, że znowu nie spotkałem nikogo i mam całe góry tylko dla siebie, z za rogu wyszedł górołaz Maciek, który idzie z Komańczy do Zdyni, co też jest fajną traską. Jak tylko zaczęliśmy rozmawiać wypalił "A Ty czasem niedawno GSB nie szedłeś?". Ano szedłem, milutko być rozpoznanym. Maciek nie zdawał sobie nawet sprawy, że jest na niebieskim szlaku długodystansowym, a górołazem był wytrawnym. Tak znany jest ten Szlak Karpacki. Idąc dalej wyszedłem na małą polanę, na której przywitał mnie najpiękniejszy lis, jakiego w życiu widziałem. Ogromny, dobrze odkarmiony, z piękną puszystą wielką kitą i rudym jak świeża marchew futrem. Nasze śmietnikiem Wrocławskie wyleniały lisy nie są godne mu nawet kity wyczesać. Piękne stworzenie.

    Wspiąłem się ponownie na graniczną grań, zaczynając od Góry Kamień i trochę mnie zmroziło to co na niej spotkałem. Cały masyw to jeden wielki zbiorowy grób dla żołnieży z I Wojny Światowej. Mija się mogiła za mogiłą... 142 pogrzebanych, 75... 127... 51... I kolejne, i kolejne. Niewyobrażalną ilość śmierci... A nie lepiej się przytulić, zamiast zabijać?

    Dalej wzdłuż granicy już prawie biegłem, bo chciałem dotrzeć do pola namiotowego Jasiel. Przed ostatnim zejściem była bardzo podmokła łąka, tylko częściowo przegrodzona kładką, także na sam koniec dnia udało mi się jeszcze przemoczyć buty. Ale dotarłem na pole namiotowe, jest kilka wiat, drewniany domek, dwa miejsca ogniskowe, rzeka do kąpania. Poza prądem i zasięgiem wszystko, czego aktualnie potrzebuję... Dzisiaj był długi dzień, chyba jutro dam sobie godzinę więcej snu... Pisząc to ściągnąłem z siebie kolejnego kleszcza. Wyruszam na poszukiwania zasięgu i jeśli to czytasz, to znaczy że się udało.

    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia na Instagramie @szybkiepodroze wrzucę jutro bo słaby zasięg.

    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h

    Czytaj więcej
  • SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 3

    Dzienny dystans: 37 km (Total: 80,5 km )

    Czas marszu: 11 h (Total: 25 h)

    Morale: Zacięte

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 1530 zł

    cba810481321b881.jpegWczoraj wieczorem, gdy mokry las zaczął wypełniać się wilgotnym opatem, który zmieszał się z dymem z kominka, światło doskonale wykorzystało tak stworzony ekran. Kładło się nisko znacząc całą objętość lasu swoimi promieniami jak wiązką laserów. Noc na stole pod wiatą na przełęczy Regetowskiej minęła specyficznie. Miałem współlokatorów w postaci mamy mysz wychowującej w śmietniku metr od mojej głowy małe myszątka. Strasznie piszczały jak tylko zamierałem w bezruchu na dłużej, jak mnie słyszały to były cicho jak mysz pod śmietnikiem. Do tego jakiś tysiąc komarów rządnych upuścić mi krwi. Musiałem zasypiać z koszulką zarzuconą na głowę, żeby mnie nie possały mocniej niż ustawa przewiduje. O dziwo komary w nocy poszły spać i mogłem się odkryć.

    O 3:15 zaczęły szczebiotać ptaki, o 4:00 zaświergotał budzik. Zebrałem się, z zadowoleniem widząc, że mysz nie dobrała mi się do zapasów podwieszonych pod dachem i przed 5:00 zacząłem maszerować, co by wyrobić się przed burzą. Las był mokry i ciepły, zaczęło pachnieć grzybami. Bałem się błotnistości podejścia i zejścia na Jaworzynę Konieczniańską, ale większość wody już z niej spłynęła, a tam gdzie jeszcze była wymyła grunt do kamieni, więc błota dużo nie było. Ziemią byłe jednak namoknięta do granic pojemności i przy każdym kroku dziwacznie bulgotała wypuszczając uwięzione w sobie powietrze. Suchymi butami nacieszyłem się całe pół godziny. Już pod szczytem Jaworzyny szlak był bardzo słabo przetarty i po prostu zarośnięty trawą obficie skąpaną w porannej rosie. Skarpety namokły i zaczęły się nieprzyjemnie układać na nodze, ale to miało być dopiero preludium. Na szczycie podziwiałem piękne morze mgieł otulające szczelnie doliny, chociaż było tylko częściowo widoczne pomiędzy drzewami i zacząłem zejście.

    Mniej więcej w połowie zejścia przestraszyłem stadko dzików pałaszujących wesoło jakieś korzonki na śniadanie i niedługo po tym przyszło siodło. O ile ze zbocza woda spłynęła, tak na przełęczy wszystko pływało pod grubą warstwą brunatnej wody. Na początku próbowałem jakoś unikać kałuż, starając się ratować buty, ale był to daremny trud. Jak nie kałużę to wysoka trawa mocząc obficie wszystko od pasa w dół. Jak nie rowy z wodą to przepastne sadzawki błotne. Po tym jak kilka razy wpadłem po kostki w wodę ukrytą w gęstej trawie i w butach zaczęło dokumentnie chlupać, przestało mi zależeć i skupiłem się na parciu naprzód. O mokrych butach pomagał zapomnieć powtórny spektakl świetlny, po tym jak utonąłem w morzu mgieł. Nie mogłem się napatrzeć, jak smugi światła tańczą dookoła mnie rozświetlając rzednący opar.

    Po drodze do wsi Konieczna odwiedziłem cmentarz pierwszowojenny nr 46. Zadziwiające jak dużo w Beskidzie Niskim jest tych osobliwych Nekropolii. Idąc dalej zabłądziłem odchodząc od szlaku na 500 m. Na szczęście kilometr marszu na darmo to nie katastrofa. Samo zejście do Koniecznej prowadziło przez gęsto zarośniętą łąkę, na której próżno było szukać jakiejkolwiek ścieżki, także szlak zafundował mi szczegółowe mycie podwozia. W samej Koniecznej zagadnąłem do Pani szuflującej gnój, czy mogę naładować telefon. Odpowiedziała "No, tu do dojarki Ci podłączę." Wypytała co tam u mnie i wróciła do oporządzania krów. W okolicy kręciła się nie tylko Ona i szybko stałem się lokalną atrakcją otoczoną przez mieszkańców gospodarstwa i sąsiadów. Okazało się, że nikt z Nich nie był w górach w których mieszkają, a tylko jedna osoba poza mną widziała w życiu tabliczkę z oznaczeniem szlaku (z samochodu na przełęczy). Dla mnie ich podejście do gór było chyba jeszcze większym zdziwieniem, niż moje dla nich. Dostałem wodę wzbogaconą minerałami, posiedziałem pół godziny susząc skarpetki i pognałem dalej. Szkoda czasu, gdy burza idzie. 47 % baterii musi na dzisiaj styknąć.

    Powyżej Koniecznej szlak ucieka w pastwiska, a następnie ginie w gęstym lesie i chaszczach poprzecinanych polami jeżyn i pokrzyw. Starałem się nim podążać, ale miejscami było to niemożliwe, ponieważ ścieżka po prostu nie istniała. Idąc na azymut ścieżkami zwierząt w końcu wyszedłem na grań, gdzie ścieżka ponownie objawiła się w magiczny sposób. Dalej to już nie chce mi się pisać... Błoto, wezbrane strumienie, woda za kostkę, komary, jeżyny i pokrzywy. Najlepiej sytuację oddaje zdjęcie. Ścieżka była zarośniętą tak, że czasami musiałem sobie wyobrażać jej przebieg. Ubłocony i poraniony cierniami brodziłem w wodzie byle dalej. I muszę powiedzieć że szło mi się dobrze. Wszedłem na obroty tempa przelotowego i skutecznie je utrzymywałem dzięki zatankowaniu pełnego litra wody na raz w Koniecznej. O dziwo, choć powinienem kląć pod nosem, to polubiłem ten prawie dziewiczy szlak... Czułem, że w końcu robię coś wyjątkowego...

    Dotarłem do drogi granicznej i już wzdłuż niej pocisnąłem do wsi Ożenna, gdzie zachowałem na przystanku autobusowym, aby dać odpocząć stopom i podsuszyć skarpety. Pół godziny słońca o południowej porze z mokrych do wyciskania sprowadziło je do stanu "średnio przepocone". Gdy tak siedziałem i klepałem tą relację w telefonie przyleciał nad wioskę śmigłowiec GOPR, zatoczył nade mną kółeczko i poleciał z powrotem. Anioł Stróż czuwa... Nad Ożenną szlak prowadził bezkresnymi górskimi łąkami wspinając się do granicy Magurskiego Parku Narodowego. W Parku Narodowym ścieżka się wypłaszczyła, a ja bałem się że znowu utonę w błocie. Jednak na szczęście tylko lokalnie pojawiały się większe kałużę na szlaku i skończyło się na częściowym utopieniu lewego buta. Szlak prowadził w dużej mierze przez świetliste bory, zupełnie inne niż dotychczas. Czułem, że nie jestem w pierwszym lepszym lesie. W Filipowskiej Siodle znalazłem podkowę na szczęście, ale już jedną niosę, w postaci amuletu od Agnieszki i Grześka pozostawionego mi na GSB do odnalezienia w Bieszczadach, więc tą zabrałem tylko w postaci fotografii.

    W tym momencie byłem już umówiony na ewakuację z lokalnym Szybkim Podróżnikiem Przemkiem. Punkt zborny w Hucie Polańskiej znajdował się 4 h dalej, a było już po południu i zaczynały się tworzyć chmury burzowe. O 14:15 usłyszałem pierwszy daleki pomruk, powtarzany co chwilę. Zaczął się wyścig z czasem. Trasę na 4:15 h pokonałem w 3 h przelatując przez Park Narodowy jak Luxtorpeda. Jeszcze będę miał okazję nacieszyć się tymi widoczkami. Zszedłem do Huty i zonk, nie ma zasięgu. Zszedłem 2 km niżej, dalej nic. Wszedłem do pierwszego lepszego domu i poprosiłem babuszkę o możliwość wykonania telefonu. Pozwoliła z uśmiechem i 15 minut później byłem już podebrany przez mojego zbawcę. Przemek zabrał mnie na pyszny obiad, i chyba pierwszy raz zjadłem więcej niż mój współbiesiadnik, jestem już umyty (ostatnia prawdziwa kąpiel była w czwartek), pranie zrobione, elektronika się ładuje... Cud, miód i orzeszki! Gotowy na kolejne kilka dni błota, smrodu i samotności na szlaku!

    A, i dzisiaj przez te 37 km nie spotkałem ani jednego turysty, żadnego rowerzysty, czy biegacza... Byłem w górach kompletnie SAM!

    Troszku smuteczek, jak w relacji z wczoraj na dzisiaj nie muszę zmieniać kwoty na Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci.

    Bądź pozytywnym wojownikiem, kiedy na ringu zostajesz sam

    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia na Instagramie @szybkiepodroze.

    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h

    Czytaj więcej
  • k14a2583b53942ec.jpeg

    SZLAK KARPACKI - DZIEŃ 2

    Dzienny dystans: 18 km (Total: 43,5 km )

    Czas marszu: 5,5 h (Total: 14 h)

    Morale: Burzliwe

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 1530 zł

    Noc na wysokości 750 m n.p.m. minęła bardzo komfortowo w temperaturze około 16 stopni. Pospałem do 6:30 i zacząłem zwijać majdan, wietrzyć śpiwór i kalesony i tak dalej. Na szlak ruszyłem tuż po 8:00 i dzień zacząłem od bardzo przyjemnej i wzruszającej rozmowy przez telefon. Przy okazji skapnąłem się, że nie mam że sobą kabla do ładowania power banka. Brawo ja. Będę musiał skołować po drodze kabel ze starym złączem USB. Przeszedłem nad czymś co wyglądało jak trop wilka i ani się obejrzałem zobaczyłem na drzewie oznaczenie czerwonego szlaku. GSB. Tęskniłem stary przyjacielu. Karpacki krzyżuje się z GSB przez jakieś 2km do Ropek. A w Ropkach znany i lubiany najlepszy pensjonat w okolicy Siwejka.pl. Gościli mnie podczas charytatywnego marszu na GSB w zeszłym roku. Chciałem przybić z nimi piąteczkę, ale niestety właściciele wyjechali. Za to przez telefon użyczyli mi lodowatej wody ze studni. Cóż za orzeźwienie! Zatankowany pod korek wodą i mieszanką studencką ruszyłem dalej odklejając się od GSB.

    Wychodząc z Ropek zahaczyłem o stary prawosławny cmentarz upamiętniający pogrom tej okolicy z czasów wojennych oraz przesiedlenia powojenne. Plan był, aby tym razem wejść na Lackową odbijając od szlaku, ale za późno się zorientowałem, że powinienem pójść czerwonym. Ani się obejrzałem byłem już w Wysowie Zdroju, słynącym z wody mineralnej Wysowianki. Niestety jej nie spróbowałem, bo miałem jeszcze 1,5 l z Siwejki. Wstąpiłem natomiast do Delikutasów Centrum po loda i zmęczoną życiem gruszkę. Łapczywie pożarłem smakołyki pod sklepem, słuchając kto na kogo dzisiaj głosuje. Ja niestety nie pójdę do urny z oczywistych względów, ale mam nadzieję, że Wy tak. Moją uwagę przykuł plakat "TRZA postawić na normalność...". Trąci hipokryzją. A może się nie znam na dzisiejszym marketingu...

    Za Wysową szlak zaczął piąć się w górę, na szczęście z nachyleniem pozwalającym utrzymać tempo przelotowe. Spociłem się przy tym jednak jak tur. Po jakimś czasie ubitą leśna droga techniczna zamieniła się w błotnisty i zarośnięty trakt. Na szczęście istnieje powiedzenie "Dobry koń i po błocie pójdzie.", to poszedłem. I tak w okolicach 13:00 ukazał mi się pierwszy słupek graniczny ze Słowacją. Teraz muszę się ich trzymać, aż do trójstyku z Ukrainą. Przynajmniej łatwo będzie nawigować po trasie. W dość krótkim czasie dotarłem do Przełęczy Regetowskiej, gdzie stoi wiata turystyczna i choć czasy świetności ma wyraźnie za sową, to jest z tych lepszych - ma kominek. Przysiadłem w niej, żeby zjeść kabanoska przed podejściem na Jaworzynę Konieczniańską i wtedy się zaczęło...

    Najpierw pokazało pojedynczymi kroplami deszczu. Cały dzień zdarzało się kilka przelotnych kropel co chwilę, więc się tym nie przekonałem i zacząłem zakładać buty. Już miałem wychodzić, ale zauważyłem że deszcz zamiast przestawać przybiera powoli na sile. Postanowiłem przeczekać. Teraz często zdarzają się przelotne opady. Niestety deszcz stawał się coraz mocniejszy, coraz szybciej, aby w kilka minut przerodzić się w regularne oberwanie chmury. No nic, czekam. Skontaktował się ze mną miejscowy Szybki Podróżnik Przemek ostrzegając, że od Słowacji idzie na mnie potężna burza. Niestety w krótkim czasie prognoza się sprawdziła, pojawiły się pioruny bijące coraz bliżej. Ich grom za każdym razem długo odbijał się echem od gór po obu stronach przełęczy. Poczułem się jak w gigantycznym charczącym głośniku. Po niedługim czasie ziemią przestała przyjmować wodę i szlaki nagle zmieniły się w rwące błotniste potoki niosące ściółkę i drobne kamienie. Wtedy do mnie dotarło. Nigdzie już dzisiaj nie pójdę. Zacząłem łapać deszczówkę do kubeczka, żeby mieć co pić. 350 ml w 2 minuty... Niezły wynik... Niestety nie zdążyłem przed ulewą wciągnąć kilku suchych gałęzi pod wiatę, bo nie wiedziałem wtedy jeszcze, że przyjdzie mi spędzić w niej noc. Jest kilka patyków do kiełbasek. Oby wystarczyły na kubek zupy instant z kabanosem, bo już zaczynam mieć zgrabiałe ręce od zimna i wilgoci. Po 2,5 h się uspokoiło, już nie pada, szlaki dalej płyną. Szybka kalkulacja, dokąd zdążę dojść. Do Koniecznej, z przemoczonym i butami i błotem po kolana, potrzebny będzie nocleg z suszeniem. Obdzwoniłem straż graniczną, lokalną parafię, szukałem agroturystyk. Bez efektu. To zostaję we wiacie. Mam suche buty oraz ciepły posiłek przed snem i dla 2h marszu i spania w mokrych krzakach nie chcę tego zmieniać. Planuję wstać jutro około 4:00 żeby tym razem zdążyć przed burzą z marszrutą.

    Wczoraj ze zmęczenia zapomniałem wstawić cytatu piosenki, to macie dzisiaj dwa:

    HALO, CZY DOBRZE SŁYCHAĆ?

    TU STACJA WOLNOŚĆ

    NADAJE KOMUNIKAT

    OD DZISIAJ WSZYSTKO WOLNO

    Niebo w świetlistej łunie,

    tętent jakowyś w górze.

    To ty jedziesz, Perunie?

    Ty to śmigasz na chmurze?

    Więcej zdjęć z dzisiejszego dnia na Instagramie (jeśli słaby zasięg pozwoli wrzucić) https://www.instagram.com/szybkiepodroze/

    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h

    Czytaj więcej
  • kc379096d97adbb0.jpegSZLAK KARPACKI - DZIEŃ 1

    Dzienny dystans: 25,5 km (Total: 25,5 km )

    Czas marszu: 8,5 h (Total: 8,5 h)

    Morale: Świeżutkie

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 1495 zł

    Wczoraj wieczorem weseli budowlańcy pożegnali mnie w Mszanie Dolnej, a ja zacząłem w dość mocno zacinającym deszczu iść na wylotówkę do Nowego Sącza. Dopiero po tym jak minęło mnie sto samochodów zadałem sobie jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie: "Dlaczego nie łapię stopa?" Więc zacząłem go łapać. Zatrzymał się bardzo przyjemny ziomeczek, jadący na randkę do Limanowej. Tak nam się dobrze gadało, że pojechał wyrzucić mnie za miastem, spóźniając się do dziewczyny. "Jak kocha to poczeka". Mam nadzieję, że kocha i nigdy nie przestanie. Za Limanową miałem chytry plan walnąć się spać na przystanku autobusowym, ale trafił się akurat taki w stylu "akwarium", więc ruszyłem przed siebie do sąsiedniej miejscowości. Tam już był murowany, ale sprawdzając jego stan w ciemnościach wsadziłem dłoń w kałużę czyichś gęstych wymiocin. Postanowiłem, że jednak namiot.

    Długo krążyłem po wiejskich uliczkach w siąpiącym deszczu, aż ktoś zaczął łazić za mną z latarką. Mega się zestresowałam i próbowałem przeczmychnąć bokiem, ale wpadliśmy na siebie. Okazało się że to fantastycznie przyjazny ziomuś, który nie łaził za mną, tylko wyprowadzał psa wielkości średniej pomarańczy lub dużej mandarynki. Zapytany o miejsce pod namiot zaprowadził mnie do ogródka starszych państwa, którzy nie powinni mieć problemu z dzikim lokatorem. Rozłożyłem namiot, umościłem się i pies sąsiadów mnie wyczuł. Zaczął ujadać zapalczywie i już nigdy nie przestał.

    Wybudzany przez burze przetaczające się nade mną i wściekłe ujadanie psa, w półśnie dotrwałem do 4:45 i podjąłem decyzję o ewakuacji. Niesmaku dodawał sen o tym, że zrobiłem głową dziurę w namiocie. Barłóg zwinąłem, stanąłem przy drodze z tabliczką "GRYBÓW" i dwa autostopu później o 7:40 byłem już na stacji kolejowej w Grybowie. Tutaj zaczyna się Szlak Karpacki.

    Po rytualnym pocałunku francuskim z niebieską kropką zaczęło się mozolne podejście asfaltową drogą na zbocza Chełmu. Po drodze Pan w ogródku z tabliczką "Strefa wolna od ksenofobii" mnie zaczepił, pogadaliśmy o szlaku, życzył mi powodzenia i część jak czapka. Chwilę później samochód jadący do góry zatrzymał się i zaproponował podwózkę. Nie skorzystałem. Po 10 minutach spotkałem... Pana z ogródka! Wyprzedził mnie innym samochodem i czekał żeby cyknąć sobie ze mną zdjęcie. Bardzo pozytywny człowiek. Tuż pod Chełmem droga w końcu z betonowej zamieniła się w błoto, a szlak momentalnie zwęził się do ciasnej zarośniętej ścieżki. Z dzieciństwa pamiętam że im byłem bardziej brudny, tym bardziej uśmiechnięty, więc mimowolnie kąciki ust poszły do góry.

    Las był gęsty, zacieniony i bardzo wilgotny po częstych opadach. Wszędzie stoi woda. Pachnie mokrym drewnem i ziemią, grzybami niestety nie. Upocony wdrapałem się na Chełm, gdzie odsapnąłem chwilę i ruszyłem dalej, chcąc zrobić jak najwięcej kilometrów przed burzami, ponieważ pogoda dopisywała. Na zejściu spotkałem 3 turystów pytających czy daleko na szczyt. Niedaleko. Nie wiedziałem wtedy, że to jedyni ludzi, których spotkam dzisiaj na trasie. Dalej już roszady, kilka kilometrów asfaltu, przeplatane z kilkoma kilometrami podmokłego błotnistego lasu i tak na zmianę. W wioskach wszystkie dzieci mówią "Dzień dobry" same z siebie, głośno i wyraźnie. Zupełnie inna kultura niż w dużym mieście. Chwilę po południu skończyła mi się woda więziona z Wrocławia, więc przefiltrowałem litr z przydrożnego rowu. Smakuje normalnie, mam nadzieję że obędzie się bez rewolucji październikowej w kiszkach. Na jednym z postojów ściągnąłem z siebie kleszcza, dorodnego takiego, na szczęście nie był dość Szybki żeby się wkłuć. Od razu po tym przyszły do mnie 3 zdziczałe psy warcząc groźnie. Odwarczałem im i sobie poszły.

    Na Przełęczy nad Czarną wygulgałem większość swojej wody, ale na szczęście, był tam też klimatyczny górski strumień, z którego mogłem jej zaczerpnąć. Gdy zszedłem do koryta znalazłem w nim zwalone drzewo, po którym woda leciała jak z kranu. Już zdążyłem zrobić się brudny, lepki i śmierdzący, więc dałem się skusić na kąpiel w strumieniu (bez detergentu). Woda była lodowata, a ja byłem rozgrzany i spocony, więc przyniosła błogą rozkosz dla przegrzanych zmysłów. Przy kąpieli zlokalizowałem kolejnego ociężałego kleszcza. Ubrałem się, przefiltrowałem wodę i ruszyłem dalej odświeżony na maksa. Chłód w moim ciele utrzymywał się przez mniej więcej połowę podejścia na masyw Żdżara w Górach Hańczowskich. Podejście o tyle upierdliwe, że nie mogłem znaleźć szlaku... Okazało się on ledwo widocznym paskiem bardziej położonego polnego kwiecia na zboczu. Po zejściu do siodełka za najwyższym szczytem masywu stwierdziłem, że na dzisiaj koniec. Ból głowy po praktycznie nieprzespanej nocy dawał się we znaki coraz bardziej. Do tego miejscowy Szybki Podróżnik Przemek ostrzegał mnie przed nadchodzącymi gwałtownymi burzami, także tym bardziej miałem motywację do jak najszybszego wciśnięcia namiotu gdzieś w gęsty las. Widziałem jak wokół tworzą się komórki burzowe, jednak mnie na szczęście omijały. Wykręciłem 25,5 km, co uważam za idealny wynik jak na rozruch. Może tym razem dla odmiany nic mnie nie będzie boleć całą drogę od pierwszego dnia marszu.

    Na kolację wjechała liofilizowana owsianka z czekoladą z Decathlon Wrocław. Pyszota! Żałuję, że miałem tylko jedno opakowanie, bo bym zjadł ze trzy! Bardzo się cieszę, że mam namiot z moskitierą, a nie tarp, bo cała okolica opanowana jest przez wszędobylskie muchy. Czuję, że dzisiaj będę dobrze spał... Oby bez ekscesów ze zwierzyną lub gradem.

    Więcej zdjęć z dzisiaj na Instagramie @szybkiepodroze!

    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h

    Czytaj więcej
  • hd8a12b90f7585db.jpegSZLAK KARPACKI - DOJAZD 1

    Dystans autostopem: 300+ km

    Morale: Wesolutkie

    Zebraliśmy w akcji charytatywnej: 1145 zł

    Dzisiejszy dzień rozpoczął się zwyczajnie, żeby nie powiedzieć nudno. Wstałem o zwyczajowej porze i zacząłem ogarniać się do pracy, siku, ząbki, jogurt i kabanosy do torby z laptopem, maskę włóż, naprzód marsz. Choć wszystko było na pozór rutynowo mechaniczne, wprawne oko mogłoby zaobserwować drobne szczególiki, zdradzające, że dzisiejszy dzień jest wyjątkowy. Czy to motyle w brzuchu i uśmiech na twarzy, buty turystyczne zamiast zwykłych lub też wielki pękaty plecak wypchany pod korek moim dobytkiem na najbliższy miesiąc życia.

    Dopiąłem ostatnich formalności w pracy, jak autoodpowiedź na mailu i w drogę. Zawitałem jeszcze do kwatery głównej Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci" podpisać umowę wolontariacką, przy okazji odbierając pokaźny zestaw gadżetów, w tym koszulki trzy rozmiary za duże. Jeśli mamy tu jakichś Wielkich Ludzi, to się może podzielę. Żadnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że w Fundacji pracują fantastyczne osoby, pełne pozytywnej energii, uśmiechu i namacalnie wyczuwalnego dobra. Panie, z Magdą na czele, naładowały mi bateryjki pozytywnej energii z poziomu 100% na 110, a dalej było już tylko lepiej. Przyjechała po mnie moja cudowna Rodzina reprezentowana przez najlepszych rodziców we wszechświecie oraz młodszego brata i pocisnęliśmy radośnie do Decathlon Wrocław. Obsługa Decathlonu zaproponowała mi 2 dni temu nowy plecak na wyprawę. Tzn. stary. Ale nowy. Swój obecny limonkowy już mocno zmęczyłem na GSS i GSB, więc zaproponowali mi taki sam, ale świeży jak poranna rosa. Wziąłem z pocałowaniem ręki, bo jest dla mnie bardzo wygodny. Branie niesprawdzonego plecaka na taką wyprawę to ryzykowny błąd, ale ufam, że będzie dobrze. Podczas trzech minut turbulencji samochodowych przy przejeździe na stację na autostradzie spłodziłem najbrzydszą tabliczkę do stopowania ever. Napis miał głosić "KRAKÓW". Pożegnałem się czule z bliskimi i stanąłem w deszczu na wylocie ze stacji z kciukiem wyciągniętym w górę.

    Nie zdążyłem zmoknąć, a tu zatrzymała się wspaniała para lekarzy. Powiedzieli, że niestety, ale mogą mnie podwieźć tylko 100 km. Mi pasuje! Bardzo odpowiedzialnie zaproponowali, że wymienimy się numerami na wypadek, jak by u nich zdiagnozowali koronawirusa. Darzę ich ciepłym uczuciem, ale mam nadzieję, że nie będą do mnie dzwonić. Na mopie przed Krapkowicami padało na tyle, że musiałem wyciągnąć parasol. Próbując go ustawić lepiej złamałem jedno żeberko i stworzyłem sobie zmyślonego przyjaciela. Kłapouchego. Po 15 minutach już jechałem dalej, znowu w aucie służbisty zdrowia. Przez godzinę słuchałem z otwartymi ustami i maślanymi oczami o przyrządach do operowania wewnątrz żył i aort. Wiedzięliście, że da się operować mózg wchodząc przez NOGĘ?! Wyskoczyłem z Kłapouchym na bramkach w Gliwicach i po kwadransie pomachali do mnie mnie budowlańcy z wesołego busa.

    - Dokąd?

    - Do Nowego Sącza.

    - Kuuuur*** my prawie tam jedziemy! Wsiadaj!

    Jak okazało się, że też robię w budowlance, bus eksplodował uśmiechem i wspólnym, często niecenzuralnym, językiem. Po drodze ekipa zatrzymała się w McDonaldzie, stwierdziłem, że w sumie też bym opendzlował coś na ciepło. Wyciągam portfel, a Oni: No coooo ty, dzisiaj szefu stawia! Ku mojej niezręczności szefu był tego samego zdania. Jeszcze nie góry, a tu już są Anioły Szlaku! I tak ustawiając się do stopowania o 16:30 we Wrocławiu jadę prawie na start szlaku 400 km dalej. Uśmiechnięty, najedzony i lekko podchmielony... Nie wiem gdzie dzisiaj dojadę, ani tym bardziej co przyniesie jutro. I dobrze mi z tym.

    Poruszam nogą, ruszam ręką

    To jest chyba pierwszy krok

    Wolno poruszam się do przodu

    Idę prosto, skręcam w bok

    Za każdą godzinę mojego marszu PPG People Polska wspiera finansowo Dom Opieki Wyręczającej dla chorych dzieci, budowany przez Fundacja "Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci". Chcesz dołożyć swoją cegiełkę na ten szczytny cel? Wbijaj na zrzutkę! https://zrzutka.pl/tcx37h

    Czytaj więcej

Opis zrzutki

Głęboko w cieniu niekwestionowanego króla polskich szlaków długodystansowych, Głównego Szlaku Beskidzkiego liczącego 502 km, leży jego krótszy o niecałe 60 km brat. Drugi, co do długości niebieski szlak z Grybowa do Rzeszowa, poprowadzony przez Beskid Niski, Bieszczady, Góry Sanocko-Turczańskie i kolejne Pogórza. Jest tak zapomniany, że nie ma nawet swojej oficjalnej nazwy, ale ma za to nieoficjalną. Szlak Karpacki, liczący na papierze 445 km długości wije się przez odludne rejony najbardziej zapomnianych (poza Bieszczadami) pasm górskich, ścieżkami, na których spotkanie drugiego turysty jest wydarzeniem.


j1a7e99a18c8822c.jpeg


Jestem Szybki, prowadzę blog podróżniczy Szybkie Podróże i jako propagator miejsc klimatycznych, ale zapomnianych lub niepopularnych, nie mogłem przejść obojętnie obok tego szlaku. Po przejściu w marszach charytatywnych Głównego Szlaku Beskidzkiego i Głównego Szlaku Sudeckiego czas wypełnić lukę na podium krajowych tras długodystansowych.


Niewielu ludzi przeszło Szlak Karpacki, a jeszcze mniej udokumentowało to w jakikolwiek sposób, więc ciężko mi przewidzieć, czego mogę się spodziewać, ale ze skąpych relacji moich poprzedników mogę wywnioskować, że nie jest to niedzielny spacer po parku. Czeka mnie 445 kilometrów górskiego szlaku z sumą przewyższeń ponad 15 km. To jak by wejść na Mount Everest. Dwa razy. Ścieżka przecina prawdziwą cywilizację z rzadka, ziejąc na mapie kilkudziesięciokilometrowymi fragmentami bez sklepów, schronisk, pensjonatów, wygodnych źródeł wody i jedzenia. O codziennym spaniu w ciepłym łóżku można zapomnieć, nie wspominając o możliwości wzięcia prysznica po całym dniu pocenia się z plecakiem na podejściach. Podobno spotkanie na tej trasie drapieżnych zwierząt, takich jak Rysie lub Niedźwiedzie nie jest niczym nadzwyczajnym. Oznaczenia szlaku w wielu miejscach zatarte są już przez czas i zapomniane przez znakujących, a ścieżka często ginie za nieprzebytą ścianą młodnika lub gęstych chaszczy. I wizja samotnego zmierzenia się z tym Najdzikszym szlakiem Polski bardzo mi się podoba!


hc6a913a987b51cc.jpeg

Przejście szlaku długodystansowego wymaga bycia upartym. Determinacji, aby rano rozprostować stężałe, obolałe mięśnie i wprawić je w ruch, maszerowania pomimo całodziennego deszczu lejącego się na głowę, dociągnięcia z pustym żołądkiem 15 km do najbliższego sklepu, minięcia na przystanku autobusu jadącego w stronę domu. Gdybym robił to tylko dla siebie, prawdopodobnie nie dałbym rady. Nie miałbym siły, jako sześćdziesięciokilogramowy szczypior tachać wielkiego plecaka przez 450 km po błocie. Na szczęście nie jest to 450 km samotności. Idę z Wami. Siedzimy w tym razem. Bo razem ofiarowujemy naszą pracę, nasz trud w dobrej sprawie, potrzebującym pomocy. Dzięki ogromnej motywacji, jaką daje mi niesienie wsparcia dla Fundacji „Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci” każdy kolejny krok stawiam z uśmiechem, ciekawy tego, co jest za następnym wzgórzem i jakiego Anioła Szlaku – osobę również pragnącą pomagać innym – spotkam w najbliższej wsi.


Ruszyłem autostopem do Grybowa, aby za koszt jedzenia przejść z namiotem Szlak Karpacki i doświadczyć wszystkiego opisanego powyżej. Tradycyjnie już, w swojej kieszeni mam 300 zł, a droga zajmie mi około 16 dni. Sumę, którą po polizaniu niebieskiej kropki na starcie, doniosę do Rzeszowa wpłacę na tą zrzutkę, aby również bezpośrednio wesprzeć Fundację.


Ponad to, firma PPG Deco Polska (właściciel marek farb i lakierów takich jak Dekoral, Drewnochron, Bondex) za każdą godzinę marszu, jaką spędzę na Szlaku Karpackim zdecydowała się wesprzeć finansowo Fundację „Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci”.

Trzymajcie kciuki, żebym nie wymiękł za szybko!


Zapraszam do śledzenia moich zmagań w codziennych relacjach na Facebook’u Szybkie Podróże oraz Instagramie i Youtubie .

Do zobaczenia na mecie!


PO CO??? ...bo DOM jest dobry na wszystko!


Dom Opieki Wyręczającej – marzenie Rodzin o bezpiecznym miejscu, gdzie mogą tymczasowo pozostawić nieuleczalnie chore dziecko w stanie terminalnym, powoli ma szanse na spełnienie. Już niedługo rozpoczniemy realizację pierwszego etapu budowy ośrodka przy ul. Sołtysowickiej 58 we Wrocławiu. Ośrodka, który dla Rodzicom wytchnienie, kiedy tego najbardziej potrzebują.

vfcd179fc34bf3de.jpeg

Budynek przy ul. Sołtysowickiej 58 we Wrocławiu - stan obecny

W celu realizacji przedsięwzięcia Gmina Wrocław z dużym upustem odsprzedała Fundacji budynek do adaptacji i rozbudowy oraz wydzierżawiła grunt na ogród zabaw. Aby zrealizować nasze zamierzenie, należy jednak w całości przebudować istniejący budynek, oraz dobudować do istniejącej części nową 1-piętrową kubaturę. Na realizację zadania potrzebne jest pozyskanie około 8 mln zł, z czego już posiadamy 1,3 mln zł. Należy dodać, że opieka w ośrodku będzie bezpłatna dla jego beneficjentów.

Potrzeba jeszcze 7 mln. złotych!


Dom Opieki Wyręczającej będzie jedynym, takiego rodzaju miejscem we Wrocławiu i w województwie dolnośląskim, również w całej zachodniej części naszego kraju. Miejscem oferującym czasową opiekę wytchnieniową dla dzieci terminalnie, przewlekle oraz nieuleczalnie chorych. Obecnie dzieci z Dolnego Śląska mogą korzystać z tego typu ośrodków w Rzeszowie, Łodzi czy w Gdańsku, są to miejsca prowadzone przez hospicja domowe dla dzieci. Naszym zdaniem każde województwo w Polsce powinno mieć miejsce o charakterze domowym, aby otoczyć dziecko hospicyjne należytą opieką, a ich rodziny wsparciem. W budynku ośrodka zlokalizowano również specjalistyczne gabinety lekarskie, sale do rehabilitacji oraz wygodne pokoje integracyjne.



Będzie to miejsce szczególnie potrzebne - zapewniające tymczasową opiekę choremu dziecku na czas, gdy nie może jej sprawować opiekun, np. z uwagi na zdarzenie losowe, hospitalizację, podreperowanie kondycji psychicznej, potrzebę odpoczynku czy załatwienia codziennych spraw. Dziecko może zostać w Domu od 2 dni do 3 tygodni w zależności od potrzeby rodziców. Dzięki Domowi Opieki Wyręczającej będziemy mogli pełniej wspierać filozofię programu ,,za życiem’’.

Podopieczni ośrodka podczas pobytu będą mieli zapewnioną stałą wyspecjalizowaną opiekę pielęgniarską i lekarską, psychologiczną i rehabilitację.

Ośrodek będzie oferował pobyty w pokojach 1- lub 2-osobowych z łazienkami oraz niezbędne zaplecze

i infrastrukturę medyczną. Powierzchnia wyniesie ok. 1500 m2.

fcd843fb739367d6.jpegW obiekcie planujemy umieścić:

- ośrodek czasowej opieki wyręczającej z 18 łóżkami;

- część rehabilitacyjną umożliwiającą tworzenie turnusów rehabilitacyjnych;

- pokoje integracyjne;

- zaplecze kuchenne;

- zaplecze szkoleniowe/edukacyjne z salą konferencyjną;

- pomieszczenia medyczne i administracyjne;

- magazyn sprzętu medycznego;

- parking;

- część rekreacyjną,

- ogród wypoczynkowy z ogrodem sensorycznym.

h14b77f827e8c108.jpeg

W opiece wytchnieniowej mamy już pewne doświadczenie. Od maja 2018 roku realizujemy kompleksowy projekt „Per Aspera ad Astra” finansowany ze środków unijnych. Dotyczy on wsparcia opieki hospicyjnej dla dzieci i młodzieży z terenu Dolnego Śląska poprzez opiekę wytchnieniową dedykowaną rodzicom chorych dzieci w wymiarze 20h w miesiącu.

Pomoc jakiej udzielamy jest całkowicie bezpłatna. Utrzymujemy się z kontraktu z NFZ, który pokrywa około połowę naszych potrzeb. Pieniądze na pomoc pozyskujemy z 1% podatku, który jest dla nas „być albo nie być” oraz z darowizn, zbiórek publicznych i akcji charytatywnych, takich jak ta zorganizowana przez Rafała z Szybkie Podróże.

jda201b472a9c267.jpeg

Wizualizacja jednego z pokoi dla Podopiecznych w Domu Opieki Wyręczającej.


Dziecięca opieka paliatywna w Polsce, w kontekście hospicjów domowych rozwija się i jesteśmy jednym z liderów w tej dziedzinie. Nasze wieloletnie doświadczenia pozwalają nam na zauważenie problemów, które chcemy rozwiązywać. Jednym z nich jest sytuacja kiedy rodzic – niestety często, jest to samotna matka - potrzebuje kilku dni, tygodni np. na: przywrócenie równowagi psychicznej, czy przebycie operacji. Wówczas bardzo ważne jest poczucie bezpieczeństwa, śmiertelnie chorego dziecka i rodzica, które będzie zapewnione przez ośrodek. Zatrudniony w nim personel medyczny będzie doświadczony i znający potrzeby konkretnego dziecka, gdyż jednocześnie będzie odwiedzać podopiecznego w domu w ramach świadczonych już przez fundację usług domowej opieki hospicyjnej.


Fundacja działa od 2007 roku i wciąż się rozwijamy, odpowiadając na potrzeby rodzin, które zmagają się z trudem opieki całodobowej dziecka nieuleczalnie i przewlekle chorego. Kontynuujemy działalność rozpoczętą 17 lat temu w ramach Akademickiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu. W 2002 r. pomagaliśmy 20 rodzinom, a obecnie na rożnych poziomach wspieramy ponad 280 rodzin z całego Dolnego Śląska. Poza hospicjum domowym prowadzimy hospicjum perinatalne - dla rodziców, którzy zdecydowali się na urodzenie chorego dziecka, otwartą grupę wsparcia dla rodzin w żałobie, specjalistyczną przychodnię dla nieuleczalnie i przewlekle chorych dzieci oraz centrum rehabilitacji społecznej.


Zapraszam do śledzenia moich zmagań w codziennych relacjach na Facebook’u Szybkie Podróże oraz Instagramie i Youtubie .

Do zobaczenia na mecie!

Wpłacający107

 
Dane ukryte
500 zł
M
mjaworska
426,55 zł
W
Wolny Podróżnik
424 zł
SP
Szybkie Podróże
231 zł
AA
Air Addiction
200 zł
AP
Alicja Plantos
200 zł
RP
Ryszard Plantos
200 zł
G
Gabi czka
120 zł
P
Paweł Kali
101 zł
 
Dane ukryte
100 zł
Zobacz więcej

Komentarze6

 
2500 znaków
Zrzutka - Brak zdjęć

Nikt jeszcze nie dodał komentarza, możesz być pierwszy!

Nasi użytkownicy założyli

557 312 zrzutek


A ty na co dziś zbierasz?